Zrobiłem lekką modyfikację tytułu wywiadu-rzeki z Andrzejem Osęką pt. STRATEGIA PAJĄKA, która ukazała się ostatnio, zmieniając słowo „strategia” na „estetyka”, lecz zastanawiam się, czy aby nie kieruje mną nadmiar względów.
Przecież to sam bohater długiej, wstrząsającej historii opisanej na dwustu osiemdziesięciu stronach książki kreuje się na pająka, który ma plan. Nie jego tak przezywają, na przykład (co czasem się zdarza). Nie. Nie czyni tak też zapewne z płochości, lecz przeciwnie – chce wywołać skojarzenia z okrutną walką o przetrwanie, w której trzeba mieć plan. Przybierając wizerunek przemiłego stworzonka, jakim jest pajączek, który w imię najwyższych celów zakłada utratę swych członków, by ocalić resztę, ma przywoływać wymowne analogie. Tyle że dramatyczne, pokazujące co mogło grozić pajączkowi ,gdyby spokojnie nie przetrwał, jak to w realu miało miejsce (nie poszedł do Gułagu, na Rakowiecką, nawet go nie internowali). Wszystko razem prowadzić ma czytelnika na plac boju, na którym trup ściele się gęsto, odrąbywane są członki, krew tryska, a świństwa, zakłamania, ucieczki i zdrady są normą. Ta mroczna scena, na której wypadło naszemu pajączkowi stosować różne przebiegłe strategie i mieć plan – PRL się nazywa. Scena znajduje się przede wszystkim w PRL-u, a proscenium tylko, w III RP. A ja tu wyjeżdżam z jakimiś osłabiającymi efekt estetykami – ale niech tam!
Nie ukrywam, że impuls do tych uwag dało mi splunięcie (może właściwiej dla naszego pajączka – strzyknięcie jadem?) na mnie. Tu nie może być pomyłki czy braku precyzji w wysłowieniu się. Na pytanie interlokutora (po 13 grudnia 1981, po zawieszeniu i rozwiązaniu wielu tytułów):
– Jak pan to wszystko oceniał? Pan już nie wrócił do oficjalnych mediów, ale przecież inni wrócili, i to licznie. Wychodziły gazety, jak choćby „Trybuna Ludu” i „Życie Warszawy”, dziennikarze pracowali. Czasopisma o sztuce też, na przykład „Sztuka”.
Andrzej Osęka – „Sztuka”, o tak. Redaktorem naczelnym zamiast Wojtka Cesarskiego, został Andrzej Skoczylas, człowiek bezwzględnie wierny władzy.
Czyż nie jest to nabrzmiała odrazą, niepozostawiająca jakichkolwiek wątpliwości, dyskredytująca bezapelacyjnie opinia? I taka metoda obowiązuje w całej STRATEGII PAJĄKA. A więc Andrzej Osęka, nie trzeba dodawać, że szlachetny i opozycyjny od urodzenia, choć na okropny czas komunizmu wypadła mu młodość, kończy te robotniczo-chłopskie studia i rozpoczyna współpracę z tygodnikiem „Po Prostu” (pewnie podziemnym?), akurat w trakcie Międzynarodowego Festiwalu Młodzieży i Studentów w Warszawie w 1955 roku, a w nim na łamach tego opozycyjnego, a nie socjalistycznego (ZMP-owskiego) organu, relacjonuje słynną wystawę w Arsenale.
Zbliża się czas październikowej odwilży i Arsenał nabiera znaczeń, o jakich jego uczestnicy nie mają najczęściej zielonego pojęcia – staje się czystą polityką, sztandarem. Staje się świetnym, emblematycznym wręcz odniesieniem na całe dziesięciolecia PRL-u – każdy z niego czerpie co mu wygodne do „przyłożenia” drugiemu, władzy, komukolwiek i czemukolwiek. Tak powstaje naturalne środowisko naszego pająka, z którym mu najbardziej do twarzy; rzucać się, gryźć, uciekać i nie zostać rozdeptanym.
Oglądałem tę arsenałową wystawę jako uczeń liceum plastycznego, więc tym bardziej nie miałem pojęcia, o co w niej chodzi, poza ostentacyjnie widocznym w malarstwie zerwaniem z manierą realizmu dziewiętnastowiecznego, rodem z Monachium, wraz z jego „sosami”, nie wiedzieć czemu noszącego miano socrealizmu, na rzecz swobody i spontaniczności, choć nieco brudnej i ponurej. O tym pisał Osęka i z tym mogłem się później godzić (gdy go poznałem w latach 60., pamiętam, okazał mi nawet życzliwość, wiec nie mam osobistych uprzedzeń), a nawet czasem i z innymi jego ocenami naszego życia artystycznego, ale takie przypadki zdarzają się zawsze i wszędzie. A więc pojawiają się nazwiska artystów, których pajączek chwali (to rzadziej) i zwalcza (częściej). To też jest normalne – bardziej interesujące jest w imię czego to robi i jakie efekty osiąga. I tak w Arsenale forsuje wszelkimi metodami np. Marka Oberlaendera, a zwalcza i wyśmiewa opozycyjnych do Arsenału Mariana Bogusza, Zbigniewa Dłubaka i Kajetana Sosnowskiego.
Później wykonuje słynną już napaść na Henryka Stażewskiego z okazji wystawy w Zachęcie (1966), patronuje (na terenie swego folwarku, jakim jest „Kultura”) nie mniej słynnemu donosowi Wiesława Borowskiego pt. „Pseudo awangarda”(1973) na Andrzeja Partuma, Natalię LL, duet KwieKulik i innych.
Angażuje się bez reszty w chwalenie i lansowanie grupy WPROST – Zbyluta Grzywacza, Macieja Bieniasza, Leszka Sobockiego i Jacka Waltosia, co kończy się oczywiście fiaskiem. I to nie dlatego, by ci solidni, wartościowi artyści na to nie zasługiwali, lecz dlatego, że ta gorączkowa krzątanina propagandowo-piarowska Osęki szeleściła papierem, sztucznością i w efekcie odstręczała. Miała być zaspokojeniem miłości własnej autora jako demiurga – i jako taka nie mogła się udać. Porażkę, a właściwie klęskę rekompensował sobie nasz pająk chlastaniem, cięciem, kłuciem, unicestwianiem, odsyłaniem w niebyt tak różnych twórców jak Edward Krasiński, Tadeusz Fangor, Tadeusz Kantor, Roman Opałka, Krzysztof Wodiczko, Ryszard Winiarski, Edward Dwurnik, Katarzyna Kozyra, Mirosław Bałka, Zbigniew Libera i inni.
Natomiast poczytać mu mogę na plus fakt, że dyrektor warszawskiego Muzeum Narodowego Stanisław Lorentz, wydał mu zakaz wstępu do Muzeum (i to wyegzekwowany !), co jest rekordem świata. Ciekawostką natomiast jest to, że Oskar Hansen, wybitny twórca i chluba naszej awangardowej sztuki, co nawiasem Osęka odnotowuje, zbudował na dachu domu (!), miejsce swego bytowania przez dziesięciolecia, a który to dom Osęka odzyskał po 1989 roku jako mienie zagrabione mu przez komunistów ( że było to mienie jego teściów, budowniczych Polski Ludowej, nie gorszy go brakiem konsekwencji i nie brzydzi). I co robi natychmiast nasz triumfujący pająk esteta i humanista po dokonaniu się aktu dziejowej sprawiedliwości? Burzy ten ślad po Hansenie (który ja np. chętnie bym dziś obejrzał przy ulicy Sędziowskiej). I znów, nie on burzy, broń Boże, tylko „nadbudówkę rozebrano”.
Chciałem nazwać tą rozprawę w kategoriach estetycznych i targają mną sprzeczne uczucia, bo czy nie kwestią smaku jest peregrynacja A.O., już w Niepodległej, od pracy( więc chyba identyfikowania się) w prawicowych „Spotkaniach”, po ich bankructwie do „Gazety Wyborczej” o zgoła przeciwnej orientacji, za Adasiem, Helenką, Joasią itd ,a następnie po podziękowaniu mu w „GW” iść tam, gdzie chwilowo płacą; do parszywienkiego, pisowskiego „Dziennika”. Nic go nie gorszy i nic mu nie przeszkadza; byle płacili.
Osęka w tym roku kończy osiemdziesiąt lat i chcąc nie chcąc sam dokonuje bilansu swego życia, a kogoś takiego jak ja prowokuje do jego oceny. To jest koszt, trudno i darmo, bycia osobą publiczną. Jak sam skromnie zaznacza w latach 60, i 70, był kimś w rodzaju monopolisty na terenie sztuki współczesnej. Było go pełno wszędzie; na łamach czasopism kulturalnych, w radiu i telewizji. Charakterystyczna anegdotka: gdy ( w RTV, w latach 70. J. O. miał swoje programy):
„dyrektorem generalnym był Janusz Rolicki, który dawał mi pełną swobodę. Programy nazywały się Rozmowy o sztuce (…). Szło to późno wieczorem, wiec pytam kiedyś Rolickiego, dlaczego nie da mi wcześniejszych godzin. On na to: „No wiesz, jeszcze by cię ktoś zobaczył”. Późno wieczorem towarzysze są już pijani, niczego nie oglądają.
Jakże położyłoby tę uroczą anegdotkę nadmienienie, że przyjaciel naszego, już pająka, Janusz Rolicki, był przecież towarzyszem. I to raczej wysokiego szczebla, więc powinien być pijany. A w ogóle jest tu kilka podtekstów, w tym wielki, obezwładniający, mit opinii publicznej, która raz była święta, a innym razem niekoniecznie.
I tak w kółko, z konsekwencją i moralnością Kalego (Jak Kali ukraść krowę to dobrze – jak Kalemu ukraść krowę to źle). Osęka dostaje etat w „Przeglądzie Kulturalnym” to dobrze, „oni” zamykają „Przegląd” to źle. Oni zakładają w to miejsce „Kulturę” osławionego Janusza Wilhelmiego (aparatczyka czyli wiernego władzy) to obrzydliwe – gdy na długie lata, do stanu wojennego dostaje w niej fuchę kierownika, a praktycznie dyktatora działu plastyki – to bardzo dobrze. Gdy Krzyś (Krzysztof Teodor Toeplitz – zażyłością z kimś wybitnym zawsze warto się pochwalić) dostaje od ministra Kazimierza Dejmka pieniądze na wydawanie „Wiadomości Kulturalnych”(1994), to było to oczywiście „niedobre pismo, w którym momentalnie skrzyknęli się dość potworni ludzie z okolic stanu wojennego”. A dlaczego niedobre pismo? A dlatego, że nie było w nim Osęki, a były dobrymi pismami automatycznie, te, których był współpracownikiem-podporą, jak; „Świat Młodych” (z naczelnym Wojciechem Krasuckim „człowiekiem partyjnym, ale bardzo inteligentnym”) w latach 50′ „Przegląd Kulturalny”, „Nowa Kultura” a nawet „Polityka” (ciekawe, że nie wydał tak dobrej opinii jak Krasuckiemu Mieczysławowi Rakowskiemu) w latach 50′ i 60′, czy „Kultura” w latach 60′, 70′, i 80′. Jedyne wytłumaczenie – on sam był niewierny władzy, dlatego tam pracował i z tego powodu nigdy nie był, nawet przez chwilę, potworny.
W czasię karnawału Solidarności, kiedy nasz pająk wreszcie wychynął z rur kanalizacyjnych na pełne światło, spotkała go niemiła przygoda. W gremiach kierowniczych odnowicieli polskiej sztuki, obok Osęki ,tyle że ulokowany wyżej w hierarchii, bodaj jako prezes ZPAP, zasiadał kolega Zbigniew Makarewicz. Człowiek uroczy, niesłychanie elokwentny, gdy była potrzeba niezwykle radykalny, zarazem ekscentryk i erudyta. Niehańbiący się przy tym tradycyjną pracą twórczą, słowem konceptualista. Z powodu tych cnót nazywany był przez nas: kolega „Makabrewicz”. Otóż na jakimś wzniosłym konwentyklu tenże kolega Zbyszek Makabrewicz, wskazując palcem pająka:
„Pamiętam, że powiedział: Ty się sprzedawałeś. Ja mówię: Kto mnie kupował, za co? Co konkretnie, sprzedawałem? Sprzedawałeś się. I poszedł.”
Z takim argumentem, uznał nasz pająk, nie sposób się zmagać. Niech więc i dla mnie będzie to za pointę.
„Porozumienie”,poliptyk (135 cm x 100 cm. x 5),fragment, 1980 r. W zbiorach publicznych
Andrzej Skoczylas
Ps. Elżbiecie Strzałeckiej-Żochowskiej za „złamanie” w sposób jak wyżej, (co wydawało się niemożliwe) poliptyku „Porozumienie”, w SZTUCE 1/(19)81 z wdzięcznością A.S
