Kto nie protestuje w sprawie ACTA ?

    Głośno o tych, co krzyczą. Zwłaszcza na ulicy. Próbują do nich dołączyć ci, którzy w ogóle nie mieli pojęcia, za czym głosowali i w sejmowej komisji i w parlamencie europejskim, czyli politycy od prawa do lewa oraz ich przywódcy, licytując się teraz z protestującymi w decybelach oburzenia. Jarosław Kaczyński, Jacek Kurski ( który w Brukseli głosował za), Beata Kempa, Janusz Korwin-Mikke, Janusz Palikot, Anna Grodzka itd. itp. Oczywiście rządząca większość albo nadal się dziwi, albo nabrała wody w usta, choć czuje się z tym mało komfortowo, bo też chciałaby włączyć się do pochodu internautów i sobie z nimi pokrzyczeć. Dziwnie zachowuje się SLD, którego przedstawiciele w Unii głosowali jako jedyni przeciw ACTA, ale nie wiadomo, czy w wypracowaniu tego stanowiska socjalistów i socjaldemokratów mieli jakiś udział, czy tylko podnieśli ręce. Ułatwili tym samym decyzję brukselskiej ekipie prawicy, która, jak wybąkał Kurski , nie mogła przecież głosować jak „komuniści”. Manifestujący, całej tej sforze, meldującej post factum swoją gotowość do krzyku, nie dali zabłysnąć na swoim tle. I słusznie, bo ci mężowie stanu nawet jeśli nie nauczą się pisać ustaw, niech spróbują choćby czytać je ze zrozumieniem!

    Zabrała też głos przedstawicielka ambasady amerykańskiej, sprawdzając telefonicznie kworum podczas posiedzenia sejmowej komisji innowacji i nowych technologii, która przyjęła dezyderat wzywający premiera Tuska , by wstrzymał się od podpisania ACTA. Cóż za dyskretna interwencja !

   ACTA nie podoba się rzecznikowi praw obywatelskich i szefowi GIODO , proponują dalsze konsultacje. Nawet premier Tusk zapowiedział , że jeśli ACTA ostatecznie nie będzie w naszym guście, to z ratyfikacji nici.

  Ze swojego prawa do milczenia nie rezygnują jednak główni beneficjenci, wmawiający światu pilną konieczność cenzurowania i skomercjalizowania internetu oraz powołania specjalnych służb, śledczych: korporacje działające w show biznesie i popkulturze, amerykańskie koncerny audiowizualne, wytwórnie filmowe, wielkie firmy wydawnicze, które swoją nienasyconą chciwość chętnie zaspokajałyby także w internecie. Bo przecież polscy właściciele praw autorskich – oraz Zbigniew Hołdys, którzy – jako jedyni ACTA poparli- to przy nich żabki, którym wydaje się, że – gdy konie kują- można wystawić także swoje nóżki.

  Dlaczego milczą inicjatorzy tego „handlowego porozumienia”? Ano dlatego, że ci nic nie znaczący internauci jednak się zbuntowali. Jest ich na świecie sporo i, nie daj Boże, mogą jeszcze zbojkotować świątynie rozrywki, których prawdziwi autorzy ACTA są dostawcami lub właścicielami: markety i hipermarkety, kina, megakoncerty albo „wiodące” marki. A to już byłoby bardzo nieładnie!

                                                  joanna s.     

Macie swoich oburzonych !

    Doczekałeś się rządzie swoich”oburzonych”, „wkurzonych”, czy jak go zwał, tak go zwał. W Hiszpanii, w słowie”indignados” słychać rdzeń słowa „dignidad”- godność. „Indignados” to zatem nie tylko „oburzeni”, ale także dotknięci, zranieni w swojej godności.

  W polszczyźnie dokładnego odpowiednika tego słowa, oddającego jego pełny sens i aurę, nie ma. Ale na ulicach nastrój jest podobny do tego na Plaza de Catalunya, gdzie latem oglądałam namioty „indignados”. Było tam mnóstwo plakatów, najrozmaitszych wlepek, inskrypcji ,rysunków i najzwyklejszych kartek, na których pisali, co ich wkurza. Brak pracy, przypominające jałmużnę zarobki, brak mieszkań, studia, których ukończenie niczego nie ułatwia, a w związku z tym zależność od rodziców,od banków, od państwa, od pomocy społecznej, od ewentualnych pracodawców, którzy nawet nie odpowiadają na wysyłane aplikacje. Pomiata się nimi, są upokarzani,traktowani  gorzej niż psy jaśniepaństwa. I to w demokratycznym kraju! Będą protestować, dopóki to się nie zmieni.

  Mówiło się, że „oburzeni” to nie nasz problem. Że wszystkim w wolnej Polsce się poprawiło, że nadal jesteśmy zieloną wyspą w otchłaniach kryzysu. Wiadomo było, że nie jest aż tak dobrze. Umowy śmieciowe, zwalnianie przez telefon lub sms, kredyty hipoteczne, które są jedyną szansą na mieszkanie. I narzekania, że reklamowane studia dają mniej niż kiedyś zawodówki. Odpowiedź była jedna: za dużo chcecie, a za mało umiecie. Popracujcie jako wolontariusze, a jak się sprawdzicie, to zobaczymy. 

  ACTA to tylko kropla, która – jak to się mówi górnolotnie –  przelała czarę. Nawet piarowcy premiera tego nie przewidzieli. Nikt się nie przejmował, co w tej sprawie mają do powiedzenia oni, młodzi i najmłodsi, główni użytkownicy internetu. Dzięki niemu także się skrzyknęli.Nie zapraszali polityków. I nie odpuszczą, panie premierze i panowie ministrowie! Wymuszą na was traktowanie ich jak obywateli, którzy mają coś do powiedzenia w swoim kraju. Bo to, że ani minister Sikorski ani minister Zdrojewski już niemal przez tydzień nie wychodzą ze zdumienia, że mimo ich ściemniania ktoś coś zrozumiał, czego oni, a w Brukseli jeszcze prowadzący tam w imieniu polskiej prezydencji debatę minister Sawicki, nawet nie dostrzegli, nie dziwi mnie wcale. Bo ci „wkurzeni”, w odróżnieniu od was, wiedzą, czym grożą te niewinne klauzule ACTA! Tak niewinne, że zostały wpisane na listę osiągnięć naszej (?) prezydencji. Tylko że politycy,ministrowie i posłowie nie czytają druków, a głosują tak, jak im nakaże matka partia. I tylko profesor Ewa Łętowska oburza się poziomem tych, pożal się Boże, legislatorów i traktuje ich jak partaczy.

   ACTA podpisano. Premier Tusk wkurzył się znowu na swoich, jak zwykle zrobił krok wstecz i zapowiedział długie i szerokie konsultacje oraz debaty nad rozlanym mlekiem. Uznał, że trzeba coś zrobić, bo sondaże mogą ni stąd ni zowąd polecieć w dół. A panowie Sikorski i Zdrojewski nadal nic, tylko się dziwią!

                                          joanna s.

     

„Święte” prawo własności

    Pojawiło się znowu – przy okazji protestów wobec ACTA. W różnych dyskusjach, w rozmaitych wypowiedziach. Ale najczęściej słyszałam je chyba w ustach tego świętego człowieka, jakim jest Tomasz Wołek. Co to znaczy”święte prawo”, kto uświęcił własność? Przecież nie Chrystus, który sam był biedakiem i nie zwracał się do możnych tego świata! A o uchu igielnym dla bogaczy, panowie słyszeli? Nie znaczy to, że nie szanuję własności, ale święte są dla mnie raczej prawa człowieka i prawa obywatelskie, codziennie łamane w tak wielu krajach, ze Stanami Zjednoczonymi włącznie, i na wszystkich kontynentach. Łamie je także porozumienie ACTA. Nie zgadzam się ze stanowiskiem Komisji Europejskiej w tej sprawie.I oto Polska, która dotychczas nie podpisała karty praw podstawowych, spieszy się , by podpisać ten akt, którego konsekwencje są, łagodnie rzecz ujmując, nie do końca znane !

  Szantażuje się nas koniecznością ochrony praw autorskich, własności intelektualnej. Piractwo odbiera chleb twórcom, krzyczą najbardziej zaangażowani. A przecież twórcy, artyści, którzy z konieczności podpisują kontrakty z wielkimi koncernami rozrywkowymi (takie określenie obowiązuje w USA, w Europie nazwalibyśmy je raczej audiowizualnymi, bez określania, że chodzi tylko o entertaiment), medialnymi, przedsiębiorstwami wydawniczymi itd muszą zadowalać się ochłapami. W dodatku te 5, 10 czy 15 proc., które mają dostawać, wyliczane są przez producentów. Oczywiście od ich ceny sprzedaży hurtowej (tu oczywiście możliwe są różne manipulacje), bo przecież muszą jeszcze zarobić pośrednicy, którymi często są przedstawiciele tychże koncernów.

  To te amerykańskie giganty wpadły na pomysł wprowadzenia ACTA i umiejętnie tę akcję przeprowadziły. ACTA są aktem ochrony globalnego kapitału, który sam (przy pomocy prywatnych policji ?) będzie mógł wymierzać sprawiedliwość, nakładać nowe obowiązki na administratorów sieci i zamykać „podejrzane” strony internetowe bez konieczności odwoływania się do procedury sądowej. Dlaczego Polska ma się podpisywać pod tym bezprawiem?

  Globalny kapitał jest już nadmiernie chroniony, czego dowodem jest historia amerykańskiego banku Lehman Bros., czy wielkich europejskich banków zaangażowanych w śmieciowe obligacje i inne „instrumenty” finansowe. W sytuacji załamania się tego spekulacyjnego i oszukańczego rynku przychodzą im z pomocą dotknięte groźbą ich upadku państwa, czyli wszyscy obywatele. A teraz te ogromne, obracające miliardami dolarów wieloryby, mają dostać jeszcze nową broń nacisku, nie ponosząc za nic odpowiedzialności ?

  Wiem, że liczą się tylko miliony głosów protestu. Ale te miliony składają się z deklaracji pojedynczych ludzi. Jestem z nimi, jestem z wami, jestem przeciw temu łajdactwu !

                                                       joanna s. 

 

Kto kreuje artystę

     Od dawna zastanawiam się, dlaczego prace niektórych młodych, a nawet debiutujących artystów uzyskują od mniej lub bardziej tajemniczych kolekcjonerów i na zamkniętych”aukcjach” organizowanych (?) przez mniej znane przedsiębiorstwa, bo trudno nazwać je domami aukcyjnymi czy galeriami, niebotyczne- jak na ich realną wartość- kwoty: kilkadziesiąt, a nawet sto kilkadziesiąt tysięcy złotych. Ostatnio padł u nas rekord: 160 tysięcy złotych „wylicytowano” za, łagodnie mówiąc, przeciętną pracę Agaty Kleczkowskiej, o której mało kto w ogóle słyszał. Jak wiadomo, prace młodych artystów sprzedawane są dziś najwyżej za kilka tysięcy, ale oczywiście można je kupić znacznie taniej. Obrazy uznanych twórców żyjących osiągają ceny kilkunastu tysięcy, a w szczególnych i rzadkich przypadkach  kilkudziesięciu lub więcej. Żadna praca profesora pani Kleczkowskiej, wybitnego malarza Leona Tarasewicza nie sprzedała się nawet za połowę tej kwoty, jaka podobno zapłacono na „aukcji”. O co więc chodzi w tym szaleńczym biznesie, bo powiedzieć, że na pewno o pieniądze, to stanowczo za mało.

    Sprawą zainteresowała się dziennikarka Radia Tok Fm Anna Legierska. Pani Kleczkowska jest stypendystką giełdowej firmy Abbey House, która płaci jej 4 tysiące złotych miesięcznie, za co artystka dostarcza jej jedną pracę. Do tej pory- moim zdaniem-wszystko wygląda mniej więcej poprawnie. Artystka ma za co przeżyć miesiąc, a firma buduje sobie kolekcję. Niektórym to się podoba, np. szefowi Rempexu Markowi Lengiewiczowi, niektórym krytykom sztuki np.Monice Małkowskiej – nie.Niektórzy – jak szef galerii Raster Łukasz Gorczyca nie mają zdania, bo nie znają się na inwestycjach ( co dosyć dziwne, bo powinien co nieco orientować się, jak inwestować w dzieła sztuki współczesnej). Tylko że – jak mniemam- nadal nie w tym rzecz. Jasne, że firma chce wyżyłować cenę prac, a to czyni się najsprawniej, angażując w temat np.Wojciecha Fibaka , który jest Kleczkowską zachwycony. Firma organizuje „aukcję”, na którą nikt postronny nie ma wstępu. Następnie ogłasza się, że pracę kupili niemieccy kolekcjonerzy, którzy będą Kleczkowską popierać.

    Oczywiście nikt nie może zabronić Abbey House chodzenia po linie. Ale szansa, że ten lans się powiedzie, oscyluje wokół zera. Wycena jest jednak wyceną i kapitał spółki rośnie. Za chwilę może się okazać, że przy pomocy jeszcze paru studentów ASP Abbey zwielokrotni swój”kapitał”i np. będzie mógł ogłosić zapisy na nowe akcje. Kto spośród zainteresowanych będzie podważał  „realne” ceny uzyskane na aukcjach ? A nawet, jeśli niektórzy będą mieli przeczucie, że coś jest nie tak, to bezbłędnie wyczują zapach pieniędzy. Postawią na tę bańkę mydlaną zabezpieczoną „dziełami sztuki”, których wartość , jak powszechnie, a w większości przypadków, niezbyt słusznie się uważa, stale rośnie i w porę się wycofają z odpowiednim zyskiem. A inni, większość, jak zwykle, nie zdążą. Podobno, jak twierdzi pewien znany biznesmen, miał już w Polsce miejsce podobny kazus. Na początku lat 90. pewien początkujący przedsiębiorca skupował prace studentów Akademii i zamawiał odpowiednie ekspertyzy, na podstawie których uzyskiwał kredyty bankowe, bo opinii i wycen”biegłych” nie kwestionowano. Jak to się skończyło, to tajemnica banków, które zawsze przecież mają rezerwy na straty.

   Bo o tym, czy ktoś jest czy nie jest mistrzem, którego dzieła są warte setki tysięcy czy miliony złotych, euro czy dolarów decyduje przede wszystkim czas. Nie da się tego zrobić dziś, a tym bardziej z wyprzedzeniem o co najmniej kilka dziesiątków lat, jak to ma miejsce z panią Kleczkowską. Prace Picassa można było kupić jeszcze w latach 50.i 60.ubiegłego stulecia nawet za kilkanaście tysięcy franków czy dolarów. Dziadek żony byłego szefa MFW Dominika Strauss-Kahna, który je kupował w latach 20. i 30. za jeszcze mniejsze pieniądze zapewnił dobrobyt wielu kolejnym pokoleniom swojej licznej rodziny. Ale ilu kolekcjonerów zbankrutowało razem ze swymi podopiecznymi artystami?

   Kiedy jeden z najwybitniejszych aukcjonerów sztuki nowoczesnej Jean-Claude Binoche wtajemniczał mnie w meandry funkcjonowania tego rynku, tłumaczył : jeśli kupujesz coś ze sztuki najnowszej, wybieraj to, co ci się podoba. Nie dlatego, że masz świetny gust i na pewno odkryłaś wielki talent , którego dzieło sprzedasz za milion. Wprost przeciwnie! Ani twój niewątpliwie wyrafinowany gust ani ocena żadnego krytyka dziś o tym nie decyduje ! Możesz tego obrazu nigdy nie sprzedać, bo nikt nie będzie chciał go kupić, nawet za tę cenę , za jaką go – w swoim mniemaniu – korzystnie wynegocjowałaś. Chodzi o to, by ci się nadal podobał na ścianie w twoim mieszkaniu.

                                            joanna s.     

        

     


 

Kulturalny EUROszok

Euro tuż , tuż, a u nas oczywiście wielkie nic. W kulturze. Jakby nie była to wreszcie prawdziwa okazja, by pokazać naszych twórców i nasze pomysły tłumom gości! Nie trzeba ich spędzać czy zapraszać, jak miało to miejsce za wielką kasę podczas tzw. polskiej prezydencji w Unii. Sami przyjadą.

Narodowe Centrum Kultury podobno od ponad trzech lat realizuje program artystyczny na Euro, ale nie ma jeszcze ani programu ani budżetu. Przebudzenie nastąpi pewnie nie wcześniej niż w kwietniu, czyli już zupełnie po herbacie. Na ogólne wrażenie z Euro złożą się więc w pełnej harmonii: brak autostrad, drogi, po których strach jeździć, zabytkowa kolej (może jako część dziedzictwa?), rozbebeszone lotniska, zakorkowane miasta, zablokowana Warszawa i kompletna pustynia kulturalna.

Rozumiem, że w temacie autostrad, dróg i kolei coś tam da się zaklajstrować, ale w dziedzinie sztuki już nie. Potęga kulturalna Europy, jaką podobno stała się Polska , rozłożyła się z własnej woli na łopatki.   

Co poniektórzy, na razie tylko żurnaliści,powoli budzą się.I wyciągają ze swoich szuflad od lat te same figury : Paweł Althamer (może by znów przebrał wolontariuszy w oświęcimskie pasiaki, dop. mój), Mirosław Bałka (czemu nie jakiś nowy pomnik Holocaustu). Dodajmy do tego Katarzynę Kozyrę (może jakaś kolejna piramida, np. kibiców), czy Joannę Rajkowską (nowa, większa palma byłaby całkiem na miejscu). Artur Żmijewski poprowadziłby kolejnego berka, Zygmunt Bauman mógłby wygłosić spicz o konsekwencjach Pokoju Westfalskiego lub bitwy pod Grunwaldem, a Sławek Sierakowski zaapelować do wszystkich przyjezdnych, by zostali u nas na stałe. Krzysztof Penderecki doskonale akompaniowałby Dodzie, a nasi wspaniali architekci postawiliby tak oczekiwany nowy drewniany bar piwny.

No i po co jakiekolwiek zastanawiania się czy debaty „na temat” ? Nasz Euroszok zadziwiłby i wstrząsnął całym kontynentem!

                                                  joanna s. 


      A ja uważam, że najlepiej udają się nam targowiska. Był sobie na stadionie dziesięciolecia Jarmark Europa (dla zapominalskich – dziesięciolecia tzw. Polski Ludowej) i było dobrze. Można było zamiast likwidować wszystko, zmodernizować nazwę i nazwać go np. EUROszopem. Uniknęlibyśmy tego co jest nierozwiązywalne, co nazywamy EUROszokiem – ryzykownym, drogim i zawsze budzącym kontrowersje (patrz wyżej). Bo wyobraźmy sobie – EUROszop funkcjonuje w najlepsze, a nawet jeszcze lepiej jako miejsce prawdziwej wymiany Wschód-Zachód, chłopaki obok grają w piłkę na całkiem niezłym stadionie, a po wykonaniu swojej roboty mają ocean rozrywek, jakich stale dostarczają im tubylcy oraz Białorusini, Ukraińcy, Rosjanie, Wietnamczycy, Chińczycy itd, itd. I po co jakieś głupie wykopki pod metro, jakiś nowe nawierzchnie dróg, jakby obecnych nie dało się sforsować, czy tymczasowe autostrady, co nam, autochtonom, wyraźnie nie leży. Dotychczas przecież wszyscy, którzy mieli interes, bez problemów i śpiewająco trafiali na stadion – EUR0szop z pornoszopami włącznie. Zamiast tego mamy teraz prawdziwy bajzel. A kultura ? Bądźmy poważni, np. seriale w 3D i pochodne sprawę przecież załatwiają.

                                                               WAS

Szlak hańby…

   pytanie tylko czyjej. To, że wobec zbliżającego się Euro narasta strach: czy zdążymy, jak wypadniemy, czy się ostatecznie nie skompromitujemy i to na wszystkich polach, jest zrozumiałe. Nawet wynik sportowy schodzi na dalszy plan w obliczu ogólnej niemocy, w jakiej tkwimy w sferze infrastruktury drogowo-komunikacyjnej, hotelarskiej, urbanistyczno-architektonicznej, informacyjnej itd. itp. W tej chwili tematem dnia jest promocja miasta i dotychczasowe dokonania na tym polu. Budzą one powszechną krytykę zarówno samorządu jak i opinii publicznej – pieniądze wydawane są głupio i bezmyślnie, a na dodatek arogancko. I to duże pieniądze, w ub.r. – 40 milionów zł.

   Warszawa jest brzydkim miastem. Takie opinie i oceny ugruntowują się jako oczywista oczywistość. Nie zmienią ich tragicznie śmieszne, gorączkowe zabiegi makijażu i pudrowania, w postaci przeróżnych akcji reklamowych, banerów, zgiełku i krzyku różnych spotów promocyjnych i „upiększania” każdej wolnej jeszcze przestrzeni czy skwerku, przeróżnymi szkaradzieństwami i tworami, z pomnikami włącznie.

   Powołano kiedyś w latach 70. funkcję Naczelnego Plastyka Warszawy. Jakie były rezultaty jago pracy, mającej ogarniać chaos „radosnej twórczości” to inna sprawa, ale fakt, że porządkował, a sytuacja była przecież nieporównywalna z dzisiejszą. Samo stworzenie Urzędu nie jest oczywiście problemem, idzie to u nas wyjątkowo łatwo, więc nie w tym rzecz. Chodzi nam o to, by dać pole działania Plastykowi m. st. Warszawy jako rozstrzygającemu AUTORYTETOWI. Bieda w tym, jak znaleźć osobę, której późniejsze decyzje będą szanowane i nie będą kwestionowane jako niekompetentne. Wydaje się jednak, że sytuacja dojrzała do nawet niekonwencjonalnych rozwiązań. Tak dalej być nie może.

   A czy np. Biuro Promocji Miasta nie powinno mieć w obszarze swego zainteresowania przede wszystkim ochronę substancji miasta, którą jeszcze da się ratować jak np. Trakt Królewski? Miasto chce i lubi chełpić się różnymi inwestycjami, lecz czy nie pierwszym jego zadaniem  powinno być doprowadzenie do stanu „używalności” Traktu czyli osławionego Szlaku, jedynej prawdziwej atrakcji miasta, którą można  było się pochwalić, jako unikatowym świadectwem historii stolicy? Tego nikt w Urzędzie miasta nie dostrzega !!! A obecny stan Szlaku woła o pomstę do nieba! Mimo fragmentarycznej renowacji wygląda jak po kataklizmie, jakby przeszedł tędy jakiś pomór. Straszą pozamykane na cztery spusty, opuszczone, porzucone (?) lokale i ich widmowe, zapuszczone, pozaklejane gazetami, pozasłaniane byle czym – witryny. Rozumiemy, że przyczyny uciekania od tych lokali byłych i potencjalnych użytkowników, są przeróżne – nieuregulowane sprawy własnościowe, obarczanie najemców kapitalnymi remontami, drakońskie wymiary czynszu i pewnie wiele innych, ale na Boga!- te sprawy powinien załatwiać zwykły, dobry gospodarz!!! 

    Służymy serwisem adresów pustych lokali, (dalekim od pełnego)                             prawdziwie kuriozalną wizytówką Miasta Stołecznego Warszawy:

  ul. Freta                        Resztki fresku Bohdana Urbanowicza (stan z 2009 r.)

Ulica Zakroczymska 2, ulica Freta 50, Freta 46, Freta 34, Freta 45/47,         Rynek Nowego Miasta – słynna BOMBONIERKA, Rynek Nowego Miasta – nie mniej słynny skandal z przemienionym w sarkofag, dawnym, wspaniałym kinem WARS. Miasto czeka, aż zarosłe pokrzywami mury się zawalą, ale przecież pozostał pusty dawny hall kasowy mieszczący się w zabytkowej kamienicy od strony Rynku (więc konserwator nie pozwoli go zburzyć), który mógłby służyć jakimś pożytecznym celom. Ale pusty, proszę bardzo – niech straszy dalej. Ulica   Freta 19, Freta 17 – słynna  Podkomorzanka, jeden z najpiękniej wyeksponowanych lokali na Szlaku, ulica Freta 18, Freta 14. BARBAKAN, a dokładniej jego podcienia, wspaniale niedawno zrekonstruowane wielkim nakładem kosztów, ale puste, bez zagospodarowania, bez jakiejkolwiek wizji ich użytkowania Nikt też w Urzędzie miasta nie wie co z tym zrobić. Ulica Nowomiejska 12, Nowomiejska 11/13, ulica Piwna 44, Piwna 31/33,     Piwna 20/26, Piwna 6, Piwna 3/5

   Nieco inną sprawą jest problem użytkowania kultowych obiektów-lokali, np. szacownego Muzeum Literatury po stronie Barssa Rynku Starego Miasta. Otóż owo Muzeum dysponuje czterema wspaniałymi witrynami, z którymi- biedne- nie jest w stanie sobie od lat poradzić. A może zapomniało, że je posiada, bo w tych witrynach-wystawach, od lat gości NIC ! Muzea na całym świecie na ogół bazują na świetle sztucznym i doświetlanie ekspozycji światłem naturalnym przez witryny jest (jak i w tym przypadku) bez sensu. Niech więc je odda komuś z pomysłem, co z tym fantem zrobić, bo obecny stan jest nie do utrzymania, kompromituje tę placówkę kultury wysokiej.

   Jeszcze inną koncepcję prezentuje, salonowe pod każdym względem, Stowarzyszenie Filmowców Polskich. Swój lokal po kinie Kultura po prostu wydzierżawiło na elegancką restaurację, wszelako pod warunkiem, że przez odsłonięte witryny przechodnie na Krakowskim Przedmieściu będą mogli zaglądać do zupy zasłużonym seniorom filmu i telewizji, konsumującym tam abonamentowe obiady po 7 złotych polskich.

   Przerywamy ten specyficzny „Spacerek staromiejski” (był taki liryczny film Andrzeja Munka, bodaj z 1956 roku, nadaje się więc pod każdym względem do konfrontacji) jako zajawkę właściwego, rozwiniętego tematu. Do kontynuacji.

                                                                             sztuka46                    




 

Owsiak dla mnie obciach !

     Nie miałam już zamiaru wracać do Owsiaka i jego prywatnej orkiestry. Ale wywiad w świątecznej GW z jednej strony obrzydliwie lizusowski, a z drugiej całkowicie bezrefleksyjny zwyczajnie mnie wkurzył. Nie interesuje mnie, co kilkanaście lat temu powiedział o „orkiestrze” ks.Tischner, kiedy Owsiak był u spowiedzi oraz czy świadkiem na jego ślubie z Lidką był Janek Pospieszalski, czyli ciąg dalszy tej ściemy.

    Wiem, że ludzie na ogół (co zrozumiałe)nie interesują się szczegółami, że często wystarczą im przelotne wrażenie lub telewizyjny entuzjazm. Ale jednak w tym roku zmowa zachwytu została przerwana, nie tylko przez „prawicę” i to powinno dać Owsiakowi do myślenia.

    A nie dało. Owsiak nadal uważa, że firmy biorące udział w jego show czynią to za darmo, dla dzieciaków i dla niego. Otóż nie, panie Owsiak. Już chyba każdy dzieciak w Polsce oprócz Pana wie, że nie ma darmowych obiadów. Jeśli spółka LOT daje wam samolot za darmo, tylko nakleja na nim „wielkie serducho” i w ten sposób się promuje, to ma to zapisane u siebie po stronie kosztów promocji. A kto za to płaci ? Oczywiście klienci LOT-u , a jeśli ta spółka skarbu państwa ma przypadkiem deficyt, to pokryją go wszyscy Polacy. Ta sama zasada , że koszty promocji wlicza się w cenę produktów, dotyczy oczywiście wszystkich firm. Natomiast asysta wojskowych myśliwców F-16 , o której podobno Pan nie wiedział, to już stuprocentowy koszt budżetu państwa. Jeśli Pan i tego nie wie , proszę skonsultować się ze swoimi „dzieciakami”!

   Państwo jest oczywiście głupie i naiwne, ma skomplikowane procedury, nie umie negocjować z koncernami. A Pan robi to doskonale: nie dość, że kupuje Pan najlepszy sprzęt (tylko nieco droższy), ale wytargowuje Pan dzięki swemu niezwykłemu profesjonalizmowi i charyzmie (?) dodatkowe urządzenia np. dla wcześniaków.To nieudolne państwo coś tam jednak wie o korumpowaniu publicznej służby zdrowia i czyni homeryckie wysiłki, aby oderwać lekarzy od kontaktów z tzw. reprezentantami medycznymi. To już rzeczywiście szczyt kretynizmu, bo powinno pójść do Pana na podszkolenie, jak można nie dać się korumpować i jak łatwo tych idiotów producentów przechytrzyć.Bo Pan jest nie tylko mądrzejszy od państwa ale i przebieglejszy od kutych na cztery nogi wielkich firm.Brawo !

   Do reszty Pana wyznań nie będę się odnosić, żeby nie zaciemniać. Bo w tej dziedzinie rzeczywiście trudno z Panem konkurować !

                                          joanna s.

Królik w depresji (2)

     Królik rzeczywiście ma dół. Przez parę dni coś tam coś tam czytałam o bólach , które przeżywa, ale teraz już wiem: najprawdopodobniej Muzeum Sztuki Nowoczesnej na placu Defilad nie powstanie. Czytam, że zastępca pani Gronkiewicz-Waltz ma większe apetyty, że jeszcze chce projekt Szwajcara Christiana Kereza budować, jeszcze widzi szanse na wyjście z impasu, ale –  jak znam życie Warszawy – to już chyba kres marzeń.

     Oczywiście nie ma powodu do świętowania, chociaż projekt Kereza, nie jest lepszy niż  od dawna krytykowane dzieło stołecznych architektów , usytuowane tuż tuż , czyli Dworzec Centralny. Równie anonimowy,niby funkcjonalny,  niby modernistyczny, niby podobny do brył dawnych domów towarowych Centrum, przemienionych również w „galerie”. Wątpię, by stał się w tym bazarowym, brudnym i wiecznie zaśmieconym miejscu jakąkolwiek atrakcją turystyczną. Kupcy wypędzeni ze swojego KDT mogą mieć schadenfreude.Przykre to i trudne do wytłumaczenia. Tyle tylko, że u nas nikt nie zwykł w takich okolicznościach niczego wyjaśniać ani oczywiście przepraszać .

    A chyba byłoby się z czego tłumaczyć. Nawet zupełnie niezainteresowany losem Muzeum szef biura maklerskiego Banku Pekao S.A. zauważył w Radiu Tok Fm, że warszawski samorząd ma chyba za dużo pieniędzy, skoro dotychczas na prace projektowe, ekspertyzy i różne inne papiery wydano kilkadziesiąt milionów złotych, które wylądowały w kieszeniach różnych osób, a nie przyniosły żadnego społecznego pożytku.

   Nie wypowiadałam się dotąd na temat lokalizacji i kształtu projektowanego Muzeum, żeby nie zaszkodzić sprawie, którą uważam za ważną dla poziomu edukacji i orientacji artystycznej rodaków. Nie jest ona bowiem olśniewająca, o czym świadczy choćby poziom zaśmiecenia warszawskiego pejzażu pseudoklasycystycznymi pomnikami i odpustową małą architekturą. Wystarczy przejść się po szlaku królewskim i obejrzeć stojące tam co i rusz figury, których ponury orszak kończy się pomnikiem Marszałka pod Belwederem.Początkiem tej nowej drogi przez mękę stała się zaś symboliczna palma przy rondzie de Gaulle’ a.

   Jednak usytuowanie Muzeum w samym środku metrowo-handlowym, w miejscu , którego każdy centymetr kwadratowy jest przedmiotem właścicielskiego sporu, a samo centrum, czyli Pałac Kultury ma być wyburzone niczym Kartagina przez naszego Katona Starszego ( który raz jeszcze przypomniał o tym przedwczoraj w swoim przemówieniu sejmowym na temat polskiej prezydencji w Unii), było pomysłem obłąkanym.

   Muzeum, o czym pisałam, ma ledwie zaczątek kolekcji i ani śladu koncepcji, jak miałaby ona wyglądać. Doliczyłam się raptem dwóch wartościowych obiektów : zestaw klocków lego pt.Obóz koncentracyjny Zbigniewa Libery i obiekt Aliny Szapocznikow.Budowanie dla nich gigantycznego obiektu to przejaw jakiejś niezrozumiałej megalomanii, tym bardziej że Muzeum pozbawione własnej kolekcji nie ma szans na wystawianie zbiorów na światowym poziomie. W obecnym stanie rzeczy niełatwo będzie wypełnić nawet skromne pomieszczenia dawnej „Emilki”.

  Oczywiście każdemu wolno marzyć. O wspaniałej rzeźbiarskiej bryle Muzeum Sztuki usytuowanej w miejscu spacerów, gdzieś w pięknym plenerze Powiśla, o kolekcji dzieł mistrzów nowoczesności dziś dla nas nie do zdobycia.A realia będą zgromadzone w „Emilce” dla garstki amatorów. Chyba jednak dobrze się stało, że ktoś przerwał ten sen o wielkości, choć przebudzenie jest bardzo depresyjne.

                                           joanna s.         

Panie Owsiak – grozi obciach !

   Ku mojemu zdziwieniu po raz pierwszy od dwudziestu lat bardziej energicznie zabrzmiały tym razem głosy przeciwne „orkiestrze”. Niestety,od razu stało się to polem szarpania się za czupryny różnych drużyn politycznych, co mi nie odpowiada. Bo tu nie chodzi o podziały typu salon-antysalon czy lewica-prawica itd.

  Jeśli uważam, że pomysł Owsiaka, dwie dekady temu świeży, bezpretensjonalny i dosyć spontaniczny przekształcił się z upływem lat w przedsiębiorstwo o dwuznacznym charakterze ( o czym za chwilę ) , to nie dlatego , że należę lub nie do jakiegoś obozu ,nieważne pro czy antyrządowego.

  Nie jest dla mnie ważne, czy Owsiak zbiera mniej czy więcej niż Caritas , fundacja Anny Dymnej czy jakiejś innej, bo to on stworzył pewien model, czy jak kto woli, patent , który od pewnego czasu mnie uwiera , a nawet żenuje.

  Otóż bardzo nie podoba mi się ten mocno podstarzały młodzian w czerwonych okularkach i rozciągniętej żółtej koszulce miotający się w styczniową niedzielę po studiach i scenach, wykrzykujący raz po raz jakieś słowa (?) własnego pomysłu, zbierający „pieniążki dla dzieciaków”oraz wysyłający „światełko do nieba”. Jeżeli oddaje komuś mikrofon, to na pięć sekund i tylko na wykrzyknięcie czegoś. Bo show musi mieć tempo, wrzaski przeplatane są owacjami, które wybuchają w ciągu sekundy na komendę schowanych przed kamerami wodzirejów, gdy tylko rozpoczyna się transmisja którejś z telewizji.Ten, kto kiedykolwiek organizował medialny event z erupcją entuzjazmu, wie jak to się robi. O technice i kulisach tego spektaklu dowiadują się niestety także niektóre „dziewczynki z puszkami”.A to już mniej miłe i serdeczne doświadczenie, ale doskonała lekcja przygotowania do życia.

   Ciekawe, że żadna z telewizji, nawet publiczna, nie chce zdradzić, ile kosztują te transmisje.Dowiadujemy się tylko, że tyle co nic. Wniosek – to dla telewizji czas promocji i reklamy. Kogo i jak się reklamuje czy promuje – nietrudno zgadnąć, bo to widać! Bezinteresowność, spontaniczność ? Bzdura ! „Orkiestra” o tym oczywiście wie, ale jej to nie przeszkadza, przeciwnie ona  organizuje cały ten biznes i zapewnia mu czas antenowy, osładzając wciskanie „marek” rozmaitymi występami.

   Pada kolejny rekord zbiórki, puszki odebrane, kasa na koncie, uczestnikom już dziękujemy, edukacja obywatelska zakończona. Szef- autorytet moralny- leczy zapalenie gardła, a”orkiestra” już wie, na co wyda te miliony. Oczywiście na sprzęt medyczny najnowszej generacji,  koncerny już ustawiły się w kolejce. Kto, co i za ile sprzeda „orkiestrze”? „Negocjacje” to kolejna tajemnica handlowa. Autorzy patentu ani jego beneficjenci nie narzekają.W podtekście – my to robimy lepiej niż to głupie państwo, które jest tak bezrozumne, że wszystko robi, by nam pomóc w wykazywaniu naszej wyższości!

  

   Nie ma mowy o tym, by wolontariusze „orkiestry”mogli rzeczywiście pomagać :chorym, pracującym matkom, ludziom starszym. Wielu z nich jest samotnych, pozbawionych najprostszej opieki, pomocnej ręki. Z pewnością byliby wdzięczni , gdyby ktoś zechciał zrobić im zakupy, zostać z dzieckiem, poprowadzić na spacer, zrealizować receptę,poczytać książkę , zwyczajnie porozmawiać. Ale na to „orkiestra” nie ma chęci, czasu ani pieniędzy.

  Fundacja utrzymuje armię ludzi ( w tym całe swoje lobby lekarskie) z odsetek od zebranego kapitału. Wszystko jest przezroczyste, sprawdzane itd. Ale czy przy inflacji dochodzącej do 5 proc.rocznie, nie uszczupla to jednak kapitału?

  Ta ściema ma trwać „do końca świata i o jeden dzień dłużej”. Rany boskie! Majowie co prawda przewidzieli koniec świata na ten rok, ale mało kto im wierzy. Sami możemy uwolnić się od tego „pogotowia ratunkowego”, wrzasków, skoków, miotania się i bełkotania w nikomu nieznanym narzeczu w imię „lokowania produktu”. Bo „światełko do nieba”nam w tym nie pomoże .

                                                joanna s.


 


Królik w depresji

     Co będzie z warszawską kulturą w dopiero co rozpoczętym roku ? Oczywiście, chodzi o to, o co chodzi naprawdę, czyli o pieniądze. W ub.r. pani prezydent była hojna, przygotowywano się na przyznanie Warszawie miana „Europejskiej Stolicy Kultury”oraz do promocji stolicy jako miasta Euro 2012 .

   Miliony wydano jednak niezbyt efektownie i , co gorsza, bez większego sukcesu. Po kasie wydanej na ESK nie zostało prawie nic, nawet rachunku „zysków” i „strat” . Rozebrano jedyny chyba ślad po budżecie na ESK – drewniany wyszynk piwa przy Placu na Rozdrożu, noszący enigmatyczna nazwę Ufo. Podobno zaprojektowali ten barak prawdziwi architekci za prawdziwe pieniądze, choć paru górali, nawet w nietrzeźwym widzie, postawiłoby to cudo w trzy dni ,nikogo nie pytając nawet o żaden szkic. Byłam tam na jednej „debacie” ,podczas której paręnaście osób głownie zajmowało się otwieraniem butelek. Czytałam potem, że organizowane debaty były „pasjonujące”,”bardzo ożywione”, i „wnoszące nowe idee”. I kto to sprawdzi ?

    Karnawał się skończył i zaczął się nowy rok. Nie wiadomo, czy mamy kryzys czy nie , ale zapał pani prezydent do nowoczesnej i niezależnej kultury wychłódł. W związku z tym dyrektorka nieistniejącego Muzeum Sztuki Nowoczesnej Joanna Mytkowska skarży się , że brak jej na to wszystko energii (o czym donosi stołeczna „GW”), koordynator projektu Skweru Sportów Miejskich Grzegorz Gądek czuje, że nie zrealizuje tego genialnego projektu na Euro 2012, a Przemek Pasek ( Fundacja „Ja Wisła”) prosi ,by pomóc mu  przetrwać zimę. A co z Krzyśkiem, Bogną, Sławkiem, pracowniami Centrala, WWAA czy MOKO oraz innymi kolegami? Jezus Maria , co to będzie , jeśli zawiedzie tak dotychczas światły i czuły warszawski mecenas? Jak dobrze byłoby powrócić do rozmów i snucia wspólnych planów! Może tylko bez Ewy (Czeszejko-Sochackiej, pełnomocniczki ds.ESK), która, jako jedyna, ewidentnie się nie sprawdziła.

     Ducha nie gaście ! Królik oraz jego krewni i znajomi czekają.

                                                    joanna s.