Już jest! Działa! Z ogromnym impetem! Coraz więcej książek (m.in. „Kulisy zbrodni smoleńskiej”),filmów („Mgła” itp.), tablic, pomników, a ostatnio ich autorów i pomysłodawców tych arcydzieł przyćmiła nowa, wstrząsająca realizacja plastyczna, której emocjonalny efekt ma siłę tsunami i może być porównywany jedynie z „Bitwą pod Grunwaldem”.
Monumentalne dzieło Zbigniewa Macieja Dowgiałły, (dyplom ASP-1986) poświęcone katastrofie smoleńskiej, zawisło w Wielką Sobotę w kościele Niepokalanego Poczęcia NMP na Bielanach i nadal tam wisi. Może zostanie na stałe? Ogromne płótno 3,6 x 4,6 m wyobraża postacie pasażerów w chwilę po katastrofie, czy raczej po wybuchu we wnętrzu prezydenckiego samolotu. Lepiej nie zrobiłby tego nawet „Fakt” przy pomocy fotomontażu i photoshopa. Scena zbiorowa. Naturalistyczna czy, jak kto woli, hiperrealistyczna. Mężczyźni i kobiety ogarnięci paniką, przerażeni szybują we wnętrzu(?) czegoś, co przed chwilą było samolotem. Oczy i usta szeroko otwarte, włosy zmierzwione, bluzki i koszule rozchełstane, serca jak gdyby przed chwilą wyrwane z piersi wirują w otoczeniu nieokreślonych szczątków samolotu. Całość przedstawienia zanurzona jest we krwi, ogniu i dymie, w tle prześwituje biało-czerwona szachownica. Brak tylko snajperów dobijających rannych.
Katastrofa czy raczej zbrodnia? Grozę studzi nieco uroda i świeżutki makijaż na czarownych buźkach modelek i modeli, których look przypomina telewizyjne celebrytki i celebrytów po wyjściu z charakteryzatornii. Z ofiar nowoczesnego pogromu – na oko- żadna nie ukończyła trzydziestki. Jeśli ktoś ma wrażenie, że w życiu nie zetknął się z dumnym z siebie kiczem, ma okazję zobaczyć, co to jest w bielańskim sanktuarium, któremu przewodzi charyzmatyczny ksiądz Drozdowicz.
Twórca jest ze swego dzieła bardzo kontent. Porównuje się do Tintoretta i Rafaela. Stale monitoruje odbiór swego malowidła i zauważa u wiernych same zachwyty. Pogratulować dobrego samopoczucia, po tym jak jego nowatorskie płótno odrzuciły wszystkie warszawskie muzea, o zgrozo!, z Narodowym włącznie!
W latach 80. kiedy debiutował Dowgiałło, zaliczał się i był zaliczany do polskich Neue Wilde (Nowi Dzicy), ale gdzież mu było do dzisiejszej ekspresji, docenionej wreszcie przez jednego z duchowych cicerone Warszawy. Co prawda na początku swej artystycznej kariery niezbyt interesował się, delikatnie rzecz ujmując, wskazaniami Kościoła w dziedzinie sztuk plastycznych, ale przecież tylko krowa…Zresztą jakaś „dzikość” w wyrwanym sercu pozostała.
Panowie artyści! Oczywiście wierzę w bezinteresowność waszego działania i szczerość misji, ale uważajcie i pohamujcie nieco swoją wenę. Czasem warto „przydeptać gardło pieśni”. Zawsze znajdą się przecież zawistnicy, którzy nie dadzą wam cieszyć się sukcesem i- nie daj Boże-przygotują jakiś kolejny zamach!
joanna s.
