Orzeł biały z gwiazdą Dawida

    W środę ,28 lutego w duńskim muzeum sztuki współczesnej, lepiej znanym jako Louisiana rozpoczął się występ w polskich barwach izraelskiej artystki wideo Yael Bartany. W tym samym repertuarze, jaki był proponowany w „zdekomunizowanym przeze mnie” – jak mawia Anda Rottenberg – pawilonie Polonia podczas weneckiego Biennale w ub.r. Pewną sensacją dla polskich artystów, turystów i żurnalistów, którzy tam się zjawili, było umieszczenie na frontowej ścianie tego klasycyzującego budynku białego orła w koronie zwieńczonej gwiazdą Dawida. Miało to wstrząsnąć Europą!

  Nastąpiła więc powtórka z wątpliwej rozrywki, ponownie finansowana przez polski budżet, tym razem Instytut Mickiewicza i polską ambasadę w Kopenhadze. Rozumiem, że chodzi tu o ostatnią chyba atrakcję związaną z polską prezydencją w Unii. Jakoś w naszej prasie nie natrafiłam na żaden news na ten temat. To trochę dziwne, bo przecież każdy „sukces”, nawet taki zorganizowany za własne pieniądze, jest u nas obcmokiwany w nieskończoność.

   Pisałam już co nieco o tym wydarzeniu,gdy artystka je przygotowywała. W samej Wenecji poza naszymi rodakami dzieło nikogo nie zadziwiło ani nikim nie wstrząsnęło, bo nie takie rzeczy tam oglądano i wzruszano ramionami. Duńczycy, jak sądzę po przeczytaniu nadesłanej przez Louisianę informacji o tym przedsięwzięciu, są nieco nim zdziwieni i wystraszeni. Sprawiają wrażenie, jakby w ogóle nie rozumieli, o co chodzi w tym przedsięwzięciu. Wykpiwają się takimi ogólnikami jak: „prace Bartany to opowieść o orientacjach i ruchach politycznych, których często tragicznym pomnikiem stał się XX wiek”, lub „prace Bartany obracają się wokół problemów tożsamości, mitu, religii i polityki”. Czyli coś tam coś tam, ale nie wiadomo co.

  „Polska trylogia” to, jak informuje duński kurator eventu, opowieść o „Ruchu Żydowskiego Odrodzenia w Polsce’, który to ruch „ma na celu powrót 3,3 mln Żydów do Polski”. Kurator bierze to wszystko całkiem serio i dosłownie. Bo w Danii z Holokaustu się nie żartuje. Pierwszy film- relacjonuje- rozpoczyna się od przemówienia na pustym stadionie w Warszawie, następny towarzyszy budowie pierwszego kibucu w samym środku miasta, tam gdzie niegdyś było getto ( tak, jak gdyby miały potem powstawać następne – przyp.mój), wreszcie „Zamach” przenosi widzów na państwowe uroczystości żałobne zamordowanego przywódcy ruchu. Podczas tej ceremonii wypowiadają się różne osoby, od Sasa do lasa, każda mówi tylko o tym, co ją interesuje. Są wspomnienia mieszkających w Izraelu dzieci ofiar Holokaustu i bałamutny zarys historii stosunków polsko-żydowskich. W poprzednich dwóch filmach, przypomina się przedwojenne dzieje ruchu syjonistycznego, powstanie państwa Izrael, totalitarną retorykę nazizmu i komunizmu, i oczywiście polski antysemityzm i nacjonalizm. I to wezwanie: wracajcie!

   Nie mam pretensji do Yael Bartany za nakręcenie tej „trylogii”. Ona sama wystąpiła przed weneckim Biennale na konferencji prasowej w Warszawie i zrobiła na mnie dobre wrażenie (filmów wówczas nie pokazywano). Sama nie mieszka w Izraelu, bo nie życzy sobie państwa wyznaniowego, nie podoba się jej traktowanie ludności palestyńskiej, stawianie murów odgradzających Izrael od autonomii. Nie cierpi cenzury w sztuce. Przyznała, że o historii Żydów polskich pojęcie ma małe. Ona została wynajęta czy – jak kto woli- zaproszona do zrealizowania pewnego scenariusza. Będącego  „próbą” przezwyciężenia stereotypu „polskiego antysemityzmu”. A także , a może przede wszystkim, popisem niewiarygodnej megalomanii paru osób, w tym Sławomira Sierakowskiego, który odgrywa w dziele główną rolę męską, wcielając się w postać tolerancyjnego przywódcy, wzywającego na pustym stadionie Żydów do powrotu do Polski, a potem staje się ofiarą szowinistycznego zamachu. To przy jego zwłokach na dzisiejszym Placu Piłsudskiego odbywa się pompatyczna ceremonia pożegnalna, podczas której Anda Rottenberg wygłasza, dramatyczną w tonie, ale całkiem dowolną w treści impresję na temat stosunków polsko-żydowskich, przypisując pojawienie się w Polsce antysemityzmu zaborcom, a w szczególności Rosji.

    Zastanawiałam się, dlaczego ten spektakl w trzech odsłonach tak bardzo mnie uwiera. W pewnej chwili zdałam sobie sprawę, że tym, co mnie najbardziej razi, co jest dla mnie w nim najbardziej niestosowne i bolesne, i to najprawdopodobniej wbrew intencjom autorów, jest wezwanie trzech milionów Żydów do powrotu do Polski.

    Przecież oni nigdzie nie wyjechali, nie wyemigrowali. Oni tu zostali. Polska jest ich cmentarzem. Podobnie jak miejscem męczeńskiej śmierci dziesiątków tysięcy ich braci i sióstr, przywiezionych tu w bydlęcych wagonach. To nie jest temat na taką pseudobłyskotliwą, a mówiąc wprost, prostacką „metaforę”, jaką nam zafundowano przy pomocy nieświadomej tego, co czyni, Yael Bartany.

                                                          joanna s.   


I po PIW-ie!

    Pod tym samym tytułem pisałam o Państwowym Instytucie Wydawniczym ponad pięć lat temu w wysokonakładowym tygodniku. Chociaż PIW miał już wtedy milionowe długi i „realizował” cały czas straty, był to rodzaj prowokacji. Wtedy jeszcze dałoby się, z pomocą państwa, wyrwać z równi pochyłej to istniejące od 1946 r. wydawnictwo, które z upływem lat stało się jedną z podstawowych instytucji polskiego dziedzictwa kulturalnego. A co najmniej zmienić jego szefa! Co się wówczas udało, ale – jak widać – za późno! Dopiero po odwołaniu młodego człowieka, któremu wydawało się, że jest wydawcą, ogłoszono konkurs na stanowisko szefa. Ale ten ostatni prezes PIW już nic nie mógł poprawić, bo długi były zbyt wielkie, a pomocy znikąd.

   Nic nie mogło się zmienić na lepsze pod nadzorem właścicielskim ministerstwa skarbu, które nasyłało przez lata na firmę kolejnych nieudaczników, niemających zielonego pojęcia o tak ekskluzywnym, wymagającym ogromnej wiedzy, wrażliwości i refleksu zawodzie jak wydawca. Zwłaszcza tej rangi, jakiej wymagał PIW. Skarb był przekonany, że edytorstwo to łatwizna dla młodzieży, a na wydawnictwie, które ma kamienicę na Foksal, jednej z najdroższych ulic w Warszawie, każdy dyrektor na pewno się wyżywi. A co kogo obchodzi reszta? Wtedy, ponad pięć lat temu, ówczesnemu dopiero co nasłanemu „prezesowi”zachciało się sprzedać oficynę kamienicy, wraz z lokatorami, pracownikami PIW-u. Wielu z nich odbudowywało ją nazajutrz po wojnie z ruin po to, by mieć gdzie mieszkać. Zachowały się nawet ich zdjęcia z tamtych czasów na zwałach gruzu, przy robocie, z łopatami w rękach.

   Jednak najważniejsza jest oczywiście nie kamienica (nawet z legendarnym lokalem kawiarni, gdzie „spiskowali” w latach PRL-u Słonimski z Kisielem, i kultową księgarnią z równie kultową panią Blanką). PIW został powołany przez to obrzydliwe ludowe państwo po to, by wydawać na najwyższym możliwie poziomie redaktorskim, krytycznym i edytorskim polską i obcą klasykę. Czy to się komu podoba czy nie, w tamtych, prawdziwie nędznych tużpowojennych czasach myślano o potrzebie czytania, kultury i edukacji dla zwykłych ludzi. Oczywiście, nie mówiono wtedy jeszcze o „kapitale ludzkim”, ale go faktycznie budowano! Po 65 latach od założenia PIW-u jego dorobek to 8 tysięcy pozycji, pozostających w archiwum na Foksal jako tzw. żelazny depozyt.

   A dziś nie wiadomo, co z tym wszystkim zrobić! Z wydaniami kanonu polskiej klasyki od Reja do Wańkowicza (przez Kochanowskiego, Krasickiego, Mickiewicza, SłowackiegoKrasińskiego, Fredrę, Prusa, Sienkiewicza, Reymonta i tylu innych!), słynnymi seriami wydawniczymi- „plus minus nieskończoność”(która m.in.wprowadziła do Polski Tofflera, Jacoba i dziesiątki innych najznakomitszych światowych umysłów), „ceramowską” itd., których loga są znane wszystkim polskim inteligentom, dziesiątkami podpisanych umów, z prawami autorskimi, z jakże cennym, znanym szeroko logo firmy. Kto kiedyś nie stał w niezdarzających się dziś zupełnie kolejkach siegających Nowego Światu po Jasienicę czy Wańkowicza ? Czyim marzeniem nie było przekonanie pani Blanki lub koleżanek do odłożenia „pod ladę”jakiegoś Cata Mackiewicza, Słonimskiego czy Kundery?

   Oczywiście w realiach Polski rynkowej wydawnictwo trzeba było zreformować, czy – jak to się mówi – zrestrukturyzować, jak niemal wszystko w erze Balcerowicza i „niewidocznej ręki rynku”- chociaż PIW nie bywał w przeszłości deficytowy, mimo narzucanych mu od czasu do czasu propagandowych „cegieł”. Wydawano książki w niebotycznych jak na dzisiejsze czasy nakładach- od 10 do kilkuset tysięcy egzemplarzy! Dyrektorzy dwoili się i troili, by uzyskać dodatkowe przydziały papieru.Ale po 1989 r. cena papieru przestała być regulowana, czyli państwo zrezygnowało ze swej roli „budowania kapitału ludzkiego”. Więc trzeba było zmieniać. Ale powinno się to było odbywać pod czujnym i czułym okiem resortu kultury, a nie ministerstwa skarbu, które (po uchwaleniu przez sejm w 1997 r. ustawy o prywatyzacji i komercjalizacji przedsiębiorstw państwowych) pełniło rolę właściciela PIW-u!

  Francja, na którą chętnie się oglądamy, nigdy dopuściłaby do upadku Gallimarda (który pełni tam funkcje podobna do PIW-u) , czy np. Larousse’a, które są przecież i zawsze były oficynami prywatnymi działąjącymi w gospodarce jak najbardziej rynkowej. Ale jak to się robi, to wyższa szkoła jazdy, podczas gdy nasz resort kultury (nie wspominając już o skarbie) z wielkim trudem uczy się raczkować!

  Na razie gdy stuknąć w wyszukiwarkę, nazwa PIW jeszcze się pojawia. Ale za chwilę wyrzucą ją stamtąd koncerny piwowarskie. I po PIW-ie będzie tylko piwo!

                                            joanna s.

    

    

Filmowców przybywa, artystów ubywa…(2)

   Trochę zdziwiony jestem argumentacją Wilhelma Sasnala przytoczoną w obszernej rozmowie z Donatą Subbotko w GW, na rzecz swojej, tak głośnej, konwersji. Zamiast po ludzku przyznać, że pasjonuje go zrobienie filmu (jako pławienia się w wolności, nb, w ślad za Godardem), snucie opowieści za pomocą kamery, przygoda – szuka alibi w rodzaju sprzeciwu moralnego wobec ponurych zjawisk naszej codzienności. Jakby to w ogóle było potrzebne, jakby było warunkiem koniecznym procesu tworzenia. Zamiast przyznać, że jest to po prostu ekscytujące, być przez chwilę może Antonionim, może Almodovarem lub jeszcze kimś innym z legionu tuzów. A pointa ? „Wolę malować, niż kręcić filmy”. Oczywiście, jest tu odrobina kokieterii, ale jednak… „Zdarza mi się, że idę do kina, zaczyna się projekcja i nie mogę tego oglądać, wychodzę i idę do sali obok na drugi film, ale ten też mnie nie interesuje.”

   Bo kino to jest fabuła – trudno i darmo. Mimo nieskończonej ilości mód i trendów, mimo tylokrotnie wieszczonego jego końcu – kino trwa. I to w swym synonimie, filmie fabularnym. Trwa wcale nieźle. Dopóki ludzie  będą chcieli dobrowolnie, za własne pieniądze lecieć do kina, by przeżyć jakąś historię, pogrążyć się w magii ekranu, dopóty film będzie istniał. Bez względu na różne kaprysy i ekstrawagancje odnowicieli i kontestatorów, kino bez widza nie istnieje. Podobnie jak sztuka.

   Oczywiście, mamy tysiące odstępstw od tych żelaznych zasad, nie przeczą one jednak ogólnej regule: to co wybitne i wartościowe – przebije się, zostanie. Sam Sasnal jest tu najlepszym argumentem: nie jego fabuła „Z daleka widok jest piękny”, z której najbardziej życzliwego widza, nuda wyrzuca z sali kinowej, lecz sukces i atrakcyjność jego malarstwa budzić może również zainteresowanie jego przygodą z filmem. I to malarstwo właśnie dało mu możliwość suwerennego poruszania się po terenie kina. 

                                                                                          ORZEŁ, 2005              Zbigniew LIBERA

   Nurtują mnie przy okazji pytania: czego szuka, czego chce się jeszcze nauczyć Zbigniew Libera w Szkole Andrzeja Wajdy, choć sam Mistrz oddycha (ucieka?) od filmu (wyjąwszy biografię Wałęsy) na rzecz swoich wystaw rysuneczków a la Jan Matejko? Dlaczego Lech Majewski, reżyserując film o Breughlu w technologii 3D, a więc zapoznawszy się gruntownie z twórczością tego genialnego gawędziarza, znienacka stwierdza, że gdyby dziś żył Giorgione zapewne byłby filmowcem? Skąd to wie? I to Giorgione a nie Breughel? Dlaczego Edward Dwurnik nie bierze się dotąd za film? Papiery przecież ma jak nikt – jest zamożny, obrazy jego kipią życiem, umie wspaniale opowiadać, jest celebrytą… A jednak…

                                                 

                                                               Andrzej Skoczylas



 

 

 

Filmowców przybywa, artystów ubywa… (1)

 

    Lub na odwrót – bo stają się w pełni artystami dopiero po terminowaniu i uzyskaniu nobilitacji przez film. A takich osobników jako zadomowionych gości Parnasu, z natury rzeczy, jest mniej. I tu, mam wrażenie, tkwi źródło ostatnich głośnych transferów na naszej scenie artystycznej. Gdy czytam, że Wilhelm Sasnal, Zbigniew Libera, Oskar Dawicki, a nawet teoretyk i badacz sztuki najnowszej, kurator Muzeum Sztuki Nowoczesnej Łukasz Ronduda wzięli się za film, to jestem poruszony. Z jednej strony ogarnia mnie radość podszyta ciekawością, co z tego wszystkiego wyniknie, z drugiej, jaki musi być niedosyt, brak satysfakcji z obecnego statusu, tak przecież wysokiego, jak w przypadku Libery i Sasnala, by porzucić pełną honorów stabilizację w świecie sztuki na pewne awantury w cechu filmowców. Ale nie są to sprawy proste.

   Sztuki plastyczne, wizualne (jak dziś przyjęło się je nazywać), od zawsze były intermedialne, przenikały się z innymi dziedzinami jak architektura, teatr, film, balet itp. Bywały ich obudową, tłem, elementami narracji. Obecny stan upowszechnienia i dostępności coraz doskonalszych narzędzi przekazu- aparatury video, kamer filmowych i fotograficznych oraz upowszechniania, do jakiego doprowadził internet, musiało doprowadzić do zbliżenia i przemieszania wszystkiego z wszystkim, co dla świętego spokoju nazywamy wizualizacją (a co  z kolei doprowadza do wyodrębnienia pod nazwą – sztuki wizualne).

   Taki np. Józef Robakowski zawsze zajmował się filmem, zakładając po łódzkiej filmówce (w której jest profesorem) w ubiegłym wieku Warsztat Formy Filmowej. Uprawiając wraz z przyjaciółmi eksperymenty z fotografią, taśmą filmową, pracą kamery i non camera, a przede wszystkim teoretyzowaniem itp. mieścił się w wygodnej niszy radykalnej awangardy. Na niezliczonych festiwalach, sympozjach, plenerach, sesjach i prezentacjach, ugruntował swą pozycję papieża awangardy. Przy okazji będąc żywym dowodem wielkoduszności  socjalistycznego mecenatu utrzymującego i finansującego podobne ekscesy. Z tego co wiem, nie chodziła mu po głowie żadna fabuła. 

   A znów Jerzy Skolimowski, w swoim czasie cudowne dziecko, nadzieja naszego boksu, poezji, malarstwa, aktorstwa, wreszcie filmu fabularnego. Współscenarzysta „Noża w wodzie” Romana Polańskiego; twórca świetnych i nagradzanych „Rysopisu”, „Bariery”, „Walkoweru” a przede wszystkim „Rąk do góry”, po którym musiał emigrować. W Stanach, gdzie osiadł, przestało mu iść tak dobrze i po powrocie, trochę zgorzkniały, zajął się…malarstwem. Jak zwierza się Jackowi Żakowskiemu w wywiadzie sprzed roku (…) „Jak zobaczyłem, że te obrazy tak idą, pierwszy raz pomyślałem, żeby to robić zawodowo”. Bo to takie łatwe – chciało by się dodać.

                                                                                                                                    Jerzy Skolimowski

      A znów nasz wielki Andrzej Wajda, mimo najświetniejszych rokowań w czasie studiów w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, mimo największych względów jednej z najwybitniejszych polskich malarek profesor Hanny RudzkiejCybisowej, czym prędzej czmychnął do fabuły, do wielkich narodowych eposów. Malarstwo okazało się tu „za krótkie”. Powiedzieć natomiast o jego przyjacielu, wybitnym pisarzu  Tadeuszu Konwickim, że uciekł od literatury do filmu, by do niej powrócić, jest może nadmierną szarżą… a jednak; debiutując reportażami i opowiadaniami, powieścią „Władza”, zatrudniony jako kierownik literacki zespołów filmowych, m.in. „Kadru” dobrze przyjrzał się temu, o co w tym światku filmowej fabuły chodzi. I bez kompleksów stanął za kamerą, byśmy otrzymali „Ostatni dzień lata”, „Zaduszki”, „Salto” i inne. Prawda, sytuacje ułatwiał fakt, że działo się to po wzniesionej już francuskiej Nowej Fali, z którą nasi filmowcy, w tej liczbie Konwicki, musieli się ścigać. Ale też służyło za argument, że mogą kontestować dotychczasowe kino jacyś pismacy i niby krytycy – jakieś „leluchy”, Godard, Chabrol, Truffaut, Resnais – możemy i my. Bo to takie łatwe – jak wyżej. A Konwicki? Mógł po „nasyceniu”, już spokojnie pisać „Małą Apokalipsę” (1979), „Lawę”(1989)…

                   

 

 

 


ACTA – czy leci z nami pilot?

    Co się stało? Nagły odwrót Tuska, który mówi:”nie miałem racji”, „decyzja była nieprzemyślana”, pisze list do frakcji europejskiej Partii Ludowej i nakazuje swoim europosłom wyruszyć do boju przeciwko przyjęciu ACTA przez Unię!

  Nie bardzo wierzę, by premier poświęcał dnie i noce  studiowaniu ACTA,  analizowaniu praw własności intelektualnej i ich totalnej nieadekwatności w warunkach sieci. Od początku było jasne, że ACTA jest dzieckiem lobbingu wielkich, głównie amerykańskich, ale działających w globalnej skali konsorcjów, które chcą zarabiać dodatkowo setki miliardów w internecie. W dążeniu do tego szlachetnego celu nie cofną się przed przed wkroczeniem do sieci, zamykaniem stron i ściganiem „winnych”, bez odwoływania się do sądu. Oczywiście za nic mając prawa i swobody obywatelskie, bo jak mówił słynny Gekko(„Wall Street”) – chciwość ponad wszystko!

  Premier nakazał podpisać ACTA i zapowiedział, że nie ustąpi. Takie były, pożal się Boże, rady „ekspertów”, którzy nic zdrożnego się w ACTA nie dopatrzyli. Prawdopodobnie o podpisaniu  przesądził kompleks Stadionu Dziesięciolecia, sławnego nawet wśród amerykańskich lobbystów, gdzie na otwartym dla wszystkich bazarze w środku stolicy można było kupić (detal, hurt) nie tylko wszelkie możliwe podróbki – od filmów, gier,płyt, perfum, torebek, zegarków do programów komputerowych i samych komputerów, a poza tym całkiem niepodrabiane alkohole i papierosy z przemytu,a nawet najprawdziwsze kałachy.

  A co zdecydowało, poza dziesiątkami tysięcy demonstrantów od Szczecina do Przemyśla, o nagłej zmianie frontu? Chyba się nie pomylę, gdy postawię na rzucone, ot tak, hasło – „rząd zgredów!”

  Czy to wszystko jest choćby ociupinę poważne? Za dużo tych wygibasów, panie premierze, nie tylko w sprawie ACTA. Gdzie jest pilot w tym samolocie i dokąd lecimy?

                                                       joanna s.

O czym milczy Wilhelm Sasnal ?

   Ciekawy był wywiad z Wilhelmem Sasnalem, najgłośniejszym malarzem polskim młodośredniego pokolenia (GW, 09.02.). Bo poza tym, że maluje i czuje „głód malowania”, co nie jest dziś czymś oczywistym, zwłaszcza w jego pokoleniu (ur.1972), że ciągle czegoś szuka poza płótnem (kręci filmy i jest autorem instalacji), ma jakieś poglądy i charakter (nie przyjął nagrody TVP z rąk epizodycznego prezesa TVP, zrzuconego na tę firmę przez Ligę Polskich Rodzin). Męczy go świadomy lub bezwiedny udział Polaków w Holokauście, poświęcił tej tragicznej sprawie swój ostatni film, którego akcja rozgrywa się w jego rodzinnych stronach, wśród ludzi-nieludzi, będących „częścią przyrody, jej naturalnego cyklu”, żyjących poza dobrem i złem. Film nakręcił wspólnie z żoną Anką ( głównie za własne pieniądze), chociaż wie, jak „żywo”i przyjemnie reagują w tej materii środowiska „patriotyczne”. Nie czuje się zresztą- jak mówi- „spadkobiercą” narodu, a Roman Dmowski nie jest dla niego punktem odniesienia.

   Do Polski ma stosunek bardzo nieobojętny, ale przede wszystkim bardzo mu na niej zależy. Miłość-nienawiść. Chciał emigrować, ale zrezygnował, bo Polski by mu jednak brakowało.

    Nie wygląda na to, by miał jakieś kompleksy, mimo że nie urodził się w Nowym Jorku, a na przedmieściach Tarnowa. Co zdumiewające, „omija go zawiść”, uczucie przecież tak bliskie sercom rodaków. To wszystko czyni go sympatycznym i godnym uwagi. 

   A ponadto jest przystojny i odniósł sukces.Prestiżowy (wystawiał w wielu renomowanych galeriach w Stanach i nie tylko) i finansowy ( jest pierwszym polskim artysta żyjącym, który sprzedał pracę firmie Saatchi and Saatchi za milion złotych). I choć jest wolny od zawiści, to z pewnością jest jej przedmiotem.

     Jego malarstwo nie jest dla mnie czymś niezbędnym. Doceniam świadome ubóstwo środków i niechęć do epatowania warsztatem i nadmiarem możłiwości. To jednak dla mnie za mało.

    Ciekawe natomiast, na równi z tym, co powiedział, byłoby usłyszeć, jak do tego wszystkiego doszło. Niewielu naszych artystów ma lub miało doświadczenia z wielkim artystycznym biznesem, z tym, jak się kreuje malarza na międzynarodowym rynku sztuki. Jak to wygląda w praktyce, której przecież był obiektem. Czy przypadkowo nie zadano mu tego pytania, czy też on sam nie chce o tym mówić? Dlaczego?

                                                   joanna s.

 

Przeciw ACTA: sieć bez biletów wstępu!

    Nie mogę pogodzić się z tym, ze ciągle trzeba powtarzać rzeczy oczywiste! Na przykład to, że gigantyczne, wręcz niewyobrażalne terytorium internetu wraz z swoimi niezliczonymi użytkownikami to globalny market promocji kultury! We wszystkich postaciach – od popu do sztuki i idei najwyższego lotu. A także, a może przede wszystkim, sieć jest, jak miała być, ponadnarodową, niczym nieograniczoną przestrzenią twórczości, bez zakazów wstępu. Otwartą, free dla wszystkich, bez cenzusów i selekcji! Każdy ma szansę znaleźć swego odbiorcę, a jeśli nie zwolennika czy wielbiciela, to choćby przeciwnika.

   Jeśli komuś – a przypuszczam, że ogromnej większości autorów na pewno tak – zależy na upowszechnieniu swojej twórczości i lansowaniu swego nazwiska, to sieć (już nie telewizje) jest wyróżnionym, najszerzej dostępnym miejscem, gdzie przedstawia się najnowsze produkcje, kreacje i opinie. Najnowsze, więc podjęta przez ACTA próba załapania się na ostatni pociąg i ścigania „piratów”jest oczywistym, ale bulwersującym anachronizmem! Dziś w przypadku np.premiery filmu decydujący dla jego dalszych losów jest premierowy weekend. Jeżeli następuje tzw. flop, czyli klapa, utworu już nic nie uratuje. Żadne ACTA czy 70-letnia ochrona praw autorskich. Nikt tego chłamu nie kupi. Może powrócić w jakiejś taniej kablówce, ale już jako produkcja C. To samo dotyczy muzyki, książek, gier i wszelkich innych utworów, sprzedawanych w realu. Po pierwszym tygodniu, jeśli się nie sprzedają, trafiają na coraz niższe półki. Czas w realu i wirtualu płynie w szalonym tempie i może być tylko szybciej!

   Niemal wszyscy twórcy i  producenci starają się wyprzedzić wprowadzenie na rynek swoich tytułów, udostępniają fragmenty, omówienia, wywiady z autorami, a najinteligentniejsi – nawet całość utworów. Przeciwko darmowego kopiowaniu nie mają nic przeciw ani Lady Gaga, Norah Jones, Radiohead, Shakira ani Bob Dylan! Ale gdzie im do Hołdysa czy Staszka, nie mówiąc już o Komarze (Michale). A dla utworów trudniejszych w odbiorze,elitarnych, niszowych sieć to ostatnia deska ratunku. Na rynku giną przecież wśród stert kolorowych, rozreklamowanych tzw. hitów.                 

   Wiadomo, że utwory ściągnięte z sieci nie mają tej jakości co oryginalne produkcje.Ale zaczepiają się o odbiorcę i ten, którego zainteresują, kupi i oryginał. Albo bilet na koncert. Albo pójdzie na spotkanie z pisarzem, o którego istnieniu dowiedział się w sieci. I kupi książkę lub, jeśli mu się tak bardzo nie spieszy, poczeka na nią w bibliotece. Ale pazerność właścicieli praw autorskich nie zna granic. Przez internet sprzedaje się już muzykę, filmy i książki za dziesiątki miliardów dolarów. To jeszcze im za mało! A sieć nie pojawiła się przecież jako projekt biznesowy, a wprost przeciwnie.

   Podróbki, imitacje, ściąganie plików z sieci. Nie da się tego załatwić jednym słowem – kradzież. Ciekawe, że niektóre wielkie marki nie zabiegają o patenty dla swoich, nawet najbardziej sztandarowych produktów. Np.dla luksusowych perfum – Dior Guerlain, Chanel, Yves Saint Laurent itd. itp. Bo okres ochrony to „tylko” 20 lat ( a najsłynniejsza z nich „piątka” przekroczyła już 90), a trzeba opatentować recepturę, której tajemnicę zna tylko kilka osób. Owszem, firmy walczą z podróbkami, ale nie samej esencji perfum (tzw.jus), a z imitacją nazwy i logo. I jakoś sobie nie krzywdują, choć perfumiarze (widziałam w Grasse) badają podróbki… i czasem nawet chwalą! Ale sprzedają coraz więcej swoich, markowych.   

   Prawa autorskie, własność intelektualna, patenty…W sieci i poza nią, gdzie rzecz dotyczy setek milionów ludzi i co najmniej tyle samo produkcji, ich „ochrona” to nie jest już dziś coś oczywistego i zrozumiałego samo przez się. Czy w ogóle technicznie możliwe jest wyprodukowanie tylu egzemplarzy realnych przedmiotów i pobranie od nich tantiem?

   Kiedy powstawało Hollywood, Jack Warner zachwycał się: nie ma lepszego interesu niż kino! Klient płaci za bilet i kupuje kota w worku. Nigdy nie sprzedałbym w ten sposób ani jednej pary butów ani nawet sznurówek!                                                                        

   A dzisiaj może być i tak, że najpierw oglądasz film w sieci, a dopiero potem idziesz do kina. I dajesz producentom zarobić. Gdyby Jack żył, nie trzeba byłoby mu niczego tłumaczyć. Pomyśleć, że jego potomkowie z dzisiejszego giganta rozrywkowego – firmy Warner Bros., jedni z promotorów ACTA, na to nie wpadli!

                                             joanna s.   

Co dalej z ACTA?

    Powoli, stopniowo wszystko wychodzi na jaw. Oczywiście tylko dlatego, że przeciw ACTA wyszły na ulice dziesiątki tysięcy ludzi, i to młodych. Tych, na których rząd Tuska najbardziej liczył. Podczas pierwszej publicznej „konsultacji” premier plątał się w zeznaniach, ale przyznał, że zabrakło mu”wrażliwości”, w ogóle „refleksu” ( uwaga: nowe słowo w rządowej retoryce!)i że zatriumfowała „rutyna”.To za mało! Tym bardziej, że już „twardo” zapowiada, że podpisu pod umową nie wycofa. Rozumiem, że wzywa do dalszych demonstracji! A uzasadnienie godne najbardziej zakompleksionych:nie chcemy być jedynym krajem, który popiera piractwo w internecie. Nieprawda ! Nie bylibyśmy jedyni, bo ACTA nie podpisały Niemcy ani Holandia, którzy kompleksu przestępczego zaścianka nie mają!

    Nie chodzi mi o to, że premier za mało przepraszał. Rzecz w tym, że nasza administracja oraz tzw. siły polityczne po wszystkich stronach wykazały się brakiem przenikliwości i kompetencji, nieumiejętnością analizy zarówno samego porozumienia, jak i jego skutków dla takich krajów na dorobku jak Polska. Zabrakło im nawet zwykłego pomyślunku. Nie postawili sobie najbardziej oczywistego przecież pytania : qui prodest ? Bo w sposób absolutnie jasny nie autorzy i ich prawa są w centrum ACTA, lecz interesy wielkich amerykańskich konsorcjów działających w rozrywce, których cenowe i wszelkie inne praktyki (w tym podział zysków) są woalowane „tajemnicą handlową”. I tu żadnej transparentności nie będzie! Ten kapitał korzysta z wszelkich swobód, a teraz – dzięki ACTA – miałby jeszcze inwigilować swoich przeciwników? Popkulturowe giganty postanowiły utrwalić w prawie międzynarodowym anachroniczne status quo dotyczącego praw autorskich i własności intelektualnej i znaleźć bicz na użytkowników internetu, którzy – rzekomo – masowo trudnią się kradzieżą. Demagogiczna, pełna zakłamania argumentacja ma służyć wyłącznie ochronie ich biznesów. Konia z rzędem temu, kto wyjaśni z jakich powodów, poza chęcią zabłyśnięcia na chwilę w mediach ta melodia została skopiowana (po siódme: nie kradnij!) przez takiego statystę w materii showbiznesu i biznesu w ogóle jak Michał Komar, kreujący się na spadkobiercę Mojżesza, który reprezentował w debacie z premierem szacowny ZAIKS.

   Pisałam już o tym, że prawa własności, które szanuję, muszą być redefiniowane, tak jak w ogóle wszelkie prawa, które nie przystają do zmieniającej się w bezprecedensowym tempie rzeczywistości. Kiedyś istniejący, a uwierający większość, stan rzeczy był unieważniany przez wojny, powstania i rewolucje. Dziś można to robić pokojowo, drogą negocjacji i konsultacji. Ale trzeba się tego nauczyć! Nie stosować pogróżek, a gdy czuje się siłę i zdecydowanie przeciwnika, ni stąd ni zowąd zakładać czapkę frygijską i przyłączać się do protestującego ludu! Czym to się kończy, wiadomo.

   Zamiast takiego żałosnego przymilania się, trzeba ratyfikować wreszcie europejską kartę praw podstawowych i przystąpić już, a nie w maju,w szerszym gronie zainteresowanych państw do pracy nad nowymi definicjami własności intelektualnej. Panowie, do roboty!

   Ci, w stosunku do których Tusk ma kompleksy, za pięć dwunasta jednak się opamiętali i ACTA nie podpisali. A premier kazał podpisać, mimo że już wtedy internauci demonstrowali na ulicach. Już słyszę jego doradców: przeczekajmy, a nuż to słomiany ogień? A jednak nie! To początek zasadniczego starcia o kształt demokracji i zakres obywatelskiej wolności w Polsce.  Bo oczywiście nie tylko o wolność w internecie tu chodzi, ale w sposób oczywisty to właśnie ten temat został wybrany na egzamin dla władzy przez „wschodzące” społeczeństwo. Rządzący, nie łudźcie się: ci, którzy protestują, wiedzą co czynią!      

                                                                     joanna s.


  

 


Nie chcę życia w śmieciach !

     Mamy już 1,3 mln młodych bezrobotnych. Ich liczba lawinowo  rośnie, co- o dziwo!- zaniepokoiło nawet ministerstwo pracy! Chyba dla zamydlenia oczu przedstawiło ono właśnie program pomocy w znalezieniu pierwszej pracy, który- co było do przewidzenia- powiela i amplifikuje dotychczasowe biurokratyczne pomysły. Przewidywane 120 milionów to ok. 100 zł na jednego bezrobotnego, a i tak dostaną je tylko urzędy pracy , których zdolność do znalezienia bezrobotnym jakiegokolwiek zajęcia poza robotami publicznymi jest doskonale znana od lat. Wymyślono tym razem bony stażowo-edukacyjne i „opiekunów” tych młodych, czyli machina biurokratyczna znowu przemieli te kasę całkowicie bezproduktywnie ( nie licząc korzyści dla siebie !).                                                          

    Niemal cała reszta tych do 24 lat pracuje na „umowach śmieciowych”, albo właśnie na nie przechodzi. Ci, którzy mogą sobie na to pozwolić- protestują. Ciekawe, że tzw. pracodawcy również protestują!. Tyle że nie przeciwko zawieraniu takich umów, ale nazywaniu ich po imieniu. Bo, jak głoszą, to są przecież, legalne umowy o pracę ,zgodne z kodeksem cywilnym. a nie żadne „śmieci”. To, że człowiek, najczęściej młody, jest traktowany przez nich i przez ich umowy jak śmieć, nie jest dla nich żadnym problemem, bo tak po prostu ma być!  Bo przecież jest bardzo wygodnie, gdy taki „pracownik” nie może powiedzieć „nie”, a jeżeli się komuś z szefów nie spodoba, można go niemal z dnia na dzień sprzątnąć, „sczyścić”i pokazać pozostałym, jak łatwo to się robi. Wystarczy powiedzieć: pracownik się nie sprawdził i musieliśmy się”rozstać”.

     Tych sprawdzanych „pracowników” oglądamy na co dzień. Rozdają na ulicach, nieważne mróz czy deszcz, nikomu niepotrzebne śmieci, czyli ulotki reklamowe, w hipermarketach zmywają podłogi na zmianę z siedzeniem przy kasie czy rozładowywaniem palet z towarem. Słyszymy ich głosy w telefonach, gdy perswadują nam do upadłego jakiś śmieciowy zakup czy promocję, której nikt nie chce. Oczywiście „pracodawca”nie poinformował ich nawet, że istnieje w Polsce coś takiego jak ochrona danych osobowych, licząc na to , że i odbierający telefon o tym nie wie.

    Zarabiają najczęściej 1000-1500 na rękę. Da się za to jakoś przeżyć z dnia na dzień. Ale np. kredyt bankowy to już nie jest umowa „śmieciowa”, ale rzecz poważna i zobowiązująca, a więc młody na „śmieciach” go nie dostanie. I nie będzie miał swojego kąta.Itd, itp.

    Bezrobotni, nie uczący się i nie mający szans na żaden staż, czyli trzy razy nie, to osobna, wcale liczna kategoria, z którą już zupełnie nie wiadomo co zrobić. Nie ma dla nich nawet śmieciowego zajęcia. Oni są w ogóle nikomu niepotrzebni. I nie będą, jeśli wreszcie nie będzie stać rządzących – bo to oni rezerwują sobie wyłączne prawo do wszelkich programów i decyzji społecznych – na dostrzeżenie tego wielkiego problemu, który ma multum przyczyn, wymaga wiedzy, odwagi i wyobraźni. W Europie widzą go nawet najbardziej zagorzali zwolennicy wolnego rynku, bo czują niebezpieczeństwo dla siebie. Sarkozy stawia go w centrum kampanii wyborczej. A u nas Tuska i jego kompanów zbudzić może tylko krzyk na ulicach !

   Panowie, zróbcie coś, albo dajcie zrobić innym !

                                               joanna s.

                                                 

KOLOR, FUNKCJA I FORMA

   Tak zatytułował swoją wystawę Wojtek Freudenreich. Figlarz ten Wojtek! Tytuł skromny, można powiedzieć, tak skromny i minimalistyczny, że aż zawiera w sobie wszystko. W tym się lubuje nasz Wojtek( cóż zrobić, że dziś stary koń i że tak się mówiło na niego zawsze, teraz padł ofiarą mody na zdrobniania i infantylizowania imion – jego przyjemność) – kocha się w paradoksach, przekorze, ciągłym robieniu oka do widza. Ale zarazem w sterylności i puryzmie przekazu, którymi się wręcz chełpi, a na pewno chce, żeby to było widoczne, nie uszło przypadkiem uwadze widza. Ponieważ wydaje mi się to ciekawym zjawiskiem na aktualnej scenie naszej sztuki, ja- ani mu brat ani swat- postanowiłem zanotować je dla porządku rzeczy, a nuż się przyda.

   Wystawę zrobił na Akademii. W SALONIE AKADEMII – trudno o lepsze miejsce. Wystawa wygląda bardzo dobrze, super estetycznie. Na wernisażu był podobno tłum. Stanisław Tym odczytał tam poemat napisany trzynastozgłoskowcem, a właściwie odę ku czci AUTORA wystawy pt. Znak drogowy. To niezmiernie trafne ujęcie wszystkiego, co tu widzimy. Zgadzam się. Poszedłem więc na wystawę dwa dni po jej otwarciu, zelektryzowany przez naszą przyjaciółkę – Wojtka i moją – że jest to wydarzenie. Wielkie wydarzenie! I tu zaczynają się schody. Bo i tak i nie.

   Przede wszystkim na wystawie psa z kulawą nogą. W Akademii pełnej studentów! W czasie mego przebywania przy Traugutta nikt nawet nie zajrzał! A przecież trudno sobie wyobrazić lepszą okazję do kontaktu z najwyższej klasy kunsztem typografii. Ze szkołą ascezy i istoty znaku graficznego, kaligrafii. Z lekcją umiejętności, którymi może imponować Freudenreich. To dzięki nim zasłynął, zdobył sobie renomę i nazwisko w polskiej sztuce użytkowej.

   Zatytułował swą wystawę jak wyżej. A gdzie KONCEPT się pytam, motor wszystkich rozwiązań, które w swym długim życiu zamykał na płaszczyźnie arkusza papieru, wymiarach plakatu, ulotki, okładki czasopisma, książki…

   KOLOR ! Wojtek doskonale wie, że to jednak coś innego niż farba, pigment, barwnik. Że trzeba na niego „zasłużyć”, zwłaszcza przywołując go jako hasło w programowym wręcz adresie. Dlaczego to robi ? Czy się tu, na wystawie, z kolorem spotykamy? Śmiem wątpić. W szerszym planie – być może.

   Freudenreich zamiast katalogu wydał gazetę. Czy na jej płachtach czasami nie mówi więcej niż na ścianie, np. cytując Wisławę Szymborską, a czasami mniej, mimo wielkiego (A3) formatu, nie uzasadniającego takich zabiegów?

   Nie wiem, czy ta wystawa miała być jakąś summą, rozliczeniem artysty ze swą idee fixe. Może tak, może nie. Wygląda mi na to jednak, jakby za wszelką cenę nie chciał przejść do historii jako typograf, grafik. Nawet świetny, doskonały. Nie odpowiada mu ten status! Może stąd „oko” do Romana Opałki? I tęsknota do absolutu mieszczącego się jego zdaniem tylko w „sztuce czystej” w przeciwieństwie do „użytkowej”, w której go „na zawsze” zaszufladkowano, jako trywialnej ? Być może… Być może te i inne pytania mają sens, jak np. chęć Wojtka ostatecznego zmierzenia się ze swoim stryjecznym bratem Markiem, któremu ciągle musiał dorównywać, jako brzydkie kaczątko, a nie działo się tak  odwrotnie ? A może konieczność oderwania się wreszcie od swego przyjaciela Jana Bokiewicza, z którym przez dziesięciolecia tworzyli ,wydawałoby się, nierozerwalny team? A tu raptem solo. Od nowa. Dlaczego ? Czyżby wspólny dotąd znak firmowy, Freudenreich & Bokiewicz, utracił swą ważność, w tym koncept, który o nim stanowił? Został anulowany jak milicyjny mandat ? I dopiero teraz rozpoczynamy życie w prawdziwej sztuce ? Wszystko to być może…

                                               Andrzej Skoczylas

 

 

 

Oto słynny „Niebieski Pasek” Edzia Krasińskiego (ur.1925, zm.2004) będący w moim posiadaniu. Tym paskiem w 1994 roku, podczas naszej nieobecności, wytapetował nam redakcję SZTUKI (mieszczącą się wówczas przy ulicy Miodowej) wraz z klatką schodową.                                                                              A.S.