Konwicki, Picasso i inni

    Przyznam się, że nie mogę już czytać o błędach i wypaczeniach niektórych koryfeuszy naszego życia kulturalnego, którzy nawet w bardzo dojrzałym wieku nie przestają bić się w piersi za swoje komusze winy, skarżąc się jednocześnie, jak przebiegle i okrutnie zostali „oszukani” przez komunistów, jak chcieli dobrze, a wyszło źle, a nawet zbrodniczo itd. Obowiązek stałego kajania się przekazują swoim dzieciom, a nawet wnukom. Dosyć mam tego przepraszania, czołgania się przed publiką i przypisywania winy za wszystko co koszmarne wczoraj i dziś (sic!)”komunie” i „komuchom” (niektórzy figlarnie mówią „komuszkom”).

   Niestety, temu banalnemu rytuałowi ulega także Tadeusz Konwicki, bohater roku „GW”. I to nie od dziś ani od wczoraj, ale uprawia już go przez całe dziesięciolecia. Przeprasza po raz tysięczny (chociaż dyskretniej) również w ostatniej rozmowie z okazji tej nominacji. Chciałam się dowiedzieć przy okazji czy – jak głosi plotka- na początku lat 90. wyraził życzenie, aby jego socrealistyczne utwory wycofano z bibliotek. Ale o tym ani słowa. Nie chce mi się w to wierzyć, byłoby to zbyt małostkowe, jak na pisarza, którego kiedyś, właśnie w PRL-u, czytało się z przyjemnością i z poczuciem nietraconego czasu. Jednak rzeczywiście wiele egzemplarzy choćby „Władzy” czy „Przy budowie” walało się wówczas, po zmianie ustroju, na parapetach, specjalnych regałach czy ławeczkach z książkami już bibliotekom niepotrzebnymi wraz z „Rokiem w trumnie” Romana Bratnego, „Rzeczywistością”i „Małowiernymi” Jerzego Putramenta i wieloma innymi niechcianymi w nowej rzeczywistości tytułami. Stałam się wówczas posiadaczką pierwszego wydania „Władzy” z nowoczesną, minimalistyczną okładką Jana Lenicy i czerpię z tej książki sporo satysfakcji, co prawda dziś głównie towarzyskich.

    Lewicowo-liberalny brytyjski socjolog o litewsko-żydowskich korzeniach Tony Judt (niestety już nieżyjący)w tekście publikowanym po jego śmierci w 2011 r. w”Zeszytach Literackich” wspominał o trudnościach, jakie sprawiało mu tłumaczenie swoim amerykańskim studentom, co miał na myśli Czesław Miłosz, wprowadzając w „Zniewolonym umyśle” pojęcie”Ketman”. Judt przypomina za Miłoszem definicję Ketmana, pisząc, że ci którzy go przyjęli, potrafili żyć „mówiąc jedno, a myśląc drugie” i przystosowywali się „do kolejnych zadań wysuwanych przez władców”, wierząc, że „zachowali wewnątrz autonomię cechującą człowieka niezależnego”. Studenci, skądinąd doskonale rozumiejący dysydentów i opozycjonistów wobec systemu zwanego „socjalistycznym” np. Eugenię Ginzburg, Milana Kunderę czy Vaclava Havla, nijak nie mogli sobie poradzić z Miłoszowską wersją ideologicznego samozakłamania, cechującą – jego zdaniem – licznych spośród  polskich twórców i intelektualistów.

   „Zniewolony umysł”, który czytało się niegdyś z wypiekami na twarzy, od początku wydał mi się czymś nieprawdziwym, jakimś wydumanym usprawiedliwianiem się ex post z elementami kajania się i teatralnego odpokutowywania za grzechy. Nawet jeśli ograniczały się one do zabazgrywania papieru i książek, których nikt nie czytał z własnej woli. Mam tego dowód w postaci owej „Władzy”, wydanej w 1954 r. w nakładzie 10 tys. egzemplarzy, która nie nosi żadnych śladów użytkowania. Próby czasu nie wytrzymał papier obwoluty,która się po prostu rozpadła, ale reszta jest w stanie niemal nietkniętym. Naprawdę, nie ma za co przepraszać!

    Są przecież tacy, którzy tego nie robili. Picasso był członkiem Francuskiej Partii Komunistycznej i wziął udział w tak osławionym, stalinowskim Kongresie Intelektualistów w Obronie Pokoju, który odbył się w 1948 r. we Wrocławiu. Leciał do Polski po raz pierwszy w życiu samolotem, spotykał się z naszymi artystami, narysował gołąbka pokoju, zostawił po sobie fresk na ścianie w jednym z nowych bloków na Kole i sporo papierowych serwetek ze szkicami. Był w Krakowie i Oświęcimiu. Obradami niespecjalnie się interesował, niewiele obchodziła go skandal i polemika wokół napastliwego wystąpienia Aleksandra Fadiejewa (słynne porównanie Sartre’ a do „hieny piszącej na maszynie”). No i pokazał swój imponujący opalony tors podczas jednej z kongresowych oficjalnych kolacji. Gdyby nie Kongres, nigdy by do Polski nie przyjechał i nie ofiarował swoich prac Muzeum Narodowemu w Warszawie. Rok później opublikował na łamach „L’Humanite” rysunek zatytułowany „A ta sante,Staline!” („Twoje zdrowie, Stalinie!”) z okazji 70.urodzin dyktatora. Nie spodobało mu się, że Louis Aragon, naczelny komunistycznego tygodnika „Les Lettres Francaises” chciał odrzucić jego rysunek młodego Stalina w 1953 r. w momencie śmierci wodza. Potem w FPK podobało mu się coraz mniej, schował legitymację partyjną, ale jej nie wyrzucił ani demonstracyjnie nie podarł. I nigdy się nie kajał, ani nie przepraszał, bo wiedział, że oceni go historia.Tak jak zechce.

    Podobnie Andre Malraux. Jemu nie spodobał się już pakt Ribbentrop-Mołotow i postawa kierownictwa FPK wobec napaści Niemiec na Polskę. Przystał do ekipy de Gaulle’a, za co był nazywany przez komunistów zdrajcą i sprzedawczykiem. Ale z FPK nigdy oficjalnie nie wystąpił. Za to, kiedy po dojściu de Gaulle’ a do władzy w 1958 r. został najsławniejszym w dziejach III Republiki ministrem kultury, nawiązał bardzo ścisłą współpracę ze swoimi niegdysiejszymi towarzyszami, powoływał ich na ważne stanowiska, obarczał licznymi misjami itd. itp.,bo- jak mówił- oni to potrafią robić najlepiej, bo nie siedzą tylko po kawiarniach, ale spotykają się ze zwykłymi ludźmi i nauczyli się ich języka i sposobu widzenia świata. 

    I to jest ta petite difference czyli mała różnica!

                                                              joanna s. 

         


   

  

Plusy dodatnie dla Hollande’a!

   Coś chyba zmienia się na lepsze. Na razie w Europie. Nie u nas. Nowy prezydent Francji Francois Hollande na obu swoich ostatnich wiecach w wieczór wyborczy najpierw w Tulle (departament Correze, gdzie głosowała na niego nawet małżonka prawicowego byłego prezydenta Bernardette Chirac), a także dwie godziny później na paryskim Placu Bastylii zapowiedział, żeby go rozliczać z dwóch obietnic: przyspieszenia wzrostu gospodarczego i przywrócenia nadziei młodemu pokoleniu Francuzów. Jego rodacy przyjęli to z wielkim, spontanicznym aplauzem!

   U nas przeważa sceptycyzm. Premier Tusk nawet nie raczył się spotkać z kandydatem Hollande’em , kiedy ten przyjechał do nas podczas kampanii wyborczej na zaproszenie Leszka Millera. Mądra ta odmowa spotkania oczywiście nie była, sytuację uratował prezydent Komorowski, który się z Hollande’m spotkał. A przecież już wówczas było wiadomo, że Hollande wybory wygra i stanie się jedną z najważniejszych postaci Europy i Unii.

  Niektórzy z naszych, pożal się Boże, publicystów wróżą, że  „Hollande będzie słabym prezydentem Francji w osłabionej Europie”. Czy to arogancja a la Radek Sikorski czy zwykła wiocha? Byłby czas, by mili chłopcy- doradcy Tuska, zamiast pisać bestsellery fantasy przynajmniej raz na tydzień zeszli na ziemię.

  Afront ekipy premiera okazał się jeszcze bardziej skandaliczny, gdy zobaczyliśmy na własne oczy, że podczas inauguracji swej kadencji Hollande udał się do Instytutu Marii i Piotra Curie, by oddać hołd polskiej noblistce, jako uczonej, kobiecie i Polce. Symbolowi osoby potrójnie społecznie wykluczonej, która brawurowo stawiła czoło losowi!

  Odnoszę wrażenie, że po tym wyborze Francja odetchnęła z ulgą. Nicolas- petit nerveux (mały nerwus), jak go nazywano, odjechał swoją luksusową limuzyną, zabierając ze sobą swoje besserwiserstwo, arogancję i bezkrytycyzm, zwłaszcza w stosunku do siebie oraz Carlę Bruni, niestety. Rzeczywiście Francuzi mieli już dosyć jego ADHD, zamiłowania do przepychu i niezauważania nikogo poza celebrytami. Hollande ma pełny demokratyczny mandat: w wyborach wzięło udział ponad 80 proc. uprawnionych do głosowania, a on te wybory wygrał, uzyskując ponad 18 mln głosów, mimo że urzędujący prezydent ma w sposób naturalny nieporównanie większe szanse. Niemal natychmiast po wyborze oświadczył, że zmniejsza swoje pobory o 30 proc., wiedząc oczywiście doskonale, że nie poprawi to stanu finansów państwa. Ale on równie dobrze wie (a nasi politycy mogliby się wreszcie tego nauczyć!), jaką wagę ma przykład idący z góry!

   Jego priorytetem jest skromniejsze i normalne państwo. Więcej demokracji, więcej równości, więcej sprawiedliwości. Równe szanse dla wszystkich Francuzów, niezależnie od tego skąd pochodzą, jaki jest ich status materialny, płeć i kolor skóry. Odwrotnie niż jego poprzednik, który powoływał się na bliżej nieokreślone wartości republikańskie, Hollande odwołał sie wprost do Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela. Uczcił pamięć XIX-wiecznego ministra oświecenia publicznego Julesa Ferry’ego, którego u nas niemal nikt nie zna, a który w 1881 doprowadził do uchwalenia ustawy o obowiązku szkolnym i bezpłatnej szkole publicznej (przypomnę, że przedtem większość Francuzów było analfabetami, jak bohater „Nędzników”- Jean Valjean), a rok później wprowadził do szkolnictwa zasadę laickości.

   Nowy prezydent odrzuca zaciskanie pasa przez większość, podczas gdy mniejszość korzysta z coraz większych apanaży. Nie zgadza się z paraliżującą młodzież opinią, że poprzednie pokolenia ukradły im dobrobyt, a im zostało tylko bezrobocie i beznadzieja. I tym zdobył większość Francuzów.

   Nie jest w Europie osamotniony. Na politykę ograniczającą się do zaciskania innym pasa, podczas gdy dysponująca globalnym kapitałem mniejszość szantażuje rządy i korzysta z przywilejów, o których inni nawet nie marzą, nie zgadzają się europejskie społeczeństwa. Recepty a la Balcerowicz pokazały swoje skutki. Polska nie może się z nich wydźwignąć po dziś dzień.

   Konkurencyjność, innowacyjność, rozwój, równe szanse- do tego potrzebna jest edukacja i kultura. Hollande na to zdecydowanie stawia. Zapowiedział, że wbrew temu, co się robi w Europie, zamiast zamykać szkoły będzie je otwierał, a liczbę nauczycieli zwiększy o 60 tysięcy. Szkoły mają być publiczne i bezpłatne, a ich poziom ma się podnosić, nauczyciele- stale się kształcić i na to pieniędzy nie może zabraknąć.

   Powiało zmianą! I to nie tylko we Francji. Rzeczywiście uderzył piorun! Pani Merkel nie wygra swoich wyborów, panie premierze Tusk. Niech pan pomyśli o tym, co to znaczy także dla nas!

                                                            joanna s.

PS. Właśnie wysłuchałam rozmowy (pierwszej) z nowym francuskim premierem Jean-Marc Ayraultem, dotychczas merem Nantes, który przedstawił się jako „człowiek z ludu”(co u nas uznane zostałoby za bardzo śmieszne!) i przedstawił swój gabinet, w którym po raz pierwszy w historii Republiki panuje pełny parytet – po 50 proc. kobiet i mężczyzn, multikulti itd. Np.ministrem sprawiedliwości została czarnoskóra kobieta, bynajmniej nie o wyglądzie Naomi Campbell, ale- w odróżnieniu od niewątpliwie białego mężczyzny Jarosława Gowina- legitymująca się prawniczym wykształceniem. A poza tym nowy szef gabinetu zapowiedział, że jutro (czwartek) na pierwszym posiedzeniu z udziałem Prezydenta zostanie podjęta pierwsza decyzja: obcięcie o 30 proc. poborów premiera i wszystkich członków rządu, a następnie zwiększenie dodatku na rozpoczęcie nowego roku szkolnego (na tzw. wyprawkę) i skrócenie wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet i mężczyzn (przy 41 latach pracy). Zostanie to sfinansowane z innych oszczędności w budżecie.Jest z kogo brać przykład, panie premierze Rzeczypospolitej!

                                                        j.s.

 

   

    

 

 

A u nas koko,koko,Euro spoko!

    Hit pań z „Jarzębiny” od razu mi się spodobał. Jest w nim ten luz i zero stresu, który cechuje Polaków.

   No bo przecież nikt nie denerwuje się, że prawie nic nie idzie, jak powinno i jak zapowiadano. Na Euro miały być gotowe autostrady, choćby jedna do Warszawy, ale wiadomo, że nie będzie. Nawet tylko „przejezdna”, chociaż do dziś nie wiadomo, co by to miało znaczyć. Ale to już nieważne, bo będzie nieprzejezdna. A minister Nowak bierze to wszystko nad morzem na klatę (opaloną na ten brąz, który lubią kobiety) i zapowiada objazdy. Spoko.

  Trasa Toruńska to zakorkowany plac budowy. Jedzie się głównie po dziurach, w pyle i kurzu. Od czasu do czasu można gdzieś dostrzec człowieka pracy. Ale nie w weekend, bo za drogo kosztuje. Omijać w godzinach szczytu. Tylko którędy, skoro Most Śląsko-Dąbrowski zamknięto dla samochodów zwykłych ludzi, a słynnym Mostem Syreny w ogóle nie można nigdzie dojechać? Spoko.

  W ogóle po Warszawie najlepiej chodzić piechotą. Np. po Marszałkowskiej,Świętokrzyskiej, Jasnej, Prostej, Kasprzaka, Emilii Plater, itd.itp. Nie wspominając już o Puławskiej, Wisłostradzie i innych zakorkowanych non stop. Spoko.

   Pociągi, jak kursowały tak kursują. Może tylko trochę dłużej i trochę drożej. Wrocław-Warszawa 8 godzin. Gdańsk- Warszawa 5, Łódź- Warszawa prawie 3, Berlin- Warszawa niemal 10. Spoko.

  Tanie linie lotnicze są już drogie. Chyba, ze kupimy bilet na co najmniej pół roku z góry. No i jeszcze trzeba dojechać na lotnisko. Spoko.

  Na Placu Defilad miało powstać Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Atrakcja Warszawy. Od początku wątpiłam w jego realizację z tuzina powodów. Poczekaliśmy pięć lat i dowiedzieliśmy się o fidze z makiem. Plac wygląda jak połączenie ziemi niczyjej z zaśmieconym miejscem po jakimś suku. Strefa kibica zamknie drogę do Pałacu Kultury. Teatry kończą sezon. Spoko.

  Fasada Zamku Królewskiego od strony Wisły zasłonięta, bo właśnie zaczął się remont, który dawno miał być skończony. Ale zaczął się, żeby stolica nie utraciła europejskiej dotacji. Spoko.

  W piątek, nie zważając na tzw. społeczeństwo, premier Tusk docisnął i wymusił przyjęcie ustawy o emeryturach przedłużąjącej wiek odchodzących do 67 lat. Nie chciał oglądać na sali sejmowej przedstawicieli swojej kolebki, czyli „Solidarności”. W sobotę poleciał z wizytą do Kanady. Kobiety miałyby odchodzić na emeryturę w kanonicznym wieku w 2040 roku. A co się będzie wtedy w Polsce i na świecie działo, nie wie nikt. Jak wiadomo, zapowiadany w kalendarzu Majów na 2012 rok, koniec świata został odwołany. Zapewne nie inaczej będzie z emeryturami. Spoko.

  Jestem za, a nawet przeciw. Koko.

                                                              joanna s.

 


Jaka głupia ta matura !

    Zdziwiło mnie, że w tym roku na sakramentalne pytanie: jak oceniacie tematy na maturze z polskiego zamiast tradycyjnej-łatwe albo trudne albo takie sobie- tak często padała odpowiedź : głupie albo beznadziejnie głupie, nic nie dało się napisać!

   Zaciekawiona tą nieoczekiwaną zmianą zapoznałam się z tematami (poziom podstawowy) i muszę przyznać maturzystom in spe rację. Tak jak kiedyś trzeba było pisać, dlaczego Władysław Broniewski wielkim poetą był (co można było zrobić bardzo łatwo, nawet nie czytając żadnego z wierszy jego autorstwa, które i w PRL-u skutecznie obrzydzano, zagłaskując twórcę na śmierć), tak po dwudziestoleciu spędzonym w jakiej takiej wolności zanudzono w tym roku młodzież salonem warszawskim z III części „Dziadów” oraz duetem powieściowym „Lalka” i „Ludzie bezdomni”i ich bohaterkami Izabelą Łęcką i Joanną Podborską. A żeby było „nowocześnie” dodano temat o wikipedii, ale tak sformułowany, by nadawał sie na seminarium, a nie na maturę. Czy to wszystko w ogóle zalicza jakikolwiek poziom?

   Oczywiście, aby napisać wypracowanie na szóstkę, w ogóle nie trzeba czytać żadnego z maturalnych utworów. W każdym, najbardziej nawet topornym bryku znaleźć można streszczenie tematu realizujące bezbłędnie schematy przyjęte przez niezwykle lotnych autorów tematów tegorocznej matury. Wszystko jasne jak słońce, kto zbrodniarz, a kto patriota, która z pań jest, rozrzutną, zimną i wyrachowaną egoistką, kochającą luksus i towarzyskie paplaniny, a która szlachetną, bezinteresowną altruistką, kochającą szkolną gawiedź, przemiłą romantyczną idealistką.Każdy może napisać o tym swoje ble ble, nie używając do tej czynności ani  mózgu ani emocji. No bo, jeśli napisałby coś nieprzewidzianego, to wątpię, czy dostałby maturę. Maturzyści też o tym wiedzą!

   Doskonała lekcja konformizmu, oportunizmu i tchórzostwa na progu dorosłego życia! Uczniowie zapewne ją odrobili, ale ocenili to na swój sposób: jakie to głupie!

   Matura to egzamin nie tylko dla zdających. Tak jak teatr nie jest przedsięwzięciem tylko dla reżysera i aktorów. Tylko że do teatru można nie chodzić, a maturę trzeba zdać. Choćby byle jak, z poczuciem że odbiera się lekcję pogardy dla swej inteligencji i zmysłu krytycznego.

   Nieco bardziej na poziomie była matura rozszerzona. Dla elity szkolnej (37 tys. na ponad 450 tys. tegorocznych maturzystów). Ale tylko trochę. Może czymś nowym był temat konfrontujący fraszkę Jana Kochanowskiego z poezją Agnieszki Osieckiej. Ale  wypracowanie z Holokaustu na podstawie jednego tylko, artystycznie dosyć przeciętnego utworu Idy Fink, podczas gdy literatura o Zagładzie jest tak bogata i kontrowersyjna! Autorzy pytań egzaminacyjnych najwyraźniej się tych kontrowersji przestraszyli. Oczywiście na obu maturach myślenie, zwłaszcza krytyczne, można było spokojnie wyłączyć. Czy o to chodzi?

   Każdy wie,nie czekając na wyniki, kto tej matury na pewno nie zdał! Nawiasem mówiąc dobrze byłoby poznać nazwiska autorów tematów w stylu koko,koko, spoko!

                                                      joanna s.       

Profesorowie- nowi „wściekli” i „oburzeni”?

    Rzeczywiście, wygląda na to, że ni stąd ni zowąd bardzo się oburzyli i jeszcze bardziej wściekli! Na niewyedukowanych- przez siebie przecież- absolwentów wyższych uczelni, na ogłupionych przez kolegów – nauczycieli szkolnych- maturzystów i, a może przede wszystkim, na to, że system studiów, który współtworzyli i z którego czerpali niemałe korzyści, właśnie się wali. O  tym ostatnim, rzecz jasna, głucha cisza.

    Oczywiście największą winę ponoszą koledzy. „Bezmyślna i nieodpowiedzialna reforma szkolnictwa podstawowego i średniego doprowadziła do kompletnej zapaści edukacyjnej”- wykrzyczała podczas organizowanej na Uniwersytecie Gdańskim konferencji „Wściekłość i oburzenie. Obrazy rewolty w kulturze współczesnej” prof. Ewa Nawrocka, kierownik Katedry Teorii Literatury i Krytyki Artystycznej w Instytucie Filologii Polskiej tejże uczelni.”Dostajemy studentów niedouczonych, niemyślących, intelektualnie leniwych i biernych, a do tego aroganckich”- oburzała się dalej. Itd.itp. Wtórował jej w „GW” inny gwiazdor polskiej nauki prof.Jan Stanek, fizyk z UJ, który-zwracając się do „oburzonych, doskonale wykształconych, młodych bezrobotnych”-wytykał im (sic!):”Nie jesteście-większość z Was-dobrze wykształceni, a jedynie tak Wam się wydaje. Zostaliście oszukani najpierw przez nauczycieli, a potem przez wykładowców”. Prof.Nawrocka dodaje do tej listy jeszcze „urzędasów ministerialnych”, którzy „napawają się władzą, tworzą i egzekwują przepisy, nawet jeśli niepotrzebnie utrudniają życie innym”.

    Cóż za „oburzenie”, zwykła ściema! Przyzwoity człowiek nie powiedziałby przecież „zostaliście oszukani”, ale- my wszyscy, wspólnie „oszukaliśmy Was”, przeprosił i wytłumaczył, dlaczego tak się stało!!! I co się realnie robi, aby z tego megaoszustwa wreszcie wyjść!

    Ponieważ najwyraźniej brak wam odwagi, to powiem to za was: młodzi ludzie z dyplomami, ale bez pracy to ofiary waszego tchórzostwa i konformizmu, panie i panowie profesorowie! Prof.Nawrocka przyznała się do tego między wierszami w „GW”, mówiąc, że odważyła się odsłonić kawałek prawdy na trzy miesiące przed emeryturą, gdy nie ma już nic do stracenia. Zaiste, wspaniałą mamy kadrę naukowców i wychowawców młodzieży! 

    Pytam, jakim cudem dyplomowani przez takich tuzów młodzi ludzie mają znaleźć pracę, skoro edukowano ich po stachanowsku, byle szybciej i byle więcej, i to nie tylko w płatnych szkołach prywatnych, lecz również w najbardziej renomowanych uczelniach publicznych? Dlaczego to towarzystwo wzajemnej adoracji nie oburzało się i nie protestowało przeciwko tworzeniu dziesiątków prywatnych szkół wyższych, powielających te same, łatwe w nauczaniu kierunki „studiów” i rozdających dyplomy jak na wielkiej wyprzedaży? Tylko w samej Warszawie kilkanaście tysięcy aspirantów do sukcesu „kształci się” na dziennikarzy i politologów(na samym Uniwersytecie jest ich niemal 8 tysięcy!). Ilu nowych Tomaszów Lisów, Kamilów Durczoków i Monik Olejnik potrzeba naszym mediom? Całe środowisko dziennikarskie ( z emerytami i rencistami włącznie) nie liczyło nigdy więcej niż 15-20 tys.osób, a dzisiaj zatrudnionych jest niemal o połowę mniej. 

   Ilu potrzeba psychologów, kulturoznawców, menedżerów i specjalistów od marketingu z zerowym doświadczeniem, niedouczonych prawników, ekonomistów, itd.itp.?

   Jeżeli „oburzeni” profesorowie nie mieli odwagi zauważyć tych prostych przecież absurdów, to oczywiście trudno od nich wymagać, by wymagali od swoich studentów czytania podręczników i w ogóle książek, bo gdyby tego żądali, jedna trzecia studentów nie otrzymałaby dyplomów, nie przeczytawszy żadnej książki. Bo nie sądzę, by nie wiedzieli, czy egzaminowany w ogóle zajrzał do podręcznika lub zalecanej lektury. Zapewne krzywdzę znaczną część środowiska pracowników nauki, ale nie przypominam sobie, by protestowało ono gromadnie przeciwko narzucanym przez urzędasów „normom przerobu” studentów w  szkołach publicznych czy tworzeniu nowych uczelni prywatnych, powołanych do tego, by dać każdemu, za pieniądze, ów wymarzony „papier”, czyli dyplom ukończenia studiów wyższych.

    A czy ktoś z szacownych „nauczycieli akademickich” protestował przeciwko temu, że w Polsce za darmo, w szkołach publicznych kształci się niemal wyłącznie studentów z zamożnych rodzin, którzy mogli uczęszczać do dobrych liceów i korzystać z rodzinnego zaplecza, a ci „z nizin społecznych” muszą za studia płacić i to całkiem słono? Oczywiście ośmieszono dawno już temu doszczętnie „punkty za pochodzenie”, ale czy ktoś poważnie zastanowił się nad sposobami przezwyciężenia tej rażącej dyskryminacji?

    I wreszcie, czy „chciwość” to tylko cecha zdeprawowanych bankierów. Może również utytułowanych pedagogów wyższych uczelni, którzy zatrudniają się nawet w kilkunastu prywatnych szkołach naraz, by mogły one spełniać wymogi Komisji Akredytacyjnej? Czy ta forma korupcji jest lepsza niż zwykłe wyciąganie ręki po łapówkę?

    I co mają o tym myśleć studenci? Przykład płynie z góry, proszę szanownej profesury!

    Zastanówcie się państwo nad tą oszukańczą fikcją , którą sami tworzycie. Mądrzejsze to niż wściekłość i wrzask. Oburzenie zostawcie waszym studentom!

                                                                joanna s.