Przyznam się, że nie mogę już czytać o błędach i wypaczeniach niektórych koryfeuszy naszego życia kulturalnego, którzy nawet w bardzo dojrzałym wieku nie przestają bić się w piersi za swoje komusze winy, skarżąc się jednocześnie, jak przebiegle i okrutnie zostali „oszukani” przez komunistów, jak chcieli dobrze, a wyszło źle, a nawet zbrodniczo itd. Obowiązek stałego kajania się przekazują swoim dzieciom, a nawet wnukom. Dosyć mam tego przepraszania, czołgania się przed publiką i przypisywania winy za wszystko co koszmarne wczoraj i dziś (sic!)”komunie” i „komuchom” (niektórzy figlarnie mówią „komuszkom”).
Niestety, temu banalnemu rytuałowi ulega także Tadeusz Konwicki, bohater roku „GW”. I to nie od dziś ani od wczoraj, ale uprawia już go przez całe dziesięciolecia. Przeprasza po raz tysięczny (chociaż dyskretniej) również w ostatniej rozmowie z okazji tej nominacji. Chciałam się dowiedzieć przy okazji czy – jak głosi plotka- na początku lat 90. wyraził życzenie, aby jego socrealistyczne utwory wycofano z bibliotek. Ale o tym ani słowa. Nie chce mi się w to wierzyć, byłoby to zbyt małostkowe, jak na pisarza, którego kiedyś, właśnie w PRL-u, czytało się z przyjemnością i z poczuciem nietraconego czasu. Jednak rzeczywiście wiele egzemplarzy choćby „Władzy” czy „Przy budowie” walało się wówczas, po zmianie ustroju, na parapetach, specjalnych regałach czy ławeczkach z książkami już bibliotekom niepotrzebnymi wraz z „Rokiem w trumnie” Romana Bratnego, „Rzeczywistością”i „Małowiernymi” Jerzego Putramenta i wieloma innymi niechcianymi w nowej rzeczywistości tytułami. Stałam się wówczas posiadaczką pierwszego wydania „Władzy” z nowoczesną, minimalistyczną okładką Jana Lenicy i czerpię z tej książki sporo satysfakcji, co prawda dziś głównie towarzyskich.
Lewicowo-liberalny brytyjski socjolog o litewsko-żydowskich korzeniach Tony Judt (niestety już nieżyjący)w tekście publikowanym po jego śmierci w 2011 r. w”Zeszytach Literackich” wspominał o trudnościach, jakie sprawiało mu tłumaczenie swoim amerykańskim studentom, co miał na myśli Czesław Miłosz, wprowadzając w „Zniewolonym umyśle” pojęcie”Ketman”. Judt przypomina za Miłoszem definicję Ketmana, pisząc, że ci którzy go przyjęli, potrafili żyć „mówiąc jedno, a myśląc drugie” i przystosowywali się „do kolejnych zadań wysuwanych przez władców”, wierząc, że „zachowali wewnątrz autonomię cechującą człowieka niezależnego”. Studenci, skądinąd doskonale rozumiejący dysydentów i opozycjonistów wobec systemu zwanego „socjalistycznym” np. Eugenię Ginzburg, Milana Kunderę czy Vaclava Havla, nijak nie mogli sobie poradzić z Miłoszowską wersją ideologicznego samozakłamania, cechującą – jego zdaniem – licznych spośród polskich twórców i intelektualistów.
„Zniewolony umysł”, który czytało się niegdyś z wypiekami na twarzy, od początku wydał mi się czymś nieprawdziwym, jakimś wydumanym usprawiedliwianiem się ex post z elementami kajania się i teatralnego odpokutowywania za grzechy. Nawet jeśli ograniczały się one do zabazgrywania papieru i książek, których nikt nie czytał z własnej woli. Mam tego dowód w postaci owej „Władzy”, wydanej w 1954 r. w nakładzie 10 tys. egzemplarzy, która nie nosi żadnych śladów użytkowania. Próby czasu nie wytrzymał papier obwoluty,która się po prostu rozpadła, ale reszta jest w stanie niemal nietkniętym. Naprawdę, nie ma za co przepraszać!
Są przecież tacy, którzy tego nie robili. Picasso był członkiem Francuskiej Partii Komunistycznej i wziął udział w tak osławionym, stalinowskim Kongresie Intelektualistów w Obronie Pokoju, który odbył się w 1948 r. we Wrocławiu. Leciał do Polski po raz pierwszy w życiu samolotem, spotykał się z naszymi artystami, narysował gołąbka pokoju, zostawił po sobie fresk na ścianie w jednym z nowych bloków na Kole i sporo papierowych serwetek ze szkicami. Był w Krakowie i Oświęcimiu. Obradami niespecjalnie się interesował, niewiele obchodziła go skandal i polemika wokół napastliwego wystąpienia Aleksandra Fadiejewa (słynne porównanie Sartre’ a do „hieny piszącej na maszynie”). No i pokazał swój imponujący opalony tors podczas jednej z kongresowych oficjalnych kolacji. Gdyby nie Kongres, nigdy by do Polski nie przyjechał i nie ofiarował swoich prac Muzeum Narodowemu w Warszawie. Rok później opublikował na łamach „L’Humanite” rysunek zatytułowany „A ta sante,Staline!” („Twoje zdrowie, Stalinie!”) z okazji 70.urodzin dyktatora. Nie spodobało mu się, że Louis Aragon, naczelny komunistycznego tygodnika „Les Lettres Francaises” chciał odrzucić jego rysunek młodego Stalina w 1953 r. w momencie śmierci wodza. Potem w FPK podobało mu się coraz mniej, schował legitymację partyjną, ale jej nie wyrzucił ani demonstracyjnie nie podarł. I nigdy się nie kajał, ani nie przepraszał, bo wiedział, że oceni go historia.Tak jak zechce.
Podobnie Andre Malraux. Jemu nie spodobał się już pakt Ribbentrop-Mołotow i postawa kierownictwa FPK wobec napaści Niemiec na Polskę. Przystał do ekipy de Gaulle’a, za co był nazywany przez komunistów zdrajcą i sprzedawczykiem. Ale z FPK nigdy oficjalnie nie wystąpił. Za to, kiedy po dojściu de Gaulle’ a do władzy w 1958 r. został najsławniejszym w dziejach III Republiki ministrem kultury, nawiązał bardzo ścisłą współpracę ze swoimi niegdysiejszymi towarzyszami, powoływał ich na ważne stanowiska, obarczał licznymi misjami itd. itp.,bo- jak mówił- oni to potrafią robić najlepiej, bo nie siedzą tylko po kawiarniach, ale spotykają się ze zwykłymi ludźmi i nauczyli się ich języka i sposobu widzenia świata.
I to jest ta petite difference czyli mała różnica!
joanna s.
