No i

doczekaliśmy się pomnika, który zapowiadał od lat w czasie niekończących się miesięcznic Jarosław K.

    Czy ma satysfakcję? Moim zdaniem nie ma i mięć jej nie mógł. Padł ofiarą własnej, nierozwiązywalnej sprzeczności, swoistej pułapki – dążenie do ideału nie znosi jego osiągnięcia, zmaterializowania, bo wtedy traci swój nimb i… użyteczność.

    Po katastrofie smoleńskiej prezes tysiąclecia zadekretował (choć nie miał jeszcze wtedy władzy absolutnej), że największy z prezydentów może spoczywać tylko „wśród królów”, na Wawelu. I zrealizował to wbrew wszystkiemu i wszystkim. Protest Andrzeja Wajdy przeciw temu pochówkowi był apelem o umiar w wynoszenie ponad wszelką ludzką miarę zasług tragicznie zmarłego prezydenta. Apelem w imię rozsądku i elementarnego poczucia ładu społecznego, przeciw  przypisywaniu zmarłemu tytanicznych przymiotów ducha i ciała, których on zwyczajnie nie miał ponad zwykłą miarę, by zasługiwać aż na Wawel.

    Zwierzchnik narodu nie puścił tego Wajdzie płazem, znienawidził go na miarę Tuska a może jeszcze bardziej. Po śmierci naszego wielkiego twórcy, gdy Sejm  oddawał mu należny hołd, ojciec narodu pokazał klasę – zmiażdżył go wyrafinowaną pogardą na oczach świata wychodząc z sali za potrzebą.

     Mit smoleński, między innymi dał Prezesowi absolutną władzę bo był mitem, irracjonalnym ale poruszającym. JarosławPolskęZbaw, ze stawianiem  pomnika-ideału jednak sobie nie poradził. To trochę inny porządek, tu siła nie wystarcza.

    To prawda, postawił na swoim (?), od trzech miesięcy mamy na placu Piłsudskiego anonimowy wytwór – eklektyczną, dziewiętnastowieczną rzeźbę figuralną o zerowej wartości artystycznej. Przestrzegałem, bojąc się, że w podobną stronę  może pobiec myśl Prezesa (patrz mój blog 1 kwietnia 2018 Etos…) pokazując wzór z bratniej kiedyś Korei Północnej a jednak stało się, tyle że jeszcze gorzej niż w Korei, bo tam monument ma jakąś formę rzeźbiarską, artystyczną. W Warszawie mamy na cokole, „odrobiony jak żywy”, wizerunek prezydenta z dopiętymi wszystkimi guzikami kamizelki, kroczącego dostojnie, wysuwającego się pół kroku przed sąsiadującego Piłsudskiego.Takie upamiętnienie musiało więc spotkać się w opinii publicznej z poczuciem zażenowania. Nikt pomnika, dzieła sztuk przecież, nie ocenia, nie analizuje jego formy, kształtu, nawet zniknęli dyżurni panegiryści. Cisza. Może to i dobrze.

                                                 Andrzej Skoczylas

zachęta, wolność, nie gloryfikacja

   Właśnie kończy się w Zachęcie świetna wystawa pod dość nieszczęśliwym niestety, tytułem – PRZYSZŁOŚĆ BĘDZIE INNA. WIZJE I PRAKTYKI MODERNIZACJI SPOŁECZNYCH PO ROKU 1918. Jest to przede wszystkim wystawa sztuki, i jej dokonań, świadectw i dokumentów powinniśmy tu oczekiwać. Tak, i tu się z nimi spotykamy (ale nie tylko z nimi) w szerokim zakresie, w niezwykłym zgromadzeniu sygnałów postaw twórczych i motywacji leżących u podstaw dzieł zmaterializowanych lub pozostałych w czystych ideach. Wszystko to należy już do historii i wyciągnięte zostało z archiwów, muzeów ale i miejsc mało znanych bądź ukrytych. Wielka w tym zasługa autorki wystawy Joanny Kordjak, że udało się jej doprowadzić do przejrzystej, multimedialnej, efektownej ekspozycji nie tracąc przy tym walorów poszczególnych dzieł-haseł, typu Teresa Żarnowerówna, Stefan i Franciszka         Themersonowie, Mieczysław Berman, lecz przeciwnie, „rozwijając” je w aktualne konteksty. Wielka szkoda, że wystawa przechodzi bez większego publicznego echa, (słyszałem jako zarzut jej erudycyjność, co wydaje mi się humorystyczne) do czego, w jakiś sposób, przyczynia się już sam jej niefortunny chyba tytuł, ale szukanie przyczyn dlaczego tak się dzieje, to inny temat.

   Wystawa obejmuje wiele sal Zachęty, co sprzyja klarowności w przedstawianiu i motywowaniu zgromadzonych obiektów, pośrednio wpływając na jej powagę, przy tym w popisowy sposób zagospodarowując jej wewnętrzną architekturę, przestrzeń do eksponowania. Nie waham się nazwać tej wystawy wielką, głównie  ze względu na nienachalne skłanianie widza do „uczestniczenia” w odczytywaniu jej ważnych, mimo historyczności, sensów. (W przeciwieństwie np. do niedawnej problemowej wystawy Mariana Bogusza pt. – Radość nowych konstrukcji… tej samej autorki, gdzie stłoczenie na niewielkiej przestrzeni zbyt wielu przedmiotów bez odpowiednio czujnej selekcji, dało raczej efekt „magazynowy”, sprawozdawczy, niezależnie od samej jakości prac. Ukazujący bardziej ich dyskusyjność, a w mniejszym stopniu walory, a nie o to chyba chodziło).

   Szymon i Helena Syrkusowie, budownictwo socjalne w Konstancinie lat 30. (tak,tak, dziś polskie Bewerly Hills), Katarzyna Kobro z projektem przedszkola, spółdzielnia Start (Ford, Cękalski, Zarzycki), postulat teatru symultanicznego (Schiller, Andrzej Pronaszko), Sergiusz Eisenstein Dziennik Głumowa, 1923 r. Bronisław Linke, legendarna Dźwignia, Mieczysław Szczuka, Henryk Wiciński, Miesięcznik Literacki, tomik Włodzimierza Majakowskiego, Anatol Stern, Henryk Streng – Włodarski, Henryk Stażewski, Karol Hiller, Tadeusz Trepkowski: – ciąg haseł – symboli, które wystawa tylko wywołuje, jak stop klatki w filmie. Zatrzymane, zastygłe w jasnym ruchu do przodu.

   Tyle wystawa dzieł plastycznych potrafi: – przywołać, na ile się da w pełni pokazać (obrazy malarskie, fotografie), zasygnalizować (architekturę, dramat teatralny, film, scenografię, poezję). I to wystawa Zachęcie sprawiła.

   Wszystkie przywołane tu zjawiska, symbole i przykłady dokonań twórczych i realizacji, są autorstwa ludzi lewicy. Komunistycznej, socjalistycznej, anarchosyndykalistycznej itp. ale lewicy. Mimo odmienności i sprzeczności głoszonych programów opierającej się na wartościach humanistycznych, nie na ich zaprzeczaniu! To m.in. prawa człowieka, sprawiedliwość, równość, wyzwolenie od wyzysku, zwalczanie rasizmu, faszyzmu, projekcje lepszego świata, nie krępowana niczym wolność człowieka, sztuka dla sztuki, prawo do eksperymentu, eksperyment jako czynnik warunkujący rozwój człowieka… To tylko wyimki z katalogu wartości, któremu hołdowała lewica od zarania niepodległości. I drugi wyróżnik fundamentalnych wartości humanistycznych w tym lewicowych, to wiara w postęp. Przy nieskończoności jego odmian istnieje w całej formacji lewicy dający się wyodrębnić, rozpoznać pierwiastek jako czynnik sprawczy tworzenia – postęp, konieczność postępu! Postęp, często  fetyszyzowany, wyolbrzymiany ale piękny (Majakowski), głoszony programowo ale i zakryty poprawnościami dobrego tonu, sceptycyzmem, niemniej stale obecny. Wreszcie owoce, dzieła jakie wydała formacja twórczej lewicy, (w znaczeniu artystów należących do partii lewicowych z komunistyczną na czele oraz ich bezpartyjnymi artystami sympatykami), są nie do zakwestionowania mimo zmiennych koniunktur politycznych. Są dziełami i arcydziełami zaliczonymi trwale do dorobku humanizmu. Emblematycznym przykładem niech będzie Picasso.

    Wystawa w Zachęcie wszystko to odważnie i nowatorsko (uwaga, znów pojęcie z repertuaru lewicy) unaocznia i w tym jest jej wielkie znaczenie i zasługa.

   Dziś w Polsce, w doktrynie państwowej (gdyby taka została sformułowana w najwyższym dokumencie) komunizm został zrównany z hitlerowskim nazizmem, faszyzmem. Utopia ze zbrodnią. Jego upowszechnianie, popularyzowanie, gloryfikowanie, badanie, jest prawnie zakazane. Wizerunek Marksa jest zakazany. No i co tu zrobić? Jak żyć z takim zakazem w sztuce?

Jak żyć w ogóle w zakazie, jak w raju?

                                        Andrzej Skoczylas   

pomniki cd.

CCI30042018

   

W tym numerze Sztuki, który opublikowałem w 2005 roku, IV strona okładki wyglądała jak poniżej: reprodukcja Kwadrygi z Apollinem Adama Myjaka na Teatrze Wielkim (z 2002 r.) i Jerzego Kaliny Wieża świątecznych ciśnień, refleks luwrowskiej Piramidy Ming Peia, pokazana przed Zachętą w 1997r., trzynaście lat temu znajdująca się jeszcze w okolicach radzymińskiej Coca Coli. Dziś nie wiadomo co się z nią stało, czy uległa pełnej destrukcji i pozostało po niej tylko wspomnienie? Nie wiem.

CCI30042018_0003

   Wiem, że Kalina postawił pomnik smoleński. Nie ukończony, jak mówi, czyli będzie ciąg dalszy, co daje jakąś nadzieję. Przywołuję ten obrazek jako pretekst dla przypomnienia, powtórzenia kilku prawd:

– pomnik (dziękczynienia? pamięci? – nie zdefiniowane do końca) ofiar katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem powstał jako wynik pewnej idei

– jest to pomnik wszystkich ofiar katastrofy, ale… Decyzją Sponsora (to znaczy Siły nie tylko spersonalizowanej ale państwa, instytucji, systemu) ofiara prezydenta Lecha Kaczyńskiego nie jest równa innym w obliczu śmierci. Jest osobna i wielka ze swej definicji, że to On. Nie jest ofiarą tylko Nadofiarą, dlatego upostaciowiony ma być w pomniku odrębnym (tak jak pochowany, decyzją Sponsora, mógł być tylko „wśród królów”, na Wawelu)

– kształt plastyczny idei pomników (tzn. co wolno a czego nie wolno wyobrazić) kazał nadać Sponsor

– pomniki zaistniały materialnie na placu Piłsudskiego w Warszawie decyzją Sponsora i nikogo więcej

– pomnik smoleński, „wykonał” zwyczajowo artysta o pewnym dorobku, Jerzy Kalina, ale mógł go wykonać, bez uszczerbku na jego ostatecznym wyrazie i sensie, każdy śmiertelnik

– nieprawda, jak twierdzi Kalina w Newsweeku, że jego projekt zwyciężył w konkursie. To nie był konkurs, to nie był projekt, to nie było zwycięstwo (tu byłyby konieczne dłuższe odsyłacze; że nie sposób  nazywać konkursem niejawną inicjatywę społeczną, werdykt w kilkuosobowym gronie anonimów, współwyznawców itp. to samo z „projektem”, „zwycięstwem”)

– wygląd „projektu smoleńskiego” stworzył artysta tylko dla konkretnego miejsca i otoczenia, w tym wypadku skweru przy ulicy Karowej (uprzednio splantowanego).  W innym miejscu – na placu Piłsudskiego czy na polu np. pod Świebodzinem – sam się niejako unieważnia. Autor akceptujący mechaniczne przeniesienie swego dzieła gdziekolwiek, udowadnia, że to nie jest dzieło.

– pomnik w aktualnym kształcie powstał przy sprzeciwie wielu obywateli i autorytetów, w wyniku bezprecedensowego łamania obowiązujących norm i zasad formalnych, administracyjnych, kompetencyjnych, itd.

   Niezależnie od powyższych uwag i prawd sądzę, że forma pomnika smoleńskiego nie uchybia normom estetycznym (jakim jest np kicz), zawodowi artysty plastyka, który przy nim pracował, ogólnie pojętej kulturze. Nie neguję też warsztatowej jakości pomnika. A to już czysto subiektywne odczucie – jest on błahy i paradoksalnie, n i e  z n a c z ą c y. Jak Wieża świątecznych ciśnień. Tyle że, „dzięki” Sponsorowi, będzie już z nami na zawsze

 

                                                   Andrzej Skoczylas

Szok!

      W przeddzień „ostatniej” miesięcznicy, 9. kwietnia Paweł Althamer na chwilę, jak doniosła prasa, wystawił przed Pałacem Prezydenckim swoją wersję pomnika smoleńskiego.               Lecha Kaczyńskiego.

      Nie wchodząc w intencje autora wypowiadane na żywo (brzoza z borów tucholskich, żrenice itd) jego obiekt – kloc, o wysokości ok 2 metrów, ustawiony w „strefie zero” na Krakowskim Przedmieściu, byłby wstrząsem we wszystkich wymiarach. BYŁBY. Nigdy nie dadzą go zrealizować. Althamerowi to dzieło daje przynależność do elity nazwisk – emblematów światowej sztuki – Josepha Beuysa, Mauricio Cattelana, Zbigniewa Libery…

MAURICIO CATTELAN                                                                            La Nona Ora, 1999

 MAURICIO CATTELAN             HIM. Hitler modlący się na terenie warszawskiego getta. Ulica Próżna 14

 ZBIGNIEW LIBERA                                    Lego. Obóz koncentracyjny, 1999

 

 

      Jeśli chodzi o ten pomnik, Althamera, to jest w nim zawarta cała prawda i jeszcze dużo, dużo więcej…

                                                   Andrzej Skoczylas

Etos, artysta, agora – Precz!

 

   Budujemy teraz, dziś, pomniki…

   Kto buduje?

   Co sprawia, że powstają, rosną i nie można temu zapobiec, przestrzec. Apelować do opamiętania. W tych zapiskach z pozycji bezsilnego obserwatora mogę jedynie zauważać samo dzianie się, proces materializowania się idei, wywołujący nieodwracalne skutki.

   Istnieje coś takiego jak etos artysty. Pojęcie nieco omszałe z powodu umiarkowanego używania z powodu burzliwych przemian w sztuce, lecz mimo wszystko, czasem warto do niego sięgnąć by choć na chwilę stanąć na trwałym gruncie.

   Pomniki na świecie projektują i realizują artyści. Nieprawda! W  Warszawie,  stolicy kraju należącego do cywilizacji łacińskiej i szczycącego się tą przynależnością, pomniki powstają w wyniku siły. Autorem, w gruncie rzeczy jest napór, presja,siła. Bezpostaciowa, anonimowa, łamiąca wszelkie bariery a rozpoznawalna. Wiadoma.

   Artystę się rozlicza, jego dzieło się ocenia. W etosie artysty naczelne to; odpowiedzialność za kształt dzieła, jego nienaruszalność, integralność, swoboda tworzenia. Na placu Piłsudskiego wszystko to jest obce, zbędne – nie ma artysty to i nie ma  etosu, (jedyny artysta o znanym nazwisku jaki tu się pojawił, sam się unieważnił bezprzykładną usługowością), zasad wypracowanych przez stulecia, szacunku dla wartości historycznych miejsca, (patrz: unieważnienie, pogarda wręcz ze strony siły sprawczej dla funkcji konserwatora jako opiekuna zabytków, strażnika ich „świętości”). Wszystko to dzieje się…co godzina, co miesięcznica. Do oddania cokołu, do magicznej daty itd. W  imię czego?

   W ogólnym planie, chyba dla zawładnięcia bez reszty zbiorową wyobraźnią Polaków w celu władania, kierowania nią, stale, w permanencji. Bez zgubnych antraktów (zmiana władzy – jak uczy historia), w trakcie których może się wślizgnąć wróg. W imię SŁUSZNOŚCI, której depozytariuszem jest obecna władza. Stąd kreowanie symboli, pomników, ich wielka, misyjna rola w edukacji narodu. Może wreszcie, w metafizycznej  perspektywie rysuje się nieśmiertelność?


Wzory są…                                                          źródło Wikipedia                                                                               

” nie ma tak, żeby nie mógł powstać jeszcze lepszy pomnik ” 

     Absolutnie suszny, jak mówi Prezes.


                                           ***


   Agora to przestrzeń wspólna demokracji ateńskiej. Fundamentalne odniesienie naszej cywilizacji: mitycznej, filozoficznej, historycznej, politycznej. Bohdan Pniewski, wielki nasz architekt, artysta, projektując i realizując budowę gmachów polskiego sejmu, nie przewidział, do głowy by mu nie przyszło, by opasać je ogrodzeniem. Byłby to zgrzyt, ale przede wszystkim cios w ideę agory jako powszechnie dostępnego miejsca demokratycznego dyskursu, przenikania obywatela i władzy. Dziejowa siła w swej słynnej mądrości płynącej Nowogrodzkiej z takim drobiazgiem sobie poradzi, bo udowadnia  stale, że grodzić umie. Właśnie przystępuje do wznoszenia pancernego parkanu wokół sejmu, by odgrodzić się na dobre. Od kogo? Od suwerena? Kanalii? Nie ważne, zawsze przecież można podłączyć te parę volt, będzie jeszcze bezpieczniej. Bezpieczeństwo narodu nade wszystko, przecież! Ale czemu nie prapolska palisada z wilczymi dołami (dla totalnej opozycji jak znalazł). Prawdziwy suweren się zachwyci, wzmoże podziw…

    A jednak ktoś tu się boi, i to coraz bardziej…

                                             Andrzej Skoczylas

 

Pomnik…

dziejowe niedopatrzenie – dlaczego nie mauzoleum?!

   Mamy do czynienia z wydarzeniem bez precedensu w polskiej historii, w tym oczywiście najnowszej. Oto staje się się na naszych oczach, tu i teraz, uruchomiony z niespotykaną dotąd i ciągle wzbierającą silą proces budowy (nazwijmy roboczo) pomników smoleńskich, (alei pomników?) a w istocie POMNIKA na miarę…kogo? Jak będzie wyglądał ten boski, bo przecież nie ludzki, zwykły kształt?

   Dotąd znaliśmy procedury budowy pomników według reguł znanych od dziesięcioleci, oswojonych, cywilizowanych bym powiedział, czyli według schematu z przeszłości: pomysł – wyłonienie autora, artysty – realizacja. Dziś w Warszawie doznajemy rewolucji w tej sferze. Osiem lat temu rodzi się pomysł – idea przepoczwarzająca się z każdym miesiącem i rokiem w wszechogarniającą, totalną presję budowy pomnika, postawienia go, która z kolei z każdym dniem, z każdą chwilą staje w materialną realizacją. Po kawałku.

Nie wiemy w gruncie rzeczy co powstaje. Nie wiemy jaki kształt będzie to miało… Potworna siła miażdżąca wszelkie przeszkody: – lokalizacyjne, urbanistyczne, kulturowe, prawne, stawiająca zaczyn pomników w centrum państwa, w miejscu centrum centrów stolicy jakim jest przestrzeń placu Saskiego, Zwycięstwa, Piłsudskiego, nazywa się po prostu rewolucją. Nie ma innej nazwy dla tego ciągu wydarzeń.

   Siła łamiąca wszelkie normy i konwencje w celu postawienia tworu wyobrażającego, co? Wielkość? Żal? Potęgę? To trochę tak jak dążenie do zmaterializowania…fatum. Ale ta siła wzmożenia napiera, trwa i posuwa się dalej, wytwarza nieodwracalne skutki w wypełnianiu przestrzeni, niestety nie tylko metaforycznej lecz fizycznej, jak zawalidrogi, zaśmiecanie widoków, destrukcja zabytków…

   Śmieszne wydają mi się poprzednie moje wpisy na blogu dotyczące pomnika, bo oparte były na naiwnym przekonaniu, że jeśli powstaje w przestrzeni miejskiej pomnik to poprzedzony jest on, w zależności od rangi, konkursami, debatami zaangażowaniem największych twórców, artystów, z których pracy dopiero może powstać dzieło (według dotychczasowego porządku). Nieprawda. Może być dobra zmiana. Teraz powstaje coś trwałego na cokole, cokołach (koniecznie na wywyższeniach), jako wynik rewolucji poza prawami i prawidłami, poza trybem. Coś co jeszcze nie wiemy jak będziemy nazywać.

   Sile sprawczej (anonimowej, jak wiemy przecież), może przez czysty przypadek, nikt nie podsunął dotąd pomysłu, na przykład budowy zamiast osławionego pomnika – mauzoleum. Tamerlan i kilku innych, przecież tego dokonali ku wiecznej chwale potomnych. A co, czy nie możemy ich przewyższyć? Czy są wrogowie naszej idei, których nie dałoby się pokonać? Kto wie? 

                                       Andrzej Skoczylas 

Pomnik? Posąg? Nie, Cokół!

                                        …pomnik, na którym już nikt nie stoi…

                                                                      Bułat Okudżawa 

   Wiemy dziś – pomnik śp. Lecha Kaczyńskiego nie stanie TU, na Krakowskim Przedmieściu w ósmą rocznicę katastrofy, jak uroczyście zaordynował, zaprzysiągł to Narodowi Naczelnik jeszcze jesienią ubiegłego roku. Nie dotrzymał słowa. A tak byłem pewien, że stanie się jak zapowiedział, że uknułem przepowiednię (patrz wzmianki o A. Pityńskim w poprzednich blogach), która wzięła w łeb. Dobrze to czy źle? Zależy…

   Otóż NIEOMYLNY popełnił omyłkę przeszacowując swoją decyzyjność. On chce tego pomnika, jestem przekonany, tyle że nie wie, jaki ten pomnik ma być! Stąd zwlekanie, niedotrzymywanie terminów, zgoda na organizowanie idiotycznych konkursów, które wygrywają jakieś anonimy żeby nie wygrać itd. Prezes nie wie czy jego pomnik ma być niebotyczną statuą (którą wykpiwałem) alegorią, heroiczną batalistyką pomnikiem realistycznym „jak żywy”, posągiem, jedno co wiem na pewno – Postacią, Monumentem, Wielkością. 

    Wydawało mi się, że Prezes skłania się ku posągowi. Ale tkwi tu pewne ale…do postawienia posągu konieczna jest posągowość pierwowzoru. Gdy jej nie ma a lansuje się ją na siłę, dzieje się coś przeciwnego, „i straszno i śmieszno” raczej. Potrzebne są tu cechy zewnętrzne postaci, charakterystyczność nadającą się do uogólnienia w posągowość właśnie. Miał ją Paderewski, Daszyński, Piłsudski. Nie ma jej każdy…

   Jest w Polsce przynajmniej kilku najwyższej klasy rzeźbiarzy. Nie sądzę jednak, by przy tak niebotycznych kryteriach ustanowionych w imaginacji Naczelnika, ktokolwiek z nich chciał i mógł podjąć się, (i sprostać !) jego oczekiwaniom. Może jakiś współczesny Michał Anioł, ale wątpię.

   Tak zwany konkurs wyłonił wizję:- kroczącego chodnikiem korpulentnego pana w dopiętym na wszystkie guziki garniturku w bucikach z Chełmka czy od Kielmana. Najwyższe Zalecenie na razie brzmiało: Na cokół to!

   W czasie sobotniej miesięcznicy Prezes obwieścił – w ósmą rocznicę Smoleńska na pewno stanie COKÓŁ. Prezes się waha, liczy na moce nadprzyrodzone chyba – 11 listopada cokół się WYPEŁNI. Stanie na nim…Zanućmy może Okudżawę.

                                                    Andrzej Skoczylas        

Postanowiłem,

ot, oderwać się od wszystkiego w czasie Świąt i pojechać do Kazimierza. W spokoju, bez opłatków, kolęd i znajomych pobyć parę dni. Cel, spacer i lektura zaległych pozycji. Nie byłem tu od dobrych dwudziestu paru lat, nie tak jak kiedyś, często. Wybór, legendarny SARP – Dom Pracy Twórczej. W efekcie z lektury zero. W komfortowym pokoju ogarek pod sufitem sygnalizuje, że nie przewiduje się, nie zna się w domu pracy twórczej czynności czytania. Zamiast plazma – TVP Info, Telewizja TRWAM plus trzy kanały seriali. Dziękuję. Do widzenia bracia architekci..

Spacer w dżdżystym wyludnionym, zamkniętym na cztery spusty Kazimierzu 2017 zjawiskowy. Bezwiednie porównuję to miasteczko z tym sprzed lat i najsilniejsze wrażenie to w y m u s k a n i e. Domów, opłotków, zaułków, dróżek, wałów, chodników. I świeże tynki „zabytków” i zabytków, willi, pensjonatów i „wolnych pokojów”. Lojalnie, wszędzie widoczne inseraty, – „Dofinansowane ze środków Unii Europejskiej”. Szlaki, synagoga (za moich czasów kino), bajgele, cmentarz, miejsce martyrologii Żydów kazimierskich. I o dziwo, nie wymazany ze szlaków turystycznych cmentarz żołnierzy radzieckich.

Galerie. Więcej niż połowa lokali użytkowych w Kazimierzu to galerie! Jakie? A jakie mogą być? Jezus, Maria! Od czasów międzywojnia Kazimierz odkryty przez Tadeusza Pruszkowskiego i jego szkołę oraz „łukaszowców” jako malownicze miejsce plenerów, stał się malowniczy na dobre(?). Odtąd przykrywa go w sezonie, a sezon trwa a trwa całe lata zdumiewająco trwale, gruba warstwa, hm…malarzy. Ja pamiętam Kmitę, jako uosobienie dostarczyciela dzieł sztuki „ręcznie malowanych” dla ogłupiałych turystów w cenach niewygórowanych, obiadu w tutejszym barze mlecznym. Dziś chałupinka przy Lubelskiej, oczywiście mieszcząca galerię KMITA, przyozdobiona jest na wieki ogromnymi kamiennymi stelami nagrobnymi wyobrażającymi mistrza (z gitarą pod pachą) i chyba jego połowicę. Dzieło na miarę kaplicy Medyceuszy, no, może trochę za daleko ale konkurujące dość skutecznie, choćby z  renesansową kamienicą św. Mikołaja przy rynku.


Nie porozmawiałem z „galerzystami”, bo święte Święta. Nie zajrzałem do Muzeum Nadwiślańskiego (UE itd.) chlubiącego się Kmitą w swych zbiorach. Niestety. Nie porozmawiałem z moimi kolegami z Akademii, którzy zajęli się tu biznesem a la Kmita i trzęśli rynkiem, Jasiem Łazorkiem, uroczym Wojtkiem Kosowskim, bo już nie żyją…

Wsiadłem w swoją alfę z przepaloną żarówką reflektora, z nadzieją, że w drodze do Warszawy w jakimś serwisie mi to naprawią. Ale gdzież tam, wszystko zamknięte. Święta.

                                         Andrzej Skoczylas      

Nie mam nic przeciwko…

Andrzejowi Pityńskiemu (patrz wpis poprzedni). Mam natomiast pewność, że uhonorowanie go Orłem Białym za jakość artystyczną (w domyśle najwyższą) jego prac, jest obłędnym nadużyciem.

Pochowanie prezydenta Lecha Kaczyńskiego na Wawelu stało się bezprecedensowym aktem wyniesienia ponad wszelkie miary. Protest Andrzeja Wajdy, wobec tego wydarzenia jako wyrazu bezgranicznej pychy nie stracił nic ze swej trafności oceny i…aktualności.

Wierzę Jarosławowi Kaczyńskiemu, że w zasięgu jego wzroku podczas miesięcznic, za pół roku stanie tu pomnik. TU! A właściwie STATUA. Na miarę Wawelu. Tuszę, że jej wykonawcą będzie A.Pityński, bo nie ma na świecie innego prapolskiego rzeźbiarza,”profesora ze Stanów” który napatrzył się na Statuę Wolności (96 metrów wysokości z cokołem) i nosi przy okazji na piersi Orła Białego.

Tablica upamiętniająca znajduje się na Pałacu Namiestnikowskim od dawna, powinna więc wypełniać swą funkcję wystarczająco. Tak, ale…nie o to chodzi. Swą skromnością, dla Prezesa Tysiąclecia jest wyzwaniem, wręcz profanacją wielkości Brata. TU wielkość musi mówić sama z siebie. I oczywiście, nie dla siebie. Pomnik, upamiętnienie, to dobre dla zwykłych ludzi.

    TU stanie POMNIK! STATUA! Zobaczymy.  

                                            Andrzej Skoczylas

J.

Od miesiąca nie ma J. Wiem, że nie ma sensu ciągnąć tego bloga gdy jej nie ma, ale pozostały odruchy…

Odruch: – wczoraj prezydent Duda odznaczył orderem Orła,Białego, a więc wyżej już nie można, rzeźbiarza (?), „profesora ze Stanów”, Andrzeja Pityńskiego. Prymitywny wytwórca kiczów nazywanych pomnikami – zdarza się, wcale nie rzadko – może i dziś być wielbiony, byleby na kolanach wyobraził świetlaną postać, np. Jana Pawła.

Jestem pewien, że za pół roku okaże się, że autorem pomnika Prezydenta Tysiąclecia jest A. Pityński.

Jestem więcej niż pewien, że tak już postanowił Naczelnik.

Do wykonania dzieła nie może być powołany byle kto, jakiś bazarowy świątkarz, tylko mistrz nad mistrze, opatrzony, na wszelki wypadek, certyfikatem najwyższej doskonałości  Stąd Orzeł Biały itd.

                                                     Andrzej Skoczylas