To oczywiste, ale nie wszyscy o tym wiedzą. Takie odnoszę wrażenie po wysłuchaniu niezliczonych skarg i suplik różnych artystów, tych bardziej ogólnie znanych, jak Dorota Nieznalska, Grzegorz Klaman czy Artur Żmijewski, i tych aspirujących (Katarzyna Górna).
O co chodzi ? Oczywiście o wolności twórcze, które miałyby być zagrożone, choć skarżący się nie mówią przez kogo. Domyślić się można, że chodzi o naszą archaiczną prawicę, a przede wszystkim o Kościół ( jak najbardziej katolicki, który zawsze bezbłędnie rozpoznaje swoich). No i drugi przedmiot westchnień: być na garnuszku państwa. To drugie marzenie przypomina temat niekończących się zebrań (dziś powiedziałoby się debat) z udziałem niegdysiejszych działaczy Związku Polskich Artystów Plastyków a urzędnikami resortu kultury i wydziału kultury KC. Wtedy bywały pewne skutki, teraz z tym gorzej, bo władza z artystami na ogół nie rozmawia. Przyjemniejsi są piłkarze, którzy na ogół mają z czego żyć.
A co do wolności twórczych? Tutaj właściwie nic się nie zmieniło poza instytucjami i osobami cenzorów. Peerelowskich politruków wywiało, ale ich miejsce szybko zostało zajęte przez ludzi znacznie bardziej doświadczonych i skutecznych. Szczęść Boże !
Z tą wolnością kłopoty były zawsze. Każdej władzy, nawet tej najbardziej „rewolucyjnej” blizsi byli artyści pokorni niż buntownicy, a gusty rządzących wyróżniały się głównie kompletnym niezrozumieniem jakichkolwiek poszukiwań i odstępstw od znanych i lubianych wzorów. W bolszewickiej Rosji na długo przed oficjalną introdukcją socrealizmu wodzowie krzywili usta na widok projektów Tatlina czy obrazów Malewicza, a futurystyczne wiersze Majakowskiego tolerowano przez czas jakiś tylko dlatego, że wprowadził on do poezji rewolucyjny rytm i ton agitki, który rozpalał tłumy. Inni awangardowi twórcy takiego ludowego aplauzu nie wzbudzali, a więc broniły ich jednostki, na ogół zwolennicy Trockiego i innych odszczepieńców. Władza nie musiała mieć wobec nich skrupułów.
Ale i artyści, korzystając z wolności, nie zawsze panowali nad swoim zachwytem i bezwarunkowym entuzjazmem. Zdarzało się, że wspierali spontanicznie i radośnie swoimi, nierzadko wielkimi talentami wrogów wolności – Stalina, Mussoliniego czy Hitlera. Jak gdyby nagle doznali olśnienia, które czasem szybko mijało, a czasem trwało całe życie. Nawet nie chce mi się wymieniać nazwisk.
Zbigniew Libera przypomniał w dyskusji o wolności włoskiego poetę Gabriela d Annunzio, który przed pierwszymi występami imperialnego Benito sformował bojówki w czarnych koszulach (nie brunatnych – panie Libera!), witające się charakterystycznym podniesieniem ręki. Pochodzący z mówiącego po włosku Fiume (dziś Rijeka}, za wszelką ceną chciał przyłączyć po I wojnie światowej swoje miasto do ojczyzny. Nie udało się to ani jemu, ani jego chwilowemu idolowi Mussoliniemu. U nas pewnie by ktoś powiedział, że poeta dał wyraz temu, że jest prawdziwym patriotą. Ainsi va le monde!
joanna s.

