Czerwona szminka

     Nic mi tak nie poprawia humoru, jak niedawno oglądany obrazek, kiedy to wspaniała Danuta Szaflarska rączo wbiegała na Rynek Starego Miasta po stromych  „Kamiennych schodkach„,   prawdopodobnie po to, by udać się do swojego teatru, gdzie oczywiście niemal cały czas gra. Śmiało mogłaby sobie umalować usta na czerwono, ale tego nie robi, chociaż z pewnością wyglądałaby w szkarłacie lepiej niż Jadwiga Staniszkis. Szaflarska, w odróżnieniu od innych wedett , nigdy nie ukrywała swojego wieku. Chyba dlatego, że od początku podejrzewała, że nigdy się nie zestarzeje. Podobnie jak moja Matka, która mając niemal osiemdziesiąt lat biegała codziennie w dżinsach i wygodnych butach sportowych alejami Ujazdowskimi.

   Purpurowej szminki nie wyrzekła się natomiast pełna wdzięków musicalowa Lili czy Gigi z lat 50. – Leslie Caron, która z okazji swego niedawnego jubileuszu wydała wspomnienia oraz przyjęła w odrestaurowanym przez siebie (także własnoręcznie !) zamku w Burgundii wysłannika telewizji francuskiej. Wyglądała zjawiskowo.Ten doskonały owal twarzy, fiołkowe oczy, figura ! Nieskazitelny makijaż, doskonale skrojony czarny smoking, zwiewna bluzka z białej crepe de Chine, niebotycznie wysokie obcasy. Królewskie maniery i takaż tenue. Było na co popatrzeć. Zanim zaczęła wspominać swoją amerykańską karierę, w której towarzyszyli jej Maurice Chevalier, Gene Kelly, Fred Astaire i cała plejada innych, oznajmiła : czekam na propozycje ! Szkoda, że zadebiutowałam tak wcześnie i tak cnotliwie – ciągnęła – bo po trzydziestce miałam już duże problemy, by zdobyć jakąkolwiek rolę. Wszystkim kojarzyłam się z tańczącą nastolatką, uosobieniem naiwności i prostoduszności. Przez całe lata nie mogłam zagrać mężatki, matki, a o niewiernej żonie, romansującej damie czy kurtyzanie mogłam tylko sobie pomarzyć. Teraz chyba już się z nastolatką nie kojarzę, więc mogę rozpocząć nową karierę !

    Na nową karierę gotowa jest też Irena Dziedzic, którą trudno  dogonić na ulicy, bo tak się spieszy do rozlicznych zajęć. W biegu rozprawiła się też z aktem oskarżenia IPN-u, który – nie zjednawszy sobie żadnego świadka – podtrzymywał absurdalne oskarżenie gwiazdy o współpracę z wiadomym resortem.

    Może to brzmieć zbyt optymistycznie. Taka witalność, entuzjazm i nieustająca gotowość podjęcia się czegoś nowego nie przydarza się wszystkim kobietom. Ale kierunek jest właśnie taki, kobiety żyją długo, uczą się w ciągu tych lat bardzo wielu różnych rzeczy – potrzebnych i niekoniecznych – coraz częściej imponują energią, rozmaitymi umiejętnościami i talentami, wrażliwością. Niestety, wielu z nich wydaje się, że – aby  ta ich aktywność uszła im płazem – muszą się ukrywać się pod barwami ochronnymi. Mam znajomą artystkę, która nie rozstaje się z za dużymi shirtami, rozciągniętymi swetrzyskami, szaroburymi kurtkami i rozklepanymi adidasami.Dziwi mnie, że tak boi się być kobietą! Unika makijażu, rezygnuje z wytwornych ciuchów, wyrafinowanych barw, perfum, biżuterii, obcasów, całego tego dekorum, które często ” w pewnym wieku” uważane jest za niestosowne, niepotrzebne, nie na miejscu.

   Artystki i nieartystki – odwagi! Nie chowajcie się, nie pytajcie nikogo o zdanie, czekam na wasz coming out!

                                               joanna s.   

Czy Platon byłby blogerem?

     Dlaczego pisze się blogi? Powodów , do których się przyznajemy ,jest z pewnością bez liku. Oczywiście, wyrzucamy z siebie coś co nas wkurzyło, odstresowujemy się, zrzucamy to coś na kogoś innego, kto nas czyta(jeśli ktoś taki jest , a jeżeli nie ma , to wyobrażamy sobie, że jest). Wolimy, żeby ktoś inny zajmował się naszymi niekoniecznie przyjemnymi stanami ducha, itd.itp.

    Nigdy jeszcze tak wielu ludzi nie rozmawiało ze sobą , nie znając się , a nawet nie mając na to specjalnie ochoty. Nie widzą się , a rozmawiają. Internet, komórka, majlowanie, esesmesowanie. Nigdy jeszcze tak wielu ludzi nie zetknęło się  (choćby wirtualnie ) z tak wieloma innymi. Sto lat temu żyło się wśród kilkunastu osób z rodziny, kilkudziesięciu z najbliższej okolicy, wśród najwyżej kilkuset, jeśli się mieszkało w większym mieście. Ludzi najczęściej z tej samej sfery, warstwy czy klasy , jak kto woli,o podobnych czy porównywalnych doświadczeniach, możliwościach i aspiracjach życiowych. Rozmawiano o wiele, wiele mniej. Czy rozumiano się lepiej? Czasem tak, chyba częściej nie, jeśli nie traktować „rozumienia” powierzchownie.

    Jednak rozmawiano, najczęściej patrząc na siebie mniej lub bardziej uważnie.Rzadziej, ale jednak , patrząc sobie w oczy.Wiadomo, ze w rozmowie nie chodzi tylko o słowa.

    Dziś wielu radzi sobie bez tego doskonale. Uczniowie podobno spędzają całe dni w internecie i nie wyobrażają sobie bez niego życia. Jak zresztą chyba wszyscy ci, którzy się z wirtualną rzeczywistością zetknęli. Czasem oglądają swoje twarze w telefonie komórkowym lub na Facebooku.

    O innej rozmowie , dialogu, debacie myślał Platon,który  odtwarzał dialogi swego mistrza Sokratesa. Dialogi prowadzone twarzą w twarz, w gronie przyjaciół, wśród ludzi realnych, żywych, ciekawych bardzo różnych rzeczy. O tym, jak rozumieć siebie i używane na co dzień, wydawałoby się banalne, pojęcia. Opowiadano historie z życia lub takie, które mogły się zdarzyć. Wspólnie drążono idee , na pierwszy rzut oka, jasne i proste. Słuchano się uważnie, szukając dziury w całym, stale domagając się dodatkowych uwag i wyjaśnień, obserwując swoje reakcje i reagując na nie.

    Czy Platon, fanatyk  takiej rozmowy, byłby blogerem czy pasjonatem internetu? Nie, z pewnością nie !

                                                joanna s.

 



 

Wstyd…i szantaż

      a może jedno i drugie? Tak odczytuję felieton Doroty Jareckiej CO ROBI Z LUDŹMI NIENAWIŚĆ, („GW” 7 bm.). Okazją do rozważań o wstydzie i pochodnych, a zatem i o dyskomforcie autorki jest WYSTAWA (?!) Goshki Macugi w warszawskiej Zachęcie.

      Pani Doroto, proszę – wszystko tylko nie szantaż! Mogę zrozumieć Pani zafascynowanie Andą Rottenberg. Mogę też zrozumieć, że każda okazja jest dobra, by dawać temu szlachetnemu, a bezinteresownemu uczuciu wciąż nowy wyraz. (Co też robi Pani od lat.) Dozna jeszcze Pani oprzytomnienia lub nie – Pani sprawa. Ale hola, jako stały czytelnik Pani publicystyki w najważniejszej naszej gazecie (dlatego jestem na nią skazany), nie pozwolę się szantażować. Bo szantażem jest dla mnie znak równości, jaki Pani stawia: każdy kto krytykuje, komu nie odpowiada działalność menadżersko – artystyczna Andy Rottenberg – jest antysemitą. Tak nie można ! Przecież to dzikie nadużycie, niegodne Pani i tradycji, których chce Pani (i chyba musi) być wyrazicielką i kontynuatorką !

      Znam Andę Rottenberg, mam wrażenie, lepiej od Pani. A również dlatego, że poświęciłem jej działalności na różnych polach publicznych trochę czasu i uwagi. Działo się tak nie z powodu jakiegoś natręctwa o takim czy innym podłożu (od razu wyjaśniam; nigdy nie ubiegałem się o jej wdzięki, natomiast przez pewien czas byłem w nie gorszych relacjach niż ona, z jednym z jej mężów, więc miałem informację niejako holistyczną), ale dlatego, że pełniła ważne funkcje, które (wcale nie marginalnie) wpływały na kształt i losy naszej sztuki.

      Wystawę Goshki Macugi, która dała Pani taki power do obrony Andy Rottenberg, który przysłania wszystko, w tym zdrowy rozsądek, dlatego zaś opatruję znakiem zapytania, że wpisuje się ona w ciąg wydarzeń wokółartystycznych, które już doprowadzały do eksplozji w Zachęcie, ale same w sobie w najlepszym wypadku są dyskusyjne. „Bez tytułu” jest to przecież, przede wszystkim, zbiór wycinków prasowych, oraz (niestety) korespondencji i donosów „obywatelskich” z końca ub. wieku do administracji kulturalnej i ówczesnych decydentów politycznych z okazji tego, co można było wtedy zobaczyć w ekspozycjach zachętowskich. I jest to kloaka – nie ma dwóch zdań. Tyle że ona nie zniknęła  lecz jedynie przeniosła się i można dziś oglądać i „delektować się” tym gnojem np. na na stadionach, słuchając ryczących stad kiboli i czytając ich hasła i banery, jak WIDZEW ŻYDY. Tu pendant do oburzenia na antysemityzm, którego ofiarą rzekomo padła genialna Anda Rottenberg – racjonalność wywodu o pochodzeniu Widzewa ma tyle wspólnego z rzeczywistością co pochodzenie Andy Rottenberg z wystawą „Naziści” Piotra Uklańskiego i „interwencją” Daniela Olbrychskiego. Wtargnięcie fundamentalistów religijnych,  prawicowych posłów Witolda Tomczaka i Haliny Nowiny-Konopczyny do Zachęty w celu uwolnienia „Naszego, polskiego papieża” od ucisku antychrystów i masonów w celu „poprawienia” kompozycji Maurizio Cattelana ” Dziewiąta godzina”  było wynikiem fali obskurantyzmu, buty (specyficznego narodowego”ludowładztwa”) i dyletanctwa kulturalnego zarazem, którą bezkarnie rozpętywano w 2000 roku. Wielki w tym udział mieli usiłując coś ugrać dla siebie i żurnaliści. Z jednej strony na łamach „ŻYCIA” ówcześni gniewni m. in. Cezary Michalski czy Bronisław Wildstein, z drugiej- na łamach bogobojnego i cnotliwego „TYGODNIKA POWSZECHNEGO” Stanisław Rodziński czy Barbara Majewska, nota bene poprzedniczka na fotelu dyrektorskim Zachęty Andy Rottenberg i wygryziona z niego przez tę szlachetną osobę. (Miała więc powody do odwetu – naturalnie również szlachetnego).

      Goshka Macuga swoją „wystawą” pochyla się z bólem nad cenzurowaniem kiedyś sztuki, przynajmniej tak deklaruje. To fałsz ! To ona czy jej riserczerka-kuratorka teraz, w 2011 roku, w imię walki o prawdę, by już nie cenzurowano – cenzurują! Jedenaście lat temu wypadkom w Zachęcie poświęciłem na łamach ANEKSU, dodatku kulturalnemu TRYBUNY spory tekst. Nieważne, czy słuszne tezy w nim wyrażałem czy nie, ale na pewno nie antysemickie – tego tekstu nie ma. Nie egzystuje – wykwintne panie TRYBUNY nie cytują. Jeszcze by, a fe !

      Jedenaście lat temu w SZTUCE m. in. pisałem „(…) Krytykuję od lat Andę Rottenberg jako absolutnego władcę wielkiego obszaru sztuki w Polsce, decydującego o tym, co się liczy, a co jest skazane na niebyt. Występowałem w imię racji odmiennych lecz jedynie artystycznych. Krytykowałem program Zachęty za arbitralność (bez pokrycia), za megalomanię i fałszowanie obrazu sztuki polskiej, za nieobecność wybitnych artystów, którzy „nie mają prawa” wystawiać w Zachęcie. Za hucpę, zamiast rzetelnej działalności wystawowej. Bez satysfakcji odbieram ostatnie wydarzenia. Złe, pretensjonalne i tandetne wystawy (np.”Polonia, Polonia”), a nie bazarowe awantury pogrążają Państwową Galerię Zachęta i jej Superstar” . Dziś mogę się tylko pod tymi słowami podpisać. Wtedy bezpośrednio po tych awanturach, w trakcie dzieła; Obieranie Ziemniaków przez Julitę Wójcik, jej Superstar latała po Zachęcie z gwiazdą Dawida przypiętą do piersi. Jak to nazwać inaczej niż hucpą i kabotyństwem ? Jak nazwać inaczej niż skretynieniem graniczącym z paranoją, gdy pod jej opieką artystyczną i najwyższym autorytetem, tak imponującym mojej faworytce, pani Jareckiej, na tegorocznym weneckim Biennale  Yael Bartana opatruje oficjalne druki, katalogi polskiej ekspozycji orłem w koronie wpisanym w gwiazdę Dawida ?

      A tak przy okazji, pani Doroto, proszę zajrzeć do zszywek „Gazety Wyborczej” z 2000 roku. Jak Pani myśli, doczyta się Pani śladów swej heroicznej walki z antysemityzmem w obronie Andy Rottenberg ? Więc proszę mnie łaskawie nie szantażować .


MURZYNKA, tech. miesz. 135 X 195 cm. 1968 r. (włas. Muz. Narod. W-wa)                 Andrzej Skoczylas                                                                                       

 

                                                                                   Andrzej Skoczylas 


Warsztaty bezkrytyczne?

     Udałam się na spotkanie z Jennifer Allen , redaktorką niemieckojęzycznego wydania  kanadyjskiego magazynu o sztuce Freeze, która miała nas nauczyć , jak zakładać magazyn artystyczny , który przetrwa dłużej niż dwa-trzy numery. Na miejscu (Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie) dowiedziałam się, ze to nie spotkanie czy dyskusja, ale warsztaty i to o czymś zupełnie innym. Redaktorka przedstawiła się jako architektka , a nie krytyczka czy historyczka sztuki i stwierdziła (całkiem przytomnie !) , że to wcale nie przeszkadza jej kierować magazynem o sztuce najnowszej. Początek efektowny, choć zupełnie nie na temat!

    Następnie  pani Allen stwierdziła , ze sztuka ma dziś charakter globalny, a dla osób , które się nią zajmują, najczęściej odwiedzane miejsce to dworzec lotniczy. W Kanadzie na 30 mln mieszkańców 30 % to przybysze z innych krajów , a wśród nich 1 mln to Polacy. Polacy związani ze sztuką , których poznała (poprzez publikacje) to : Witold Gombrowicz („Kosmos”), Krzysztof Pomian (praca o  kolekcjach i innych osobliwościach ) , Władysław Tatarkiewicz ( „Historia estetyki”) i … w tym miejscu naprawdę nikt by się nie domyślił czwartego znanego jej nazwiska – Jan Świdziński (dziś bardzo intensywnie odkurzany u nas -prawdopodobnie w ramach poszukiwania bezpiecznych protoplastów – teoretyk i praktyk konceptualizmu,bardzo głośny w latach 70.i 80.,uczestnik dziesiątków akcji, wydarzeń , .plenerów  i , oczywiście, wystaw. Ulubieniec krytyków ( m.in. Janusz Bogucki, Bożena Kowalska)

    Zbieżność fascynacji  zaiste zdumiewająca ! Skąd Świdziński w Kanadzie , a raczej we francuskojęzycznym Quebecu ? Można było się domyślić z dalszej części wywodu. Ano stąd, że w drugiej połowie lat 70. zdarzyło mu się stać się obiektem polemiki swojego francuskiego kolegi ( również – rzecz jasna – konceptualisty ), która to francuskojęzyczna polemika została opublikowana także w  w niszowym magazynie w Quebecu. Nie tylko w dzisiejszym zglobalizowanym świecie, lecz także w tamtej zamierzchłej epoce istniało coś takiego jak międzynarodówka konceptualna! O francuskim koledze słuch zaginął, ale Świdzińskiego nagle i niezależnie chyba odkryli u nas krytycy i artyści o ponad pokolenie młodsi. Gdyby zajrzeli do publikacji z tamtej, archeologicznej  epoki, przekonaliby się , ze nie był bynajmniej w PRL-u artiste maudit, a wprost przeciwnie. Tę bzdurę o twórcy bezkompromisowym przez dziesięciolecia pomijanym, niemal prześladowanym powtórzyła raz jeszcze z pełnym przekonaniem prowadząca spotkanie czy warsztaty nadworna krytyczka „Gazety Wyborczej ” Dorota Jarecka. A ja straciłam poczucie rzeczywistości.Zostałam  przeniesiona w jakąś sytuację wirtualną, wykreowaną na użytek kolejnego już pokolenia. Nie było wyjścia ,trzeba było odmówić udziału w tej  grze wideo, zaprotestować i sprostować. 

    Ale po co ? .Przecież jutro powtórzy te bzdury ktoś inny, bo tak buduje się nowy wspaniały świat ! Czyż nie taki jest cel warsztatów,jak ten ,na który w swojej naiwności zabłądziłam ?

                                                       joanna s.

      Tym co ściągnęło mnie na ulicę Pańską ,to anonsowany przez Dorotę Jarecką problem relacji krytyk – artysta. Przecież widoczny gołym okiem jest kryzys tradycyjnej funkcji krytyki artystycznej jako transmisji do szerokiego audytorium i pośrednika między artystą i odbiorcą, wreszcie obserwowane jest  masowe  odwracanie się, rozziew, między artystą a krytykiem-pośrednikiem (nie mówiąc już o tym, że wobec kurczącej się bazy specjalistycznego czasopiśmiennictwa i kurczącego się miejsca na sztukę współczesną w mediach, prześlizgnięcie się na ich łamy i wzbudzenie zainteresowania, graniczy z cudem). Wszystko razem powoduje, ze sam artysta przejmuje (obce mu w istocie rzeczy) funkcje  popularyzatora, „piarowca” własnej twórczości , a w konsekwencji podejmuje próby analizowania, eseistycznego upowszechniania własnej twórczości, programowych i warsztatowych rozważań w  tekstach towarzyszących twórczości ,a czasem ją zastępujących. Miałem nadzieję, że zaczyn takiej dyskusji wywoła wizyta i temat spotkania (wszak tworzenie pisma artystycznego!) z panią Allen. Nic z tych rzeczy, okazja została zmarnowana. A według mnie, aktualny, wiecznie żywy, niezmienny (i odwieczny) pozostaje konflikt artysta – krytyk. To jest temat dnia! Sprowadza się on najogólniej do opozycji; artysta zarzuca krytykowi niekompetencje (w nieskończonych mutacjach). Krytyk artyście odstawanie – nienadążanie. Nieumiejętność.

      Artyści pisali, piszą i będą pisali o swej sztuce. Robią tak prawie wszyscy. By nie wdawać się w oceny żyjących, wyciągnęli ostateczne konsekwencje z opozycji krytyk – artysta; Witkacy, Józef Czapski, Jan Cybis. Niewątpliwie nie nadążali i niewątpliwie odstawali. I sądząc po ich dziele – z niezłym skutkiem.

                                                          Andrzej Skoczylas