Grzechów „Wyborczej” cd.

  Wracam do gazety publikującej „wczorajsze” wiadomości, czyli do „GW”. Ostatnie wyczyny państwa redaktorów nie wskazują na to, żeby nastąpiło jakieś opamiętanie. W każdym razie, jeśli chodzi o tzw.reformę emerytur. Przed głosowaniem wniosku o referendum „GW” zamieściła teksty dwóch autorów poprzedniej reformy, którzy przecież mogliby wykorzystać szansę, by zachować się godnie, czyli  milczeć w tej sprawie. Tymczasem Leszek Balcerowicz i Marek Góra energicznie włączyli się na zaproszenie ‚GW” do dyskusji o koalicyjnych propozycjach. Wystąpili ochoczo w roli straszaków. Mówili, co chcieli. Nikt im nie zadał żadnego trudniejszego pytania, ani nie zapytał o ściemę z 1999 r. Obaj bardzo kręcili nosem na osiągnięty przez koalicję PO-PSL tzw. kompromis, pozwalający na wcześniejsze częściowe emerytury przy odpowiednio długim stażu pracy (35 lat dla kobiet i 40 dla mężczyzn).

  Oczywiście dla średnio inteligentnego obywatela przyjęte rozwiązanie nie jest do przyjęcia. 50 proc. niskiego świadczenia to już stawka głodowa, a na dodatek odliczana w całości od zebranego kapitału, czyli zmniejszająca emeryturę właściwą. Ale dla obu panów – to rozmiękczanie „reformy”, po to by przeszła, i tylko dlatego mogliby je ewentualnie zaakceptować. Bo zasada, którą głoszą, jest oczywiście znacznie radykalniejsza-wydłużyć czas pracy do 67 lat już teraz, od razu dla wszystkich! 

  To doskonałe rozwiązanie dla OFE i całego systemu giełdowego, który w ogromnej mierze opiera się na funduszach emerytalnych. Wydłuża też im natychmiast korzystanie z pieniędzy przyszłych emerytów na bieżąco. A czy ich inwestowanie przynosi korzyści komukolwiek innemu poza nimi i giełdami, czyli kapitałowi, to nikogo nie interesuje. W umowach z funduszami nikt niczego przyszłym emerytom nie gwarantuje, bo nie może. A inflacja przekroczyła już 4 proc. w skali rocznej, a co będzie dalej, nie wiadomo. 

  Reforma systemy emerytalnego to przedsięwzięcie całościowe, poważne, wymagające czasu i debaty ze wszystkimi środowiskami, by jej autorzy nie dziwili się zachowaniom ludzi. Np. ileż to już razy słyszałam, ze w sprawie nowych emerytur zabierają głos ludzie starsi, których już nie powinno to interesować. Abstrahując już od faktu, że przecież każdy ma rodzinę, w której niewątpliwie znajdują się osoby żywotnie zainteresowane, ich zaniepokojenie wzbudza stałe naruszanie praw nabytych, które może uderzyć także w nich, bardzo boleśnie, i w sposób równie nieprzemyślany i woluntarystyczny jak dzisiejszych trzydziestolatków.    

   Ta „reforma” taki niepokój budzi! Za mało o niej wiemy.Samo podniesienie wieku przechodzenia na emeryturę żadną reformą przecież nie jest.

   Wydawałoby się np. logiczne, by po osiągnięciu wieku określonego w zawartych umowach z OFE można było wypłacić cały kapitał. Albo , żeby w związku z przedłużeniem czasu pracy można było już teraz przenieść ten kapitał do ZUS i nie płacić za zarządzanie. Rozwiązania mogą być zresztą różne, ale nie wolno straszyć głodowymi emeryturami przy zachowaniu obecnego systemu, który służy wyłącznie tym, którzy obracają naszymi pieniędzmi! Jeżeli ma być reforma, to niech będzie prawdziwa.Bogatsze od nas kraje mają system solidarnościowy, a tymczasem spadkobiercy „Solidarności” postawili na system kapitałowy, przeciwko któremu protestuje kto ? Związkowcy z „Solidarności” właśnie. Krzyczą, że nie o taką Polskę itd., ale „GW”- z tej samej kołyski- postawiła na dobroczynność i miłosierdzie kapitału! Czy tak ma być, panie i  panowie z „GW”? Przecież trwający kryzys ujawnił w pełni niepowtarzalne zalety prywatnych instytucji finansowych (do których zaliczają się OFE) czyli egoizm, chciwość, bezwzględność i gotowość do żerowania, w przypadku niebezpieczeństwa dla swoich interesów, ze środków publicznych. Mogą coś o tym powiedzieć ofiary obecnego kryzysu, który nie zakończy się jutro i „oburzeni”, których koczowanie na ulicach zmusiło w końcu odpowiedzialnych za kryzys spekulantów do choćby częściowej rezygnacji z podobno nadal należnych im bonusów.                                                                                                            Kolejną ściemą jest straszenie dziurą demograficzną bez zaproponowania jakichkolwiek inteligentnych propozycji dla młodych rodzin.Itd,itp. Za kogo rządzący uważają obywateli? Jak traktuje „GW” swoich czytelników? Cd. nastąpi!

                                                                joanna s.

                     

        

Troglodyci, won z teatru!

   Chcemy prowadzić taki dialog z naszą publicznością, żeby uchronić się przed demokracją troglodytów! Taki okrzyk wydał z siebie Krzysztof Mieszkowski, dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu, zagrożony zapowiedzią wprowadzenia do swej instytucji menedżera na stanowisko dyrektora naczelnego. Tak przemówił jeden z mandarynów polskiej sceny.Cóż za arogancja i megalomania, po mnie potop! Ja mam swoją publiczność, a ci, którzy do Polskiego nie chodzą, to troglodyci, a w tej samej poetyce można dodać- chamstwo i dno. Teatr zostanie skomercjalizowany i oddany pustej rozrywce. Skąd wiadomo? Oczywiście z góry.

   Słyszałam już różne głupstwa, ale tak absurdalnego jeszcze chyba nie. Proszę pana, poza „pańską” publicznością, to nikt inny jak ci troglodyci utrzymują ten „pański” teatr. Ze swoich podatków. A co pan robi, by przyciągnąć do Polskiego kogoś innego poza „swoją” publicznością ? Chyba zdaje sobie pan sprawę, że pogarda dla innych, może mniej wykształconych, nienawykłych do chodzenia do teatru, nawet tego, na który pan tylko spluwa, czyli komercyjnego, odbiera panu tytuł do zarządzania jakąkolwiek instytucją kulturalną!

   Nie wyobrażam sobie, by za te słowa, myślę, że wypowiedziane nieopacznie, w chwili rozżalenia (brak jakichkolwiek konsultacji z panem i zespołem to praktyka wysoce naganna) pan nie przeprosił zarówno „swojej”publiczności, jak i tej, która nawet nie wie o pana istnieniu. A może powinna?

   Teatr to nie tylko scena. To także, a może przede wszystkim, widownia.

   Szkoda, że te kompromitujące pana słowa padły przy okazji Dnia Teatru. Co prawda to nie jest Dzień Kultury, ale zawsze…

                                                          joanna s.



Nowe szaty „Wyborczej”?

    Słyszę, że „GW” ma zmienić formułę. Bo, podobno, jako gazeta podająca wczorajsze wiadomości traci czytelników.

      To, że każda gazeta w dobie 24-godzinnych telewizyjnych kanałów informacyjnych, wydań internetowych (także własnych) podaje wiadomości nieaktualne, wiadomo nie od dziś. „GW” zorientowała się dosyć późno. Gdyby jednak jej diagnoza sytuacji okazała się trafna, to można by mówić o szansie na powrót do świetności. W końcu w całej Europie drukowane gazety podają wczorajsze wiadomości, ale te poważne nadal mogą liczyć na swoich czytelników.

    Tymczasem „GW” chowa głowę w piasek i zdaje się nie zauważać całej sekwencji swoich porażek: błędów w ocenie sytuacji,nieumiejętności wycofania się z nich bez utraty twarzy, niewsłuchiwania się w sens reakcji społecznych, które – co prawda – zaskakują nie tylko ją, ale także kręgi rządowe i tzw. ekspertów. Tyle że prasa powinna mówić głosem – głosami – opinii społecznej, a nie wtórować stanowisku rządzących, którzy nawet nie zadają sobie trudu, by cokolwiek z tym prostym ludem konsultować!

    Przykład pierwszy z wielu: emerytury. „GW” przyklasnęła „reformie” z 1999 r. i przez lata zamykała oczy na ewidentne jej błędne i nieetyczne rozwiązania. Otóż, jak wiadomo, powstające fundusze emerytalne przyrzekały w niekończących się reklamach  rajskie życie przyszłym emerytom na Hawajach czy innych Seszelach, chociaż każdy przytomniejszy obywatel podejrzewał, że coś tam jest nie tak. Tymczasem przez ponad dziesięć lat składki przyszłych emerytów przekazywane do OFE żywiły tu i teraz szefów i pracowników funduszy emerytalnych pobierających aż 7 proc. prowizji od zarządzania cudzymi pieniędzmi. Kiedy ministrem pracy i polityki socjalnej została Jolanta Fedak i przyjrzawszy się temu procederowi, postanowiła co nieco go okiełznać, „GW” w imię jedynie słusznych zasad wolnorynkowych odsądziła ją od czci i wiary i urządziła na nią prawdziwą nagonkę.

    Dzisiaj „GW” ślepo gardłuje za przedłużeniem wieku pracy do 67 roku życia dla kobiet i mężczyzn , od czasu do czasu tylko nadmieniając, że może przydałoby się więcej żłobków i przedszkoli.

    Bo tak w ogóle, to do 67 lat pracuje się wszystkim doskonale , a poza tym nie ma innego wyjścia. Dopiero sprzeciw 90 proc. społeczeństwa być może zmusi obrońców tej arbitralnej i narzucanej z pozycji siły doktryny Donalda Tuska do refleksji. Bo proszę „GW”, w tym niemal jednogłośnym proteście nie chodzi o sam wiek czy brak przemyślanej polityki prorodzinnej, ale o wyraz braku zaufania dla władzy, która zmienia zdanie i prawo wyłącznie kosztem obywateli. Istnieje przecież coś takiego jak przykład z góry: jeśli chce się oszczędzać czy ograniczać czyjekolwiek prawa nabyte, trzeba zacząć od siebie. Nawet, jeśli w skali społecznej to niewielkie pieniądze. A o tym drobiazgu mowy nie ma. „GW”, która szczyci się swoją”misją społeczną”, w ogóle się na ten temat nie zająknęła!

    Przy okazji , wyjątkowo nietrafiony był cykl publikacji o „polskiej biedzie”. Przecież nie chodzi o to, by pisać, jak najubożsi dzielą parówkę na czworo, czy i jak kupują przeterminowaną żywność i dzięki czemu jeszcze jakoś żyją. Pytanie brzmi, jak do tego doszło, że znaleźli się w tak dramatycznej sytuacji i co na to pomoc społeczna i urzędy pracy! A może zawinił tu niezawodny rynek i jego najdoskonalsze prawa? Co z tym dramatem począć? Takich pytań się nie stawia. Ale rozumiem, że w ten bezsensowny, bezproduktywny sposób „GW” demonstruje swoja „wrażliwość społeczną”. Pełna ściema, zero wniosków i dyskusji, bo o czym tu dyskutować, można tylko załamać ręce.

    Sprawa ACTA: podobnie jak rządowi „GW” trzeba było demonstracji ulicznych, aby próbować zrozumieć, o co w tej sprawie chodzi! A internauci wyczuli to od razu. Czy nie taka powinna być powinność gazety, nawet tej z „wczorajszymi” wiadomościami? Czy wolność w internecie nie jest ważna dla „GW”?  

    I jeszcze jedna z wielu bulwersujących spraw:”Złote żniwa” Jana Tomasza Grossa i Ireny Grudzińskiej-Gross. Już na pierwszy rzut oka widać, że zdjęcie, które dało asumpt do oskarżenia, iż grabież i mordowanie Żydów było podczas okupacji polską „normą”, nie jest zdjęciem wykonanym po zakończeniu rabunku ofiar Treblinki. Skąd wiadomo, że ludzie z łopatami mają w kieszeniach „złote pierścionki i żydowskie zęby”(co powtórzył za Grossem Jarosław Kurski-  chyba miał w oczach aparat rentgenowski)? Wystarczą zresztą wnioski z  reportażu Marcina Kąckiego, który podał tę nikczemną i histeryczną „tezę” w wątpliwość. Oczywiście nikt nikogo nie przeprosił. Ani Gross ani „GW”. Piękne obyczaje! Jako czytelniczka „GW” czuję się z tym bardzo źle. Czy tak ma wyglądać wstęp do katharsis, dialogu, polsko-żydowskiego pojednania? Po co komu taka gazeta, nawet gdyby jakimś cudem miała najbardziej aktualne i tylko własne wiadomości o podobnej wartości?

    To nie „wczorajsze” wiadomości zagroziły reputacji „Wyborczej”. Oczywiście, to nie koniec grzechów „GW”, jeszcze do tematu wrócę, bo myślę że warto!

                                                          joanna s..   

   

   

     

 


Filozofia w salonie

    Przeczytałam w sobotnio-niedzielnej „GW”, że znany we Francji  filozof o ambicjach politycznych (był nawet ministrem edukacji, co prawda nieudanym) Luc Ferry chce również w Polsce nauczać jak żyć, o czym świadczy ukazanie się u nas jego książki pod takim właśnie tytułem.                                                                             Ferry jest osobnikiem medialnym, rozgadanym, bardzo lubi prowokować i nierzadko częstuje publikę gafami. Ostatnio, kiedy na tapecie znajdowała się afera Dominique’a Strauss Kahna,uraczył widzów opowieścią o koledze {?} z rządu, który podczas wycieczki do Maroka urządzał libacje z młodymi chłopcami. Wybuchnął skandal i Ferry dość niezręcznie się tłumaczył, ale zabłysnął i o to chyba mu chodziło.

   Choć z poglądów jest zdecydowanie prawicowy, to deklaruje swoją laickość, czego u nas w ogóle się nie spotyka. Dlatego byłam ciekawa, co ma do powiedzenia polskim czytelnikom.  

   Wywiad w”GW” przeprowadzony został przez panienkę wpatrzoną w swego rozmówcę, traktowanego jako niepodważalny i oczywisty dla wszystkich autorytet. W związku z tym, niestety, Ferry nie potraktował poważnie czytelników „GW”i przed nimi też, jak się wydaje, chciał tylko błysnąć swoimi niezwykle oryginalnymi poglądami na wszystko.

   Żyjemy – powiada- tylko w czasie teraźniejszym: przeszłości już nie ma, a przyszłości jeszcze nie ma. Konstatacja niby oczywista.  Znamy „carpe diem”. Nikomu chyba nie zaszkodziło, wielu pomogło cieszyć się życiem. Ale sama idea, że żyje się tylko chwilą, już taka oczywista nie jest dla nikogo rozumnego. I tym właśnie różni się homo sapiens od kury, nawet tej z wolnego wybiegu.

   Inna konstatacja filozofa: jesteśmy dziś nieskończenie bardziej wolni niż w czasach Wiktora Hugo. Oczywiście! Zwłaszcza, jeśli przypomnieć sobie, że bohater „Nędzników” Jean Valjean był analfabetą, co go ogromnie krępowało. Ale czy w skali globalnej jesteśmy dziś bardziej wolni niż sto lat temu? Niektórzy, w tym Luc Ferry, na pewno tak. Ale większość ludności świata? Książęta, nie tylko krwi, ale i opłacani regularnie z podatków współobywateli profesorowie uniwersytetów, zawsze mieli się pod tym względem lepiej niż większość poddana prawom feudalnym czy bardzo liberalnemu przymusowi ekonomicznemu.

   To tylko próbka tego pasjonującego i głębokiego wykładu. O życiu o wiele więcej można dowiedzieć się z życia, albo choćby z takiego drobiazgu jak „Filozofia w buduarze” markiza de Sade’a (też ukazała się niedawno po polsku, a liczy już niemal trzysta lat)!

                                                    joanna s.

„Britannica” zatonęła!

   Najsłynniejsza encyklopedia świata przestała się ukazywać. Zatonięcie „Britanniki” odbyło się bez wielkiego”chlup”. W ciągu ostatnich 10 lat sprzedawany nakład dzieła zmniejszył się ponad dziesięciokrotnie. Ze 100 tys. egzemplarzy do 8 tysięcy. Co się stało? Nie jest to dla mnie jasne. Wielka Brytania to kraj ludzi czytających, nakłady prasy są tam nieporównywalne do naszych, ukazują się poważne gazety, czasopisma i ogromnie wiele książek. Postaram się zgłębić tę tajemnicę, bo nie widzę przyczyny!

  Na pierwszy rzut oka wydaje się to bardzo dziwne. Dla takich jak ja, od dzieciństwa kochających encyklopedie i słowniki, możliwe jest rozstanie z każdą inną książką. Kiedyś wydawało mi się, że jeśli kupuję nową encyklopedię tego samego wydawnictwa, to starą mogę oddać. Ale przekonałam się, że to błąd, bo encyklopedie ewoluują, wyrzucają jedne hasła, wprowadzają inne, zmieniają definicje, oceny, poglądy itd.itp. Śledzenie tych zmian jest samo w sobie bardzo ciekawe i ogromnie pouczające. A tu koniec zabawy! Pozostaje wikipedia albo encyklopedie francuskie, na szczęście dofinansowywane przez państwo, tak że im chyba nic nie grozi.

  Słowo drukowane jeszcze się trzyma: na razie nie padają tabloidy, pisma dla pań, gazety sportowe. Jeszcze trzymają się, nawet u nas jakieś trochę lepsze gazety codzienne jak „Wyborcza”czy „Rzeczpospolita”, niektóre tygodniki opinii jak „Polityka” (bo w przyszłość takich tytułów kameleonów jak „Wprost” czy Newsweek” nie za bardzo wierzę). Pisma muszą mieć swoją tożsamość jak choćby „Uważam Rze”, a nie służyć jako produkt do zarabiania (?) kasy czy scena rozgrywek personalno-biznesowych. Tak czy owak, gdyby zniknęły z horyzontu, nie stałoby się żadne nieszczęście. Gorzej jeśli przestaje ukazywać się u nas ostatnia gazeta lewicowa, a nikt się tym nie przejmuje.

    Ale gazeta to przecież nie encyklopedia o tak wielkiej tradycji jak „Britannica”! Jeżeli miałby być to pierwszy poważny sygnał do odwrotu od słowa drukowanego to przecież , w przypadku jakiejś wielkiej awarii energetycznej groziłaby nam zapaść cywilizacyjna! Nie chcę tu uprawiać taniego sentymentalizmu i pisać o „zapachu farby drukarskiej”czy innych tego typu atutach, ale o bezpośrednim kontakcie z przedmiotem, natychmiastowym dostępie o każdej porze dnia i roku, czytaniu, przeglądaniu czy porównywaniu dwóch czy  więcej książek naraz.

    Coraz częściej zdarza mi się spotykać osoby (najczęściej dziewczyny) czytające na tabletach. Ale to jest czytanie, które nazwałabym epizodycznym, nieistotnym, dla rozrywki. Nie trzymamy książki w ręku, nie wiemy nawet, jak jest długa, nie możemy czytać „na krzyż”, bo to zbyt męczące, podobnie jak wracanie do przeczytanego tekstu. Czytamy dla „zabicia czasu”.                                                       

   A przecież tym, czego mamy w życiu stanowczo za mało, jest właśnie czas!

                                                 joanna s.

Feministki odleciały!

    W fatalnym kierunku! Podczas niedzielnej manify w Warszawie. Antyklerykalizm jak w przedrewolucyjnej Francji, gdzie Kościół i jego ludzie nosili niezbyt chwalebną nazwę l’infame, czyli podły, niski, nikczemny. Trochę czasu już jednak minęło i osobistych wrogów Kościoła ubyło, bo okazało się, że są rzeczy bardziej podłe, niskie i obrzydliwe. Odebrać mu publiczne pieniądze,”przeciąć pępowinę”- ani to mądre ani skuteczne. Czysty populizm, gdyby chociaż miał publiczność! A nawet, jeśli u nas ma, to superniszowy. Po prostu głupie to i bez przyszłości.

    Jeszcze bardziej idiotyczne to walenie w Euro. Że poszły miliardy, a nie ma na przedszkola. Że sport to igrzyska dla samców , co – oczywiście – nie jest prawdą. Skąd ta pogarda dla sportu, jak gdyby był on wrogiem kobiet?

    Siostry feministki, obudźcie się, nie tędy droga do innych kobiet, które mają te same problemy co wy, ale różne poglądy! Ale jeżeli was to nie interesuje, chcecie się zamknąć w jakiejś wieży z kości słoniowej i potwierdzić wszystkie, oczywiście, negatywne stereotypy na wasz temat, to oczywiście macie do tego prawo!

                                                    joanna s. 

 


 


   

Znów zdobywamy Berlin!

    I to w tym samym składzie, czyli drużyna polsko-rosyjska. Z udziałem polskich rekonstruktorów.

    Pod koniec kwietnia rusza berlińskie Biennale Sztuki, pod batutą m.in. Artura Żmijewskiego z asystą Joanny Warszy oraz rosyjskiej grupy twórczej „Wojna”. Hasło skądś znane „Porzućcie strach” (coś jakby „Nie lękajcie się”).

   Do kogo to wezwanie? Do „nowych rewolucjonistów” z krajów arabskich, Izraela oraz wszelkiego rodzaju „oburzonych” i kontestatorów z Europy i reszty świata. Na spotkaniu w Warszawie Żmijewski opowiadał o swoich działaniach i okropnych kłopotach, jakie stwarzają mu „poprawni”organizatorzy Biennale. Ale nie chciał odpowiedzieć na pytanie, kto z imienia i nazwiska rzuca mu te kłody pod nogi. Kuratorowi zrobiło się nie bardzo przyjemnie, kiedy niemiecka publiczność zbojkotowała lansowany przez niego projekt czeskiego artysty Martina Z., który wezwał posiadaczy bestsellerowej książki businessmana Sarrazina (krucjaty przeciwko imigrantom z pewnymi, dosyć wyraźnymi akcentami nacjonalistycznymi, a nawet rasistowskimi)do przyniesienia mu kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy. Dziwił się, że akcja spotkała się z mizernym odzewem (przyniesiono kilka egzemplarzy), a sporą polemiką prasową. Tyle że artysta nie powiedział, po co mu są one potrzebne. Skojarzenie z paleniem książek w 1933 r. było, oczywiście, natychmiastowe! A Żmijewskiego i Martina Z. ta reakcja niesłychanie wprost zaskoczyłą!

   W związku z tym kurator poskarżył się na polityczną poprawność tych strasznych Niemców i na brak u nich prawdziwej partii prawicowej, która – jak rozumiem – miałaby być jego chłopcem do bicia. Nie wiem, jakim cudem, mieszkając ponad rok w Niemczech, nie zauważył tam neofaszystów i NPD! Wydawałoby się, że przygotowując dużą wystawę, co nieco trzeba wiedzieć o Niemczech. Na przykład to, że samo Biennale odbywa się w dawnej dzielnicy żydowskiej Berlina, która przed zjednoczeniem znajdowała się w Berlinie wschodnim. Oglądałam ją w latach 90., kiedy nowe władze stolicy zastanawiały się, co zrobić z tą substancją miejską, która znajdowała się tuż przy murze na północ od Unter den Linden (w rejonie Oranienburger Strasse, Tucholsky Strasse i August Strasse) zapomniana, w stanie nietkniętym od 1945 r. Pokazywano nam porzucone warsztaty i pracownie – miejsca życia i pracy krawców, rękawiczników, parasolników, stolarzy, tapicerów, stolarzy,ślusarzy, drukarzy. Władze Berlina zastanawiały się wówczas, co z tym wszystkim zrobić. Zaproponowaliśmy, żeby zachować w niezmienionym stanie jeden taki budynek, który mógłby być najbardziej wyrazistym miejscem pamięci.

   Postanowiono jednak inaczej. Wszędzie zarządzono „sanierung”. Odnowiono, wymieniono wszystkie instalacje, urządzono na nowo i przeznaczono na galerie i butiki. Przy August Strasse powstało Kunst Werke, galeria-organizator berlińskiego Biennale.

   Przy Oranienburger Strasse odbudowano ogromną Nową Synagogę, gdzie znajduje się Centrum Judaicum.

  Panie Żmijewski, warto byłoby coś o tym wiedzieć! Ale rozumiem, ze jeśli polscy kuratorzy Biennale porozumiewają się z szefostwem Kunst-Werke w Euroenglish, to wiele sobie powiedzieć nie mogą. Ale warto by przewertować parę książek, przewodników i albumów! Tym bardziej, że – jak usłyszałam-  szykuje się tam kolejna prezentacja „trylogii” Yael Bartany.

  Z innych eventów Biennale przedstawiono występ polskiej grupy rekonstrukcyjnej, która w mundurach z epoki będzie zdobywać Berlin. Liczne działania takich panów w Polsce (bitwa pod Grunwaldem, powstanie warszawskie, powstanie wielkopolskie, wojna z bolszewikami) utrwalają podręcznikowe lub mniej poprawne stereotypy. Czy tak jak oni myślą także berlińczycy? Kto by sobie zawracał tym głowę!

                                                  joanna s. 



„Artysta” czyli kot w worku

   No i kupiłam tego kota w worku. Nie wiadomo po co, ale wiem dlaczego. Od czasu do czasu chodzę do kina i staram się nie wybierać chłamu. Tutaj pomyślałam sobie: coś rzeczywiście nowego – film niemy, czarnobiały, podobno wysmakowany, z wyrafinowanymi pomysłami, błyskotliwy, wirtuozerski. Najlepszy film roku. Zgarnął wszystkie liczące się nagrody. Pójdę! A jednak to kompletnie nic ciekawego!

  Zaczyna się niby brawurowo, jest tempo, świetna muzyka. Ale już po chwili ten efekt się wyczerpuje i film zaczyna przynudzać. Rozwój akcji, rysunek postaci, aluzje scenograficzno-kostiumologiczne: wszystko absolutnie przewidywalne i płaskie jak deska do prasowania. Klisza na kliszy. Uśmiechnąć się trudno, tak to wszystko, co widać, hiperbanalne!

  Zamiast Jeana Dujardina Oskara za główną rolę powinien dostać jego doskonale wytrenowany pies! W pantomimie bije na głowę także wszystkich innych aktorów. Sprawdza się po raz kolejny gorzki bon mot Gustawa Holoubka, że pies załatwia na planie każdego aktora! Brawo dla amerykańskiego producenta Harry’ego Weinsteina za fantastyczną (i, jak sądzę, znacznie droższą niż ten ubożutki film) promocję, na którą francuskiego współtwórcy, z nieznanego nikomu studia „La petite reine”(„Królewna”) z pewnością nie byłoby stać. 

  Podczas długich przestojów zastanawiałam się nad jedynym pytaniem, które ten film najprawdopodobniej stawia: dlaczego coś, co ma wielki sukces, nagle się publiczności nudzi i czy można coś na to poradzić. W filmie można i to łatwo, w rzeczywistości zdarza się to wyjątkowo i na chwilę. 

  Myślę natomiast, że wiem, dlaczego to nostalgiczne, pseudoefektowne nudziarstwo narodziło się we Francji i dostało Oskara. Żył tam bowiem i cieszył się przez całe dekady niezwykłą estymą wyjątkowy znawca i miłośnik kina, duchowy przewodnik „Nowej Fali”(radzili się go Godard, Truffaut, Chabrol, Lelouch and friends) i cicerone wszystkich liczących się francuskich twórców filmowych, ale nie tylko.

  Nazywał się Henri Langlois. Pasjonat kina, jakich dziś już nie ma. On, który ani reżyserem ani krytykiem czy historykiem kina nie był,  dostrzegł jeszcze jako chłopak, w latach20., że kino to nie tylko jarmarczna rozrywka czy użyteczna dla dyktatorów propaganda. Że film to coś znacznie większego, że jego możliwości i horyzonty są praktycznie nieskończone, niewyobrażalne. Przed wojną Langlois wyciągał z kinowych śmietników klisze filmów, które po prostu wyrzucano, kiedy schodziły z ekranów. Uratował tym sposobem całe niemal dziedzictwo filmu niemego- filmy braci Lumiere, Meliesa, Griffitha, de Mille’a, Fritza Langa, Chaplina i innych największych. Dzięki niemu i jeszcze paru takim maniakom jak on możemy dziś oglądać największe gwiazdy kina niemego – Rudolfa Valentino, Glorię Swanson, Mary Picford, Douglasa Fairbanksa. Faktycznie wraz z początkiem kina dźwiękowego to całe towarzystwo znalazło się na śmietniku po obu stronach Atlantyku. Zaczynała się nowa era i nikt poważny nie zamierzał zajmować się starociami!    

   Langlois trzymał te klisze u siebie, przechował w piwnicy przez całą wojnę, a potem stały się one trzonem słynnej paryskiej Filmoteki. On sam był jej szefem niemal do śmierci, chociaż nie miał pojęcia o zarządzaniu i budżecie. W ogóle się tym nie interesował, co bardzo denerwowało ministerialnych urzędników. Kiedy tylko (wielokrotnie) próbowano go odesłać na emeryturę, środowisko artystyczne Paryża podnosiło alarm na cały kraj i nawet najbardziej zdeterminowany minister kultury musiał ustąpić.

  Urzędników wnerwiało to, że Langlois nie robił nic poza oglądaniem (w towarzystwie swojej partnerki Amerykanki Mary Meerson) filmów w swojej sali projekcyjnej w Palais de Chaillot i przyjmowaniem gości. Każdy mógł tam przyjść i zawracać mu głowę, jak długo chciał. Nie spotkałam nikogo innego, kto tak jak Langlois znał na pamięć tysiące filmów – kadrów, scen, ujęć, tricków, black-outów, replik, dialogów, oczywiście aktorów, a nawet statystow i odpowiadał na najtrudniejsze pytania innych znawców filmu. Jeżeli czegoś nie wiedział, to można się było założyć, że nie wie tego nikt!

    Czy lubi pani filmy nieme? – spytał mnie na dzień dobry. -Nieszczególnie- odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – To nie zna się pani na filmie, nie wie pani co to kino.

   Kino nie potrzebuje słowa!- wykrzyknął.

   Jeżeli reżyser nie umie opowiedzieć historii w języku obrazów, to nie powinien zajmować się filmem. Są inne ciekawe zajęcia. Wie pani, dlaczego kino nieme miało tak wielki sukces w Stanach? Bo dzięki temu uniwersalnemu językowi mogli się porozumieć wszyscy Amerykanie, pochodzący z całego świata, mówiący wszelkimi możliwymi językami i dialektami. To kino stworzyło naród! A oni tego nie dostrzegli i wyrzucili stare kino na śmietnik! Dziś mają wielki kompleks winy, ale udają , ze nic się nie stało!

   Oskar dla „Artysty” jest hołdem. Dla starego, niemego kina, które stworzyło Amerykę. A jego prawdziwym zdobywcą jest symbolicznie Henri Langlois!

                                                          joanna s.         

Feministki kontra Euro?

   Do tej pory żądania naszych feministek popierałam całkowicie! Niesprawiedliwe, nierówne traktowanie większości polskiego społeczeństwa jest oczywistym faktem. Dyskryminacja- na porządku dziennym, chyba że potrzebna jest paprotka dla zamydlenia oczu lub baba-chłop.

  Ale myślę, że tym razem palnęły wspólnie jakieś piramidalne głupstwo! Zaniepokoiła mnie już Magdalena Środa, która w TVN oburzała się na kult samców alfa, straszyła nagłą erupcją chorób wenerycznych, masowym nalotem prostytutek z Ukrainy i innymi tego typu plagami. Bo pieniądze wydane na Euro powinny były pójść na żłobki i przedszkola.

  Czułam, że ta wściekłość to zdanie zbiorowe, jak to, niestety, u feministek bywa. I potwierdziło się, bo inna flagowa osoba ruchu Kazimiera Szczuka popluła jeszcze bardziej, protestując w radiu przeciw „samczemu, infantylnemu i idiotycznemu kultowi igrzysk, który nie ma żadnego celu, poza tym, żeby ci mężczyźni mieli frajdę”i dodaje do tego potłuczone butelki, zdemolowane przystanki ,oczywiście również choroby weneryczne i kobiety masowo przywiezione do seksusług. Słowem armageddon!

  Koleżanki, wyluzujcie! Euro się odbędzie, a stadiony już są i kasy na nie wydanej się nie odzyska! Mleko się rozlało i nie wiem po co ani dlaczego dajecie popis jakiejś bezmyślnej frustracji, seksizmu a rebours, zapiekłej nietolerancji, którą zarzucacie innym. Dość  histerii, prześpijcie się z tym i jak najszybciej zapomnijcie!

                                           joanna s.

 

Minister kultury: będą mecze i piwo!

     Dziwiliśmy się niedawno na tym blogu, dlaczego nic nie słychać o programie kulturalnym na Euro. W końcu przyjedzie w czerwcu do Polski kilkaset tysięcy, a może i więcej kibiców, niektórzy z całymi rodzinami. To powinna być wymarzona okazja dla polskiej kultury, którą rzekomo tak się szczycimy.Tym bardziej, że trudno było zmobilizować europejską publiczność, by brała udział w eventach zorganizowanych podczas polskiej prezydencji w Unii. Jednak program artystyczny był i, jak wiadomo, swoje kosztował.

    A teraz nikogo nie trzeba ściągać, ludzie sami przyjadą! Tymczasem minister Zdrojewski z całą otwartością przyznał, ze nic specjalnego się nie organizuje, bo „kibice pójdą na mecze, a potem na piwo”(sic)!

   Słyszałam co nieco o cynizmie naszej tzw.klasie politycznej, ale minister pobił chyba rekord! Bo jeśli przyjąć, że choćby 10 proc. uczestników i kibiców Euro zainteresuje się kulturą naszego kraju, bo z pewnością nie przyjadą do nas tylko kibole i piwosze, to będziemy wszędzie spotykać publiczność wędrującą w poszukiwaniu czegoś ciekawego poza meczem i wyszynkiem. I tu komplementów się z pewnością nie doczekamy. A wrażenia kibiców z Euro pozostaną w ich pamięci na wiele lat, podobnie jak nasze wizytówki- mecze i piwo! Co do browarów na pewno się spiszą, ale nasza jedenastka?

   Nie da się tego wszystkiego inaczej nazwać niż „oczywistą oczywistością”. Kto podsunął ministrowi absurdalny pomysł, żeby Euro spokojnie przeczekać? Jasne, że tym razem program kulturalny śmiało mógłby się obyć bez kongresu, bez dyżurnego profesora Baumana, niegdysiejszego rzeźbiarza Mirosława Bałki, a nawet Krzysztofa Pendereckiego.

   Nie mam zamiaru podrzucać pomysłów, skoro nikt ich nie chce. Ale nawet tak pogardzany przez lepsze towarzystwo PZPN ogłosił konkurs na „wydarzenie kulturalne dla wolontariuszy pracujących przy Euro”. I swoje z pewnością wykona.

  A reszta niech sobie szuka sama. Piwiarnie i tzw.pamiątki pewnie znajdzie, ale wygląda na to, że z całą resztą będą kłopoty. Na razie uwaga organizatorów skupia się, poza autostradami, lotniskami i stadionami, na kempingowych sanitariatach i w ogóle na toaletach publicznych, bo nagle się okazało, że i tym razem to problem nie do rozwiązania. Podejrzewam, że dla przyjezdnych nasze Euro może okazać się przeżyciem ekstremalnym, a dla niektórych wymarzoną szkołą przetrwania.

  Miejmy nadzieję, że goście się nie zdziwią, bo dla większości z nich podróż do Polski to i tak wyprawa na białe niedźwiedzie.

  I niech już tak zostanie!        

                                                             joanna s.