Stadion na głowie, czyli kibole rządzą!

Przez chwilę wydawało się, że jest nieźle. Na warszawskich ulicach pojawiło się sporo ludzi uśmiechniętych i robiących wrażenie zadowolonych, jak gdyby zaczęły się wielkie wakacje.

Ale z czego żyłyby media masowego przykazu? Przecież nowa, symboliczna wojna polsko-ruska musiała się odbyć! I zaczęło się w gazetach („GW”, „Newsweek”, itd,itp) judzenie, napuszczanie, nieprzytomne przywoływanie polskich historycznych krzywd na zmianę z triumfami”polskich orłów” oraz cudu nad Wisłą (ze Smudą w roli Piłsudskiego – wiekopomny pomysł na okładkę autorstwa Tomasza Lisa, który ma zawsze rację i zawsze się z sobą zgadza!). Gest Kozakiewicza na moskiewskim stadionie, bramki Cieślika w Chorzowie zagrzewały non stop kibiców do walki o wolność i niepodległość. Na łamach „Polityki” w duchu „biało-czerwonym” pohukiwał Jerzy Pilch, a w „GW” darł się inny laureat Nagrody Nike Wojciech Kuczok, wściekły, że nasi u nas z ruskimi nie wygrali, choć powinni! Obaj panowie dali się jednak zdystansować rzecznikowi PIS Adamowi Hofmanowi, który żałował, że nasi ruskim po prostu nie „przy…li”. Szkoda tylko, że- po poważnym ostrzeżeniu ze strony Prezesa- schował się w swoich pieleszach „ten, co wstrzymał Anglię”! Ale i tak było co czytać i czym się podniecać. Oczywiście- dla ludzi z branży- ten wielogłosowy koncert (?) to efekt szaleńczej walki o nakłady, o własne być albo nie być.

Gorzej, że rząd, z Tuskiem na czele, chyba po to, by podlizać się kibicom i kibolom, ustroił się na swoim posiedzeniu „patriotycznie”,  w biało-czerwone szaliki. Nastrój był podniosły, bardzo poważni ministrowie i ministry odśpiewali przed bitwą z odwiecznym wrogiem Mazurka Dąbrowskiego. Panowie z pewnością nie chcieli być gorsi niż koledzy z tabloidów, a przy okazji trzeba było zatrzeć wreszcie żałosne wrażenie, jakie pozostawiła przestraszona dziewczynka, ministra Mucha, która pięć przed dwunastą błagała Rosjan, by opuścili wynajęty parę miesięcy temu hotel Bristol. By, broń Boże, nie przeszkadzać Kaczyńskiemu i jego drużynie (w której walczą kibole) składać hołdów z okazji kolejnej „miesięcznicy”.

W prywatnej telewizji rozhisteryzowana „gwiazda”w oczekiwaniu na bitwę warszawską włożyła na swoją mądrą główkę coś w rodzaju biało-czerwonego stadionu, odnosząc zasłużony triumf w boju z koleżankami z „publicznej”, które – skromnie przyodziane w biało-czerwone koszulki- banalnie wachlowały się szalikami.

Wśród radiowo-telewizyjnych sprawozdawców trwał turniej o nagrodę widzów pod hasłem, kto głośniej wrzeszczy i bardziej przeżywa. Wygrał w cuglach radiowiec Tomasz Zimoch, który jak przystało na rasowego radiowca- w tej prestiżowej walce na głosy nie ma sobie równych. W nagrodę jedna z krakowskich drukarni-szwalni wyprodukowała wymarzoną przez niego ekstremalną biało-czerwoną flagę, która przykryła w sobotę cały stadion we Wrocławiu!

No i zdarzyło się coś, co wszyscy ci celebryci chyba sobie wymarzyli: grupa kiboli zaatakowała wrogi przemarsz. I wtedy usłyszeliśmy od dumnego ministra spraw zagranicznych: „bandyterkę” surowo ukarać! 

Przestraszeni całym tym tsunami piłkarze wylecieli do Wrocławia, oczywiście pod czujnym okiem telewizyjnych kamer. Musieli, po prostu musieli wygrać z Czechami. Ale niestety nie udało się.     

I w ten sposób (po przegranej ruskich) obie światowe potęgi, które rozegrały w Warszawie największą bitwę XXI wieku zostały rozstawione po kątach przez dwie skromne reprezentacje małych krajów:Czech i Grecji (w kryzysie)!

No, ale po przegranej tym razem bitwie warszawskiej znów na ulicach zapanował dobry humor!

                                                             joanna s.

Odwagi, prezesie Braun!

Przywróciliśmy artystyczny Teatr Telewizji, programy kulturalne, dokumenty, jest nowe Opole, na którym zgodził się wystąpić sam Kazik, a wśród prowadzących będzie sam Wojciech Mann z synem – chwalił się w ostatnim wywiadzie w „GW” prezes Juliusz Braun. A teraz dajcie nam więcej, dużo więcej kasy – zakrzyknął.

Pomyślałam: sprawdzę! Obejrzałam najnowszy spektakl Teatru autorstwa Juliusza Machulskiego. Najlepszy ma tytuł – „Next ex”(lub coś w tym rodzaju) i obsadę, zwłaszcza doskonałych Annę Seniuk i Jana Englerta (wyniki oglądalności nie kłamią- kiedy ta dwójka pojawiła się na ekranie, widownia urosła aż o jedna trzecią!). Reszta to czysta komercja, średni bulwar, z którym trudno byłoby się pokazać nie tylko w Paryżu czy Nowym Jorku. No, ale w trasie po kraju mogłoby nie być źle.

W Opolu – najlepsza powtórka z PRL-u, szlagiery Kasi Sobczyk, Karin Stanek, Czerwonych Gitar, itd. czyli to, co wszyscy znają i lubią ( by nie powiedzieć – kochają!), co było i jest hitem, chociaż sporo dzisiejszych „gwiazd” fałszuje jeszcze bardziej niż w latach 60. Bohdan Łazuka. Tym jak Tym, też niezupełnie świeży, chociaż wymienił Merle na Jandę, która – jak widać- żadnej pracy się nie boi. Nowych szlagierów i zachwycających głosów brak. A wszystko w atmosferze nostalgii za tym „co se nie wrati”! Co w końcu z tą „komuną”, której produkcja mebluje większość programu TVP Kultura i znaczną dwóch najważniejszych kanałów „publicznej”? Dlaczego kiedyś bez”misji” i bez reklam wielkich koncernów dało się to wszystko produkować, mimo czerwonej dyktatury i wszechobecnej kontroli PZPR, SB i TW? Jeśli nie spróbuje się odpowiedzieć na to proste pytanie zamiast przerabiać na, pożal się Boże, Teatr Faktu, archiwa IPN-u, będziemy kontynuować tę ściemę, której na imię „misja telewizji publicznej”. Bo do niej prezes Braun, podobnie jak poprzednicy, zalicza niemal wszystko, co produkuje jego firma!

Na to nie ma zgody i być nie może! Taka jest odpowiedź widzów z których mniej niż co dziesiąty płaci abonament. Naprawdę szkoda telewizji publicznej! Ale takie półprawdziwe wywiady z pewnością jej nie zbawią.

Jest jasne, że  prezesowi zależy przede wszystkim na spokoju i zachowaniu status quo. Po prostu, by mieć spokój, domaga się większych pieniędzy na swoje wyjątkowo ambitne cele, których realizację oglądamy: od widzów lub z budżetu, a więc także od widzów. Podejrzewa chyba, że abonament nie ma szans, także i dlatego, że partia rządząca i jej leader Donald Tusk już dosyć dawno oficjalnie przyzwolili na niepłacenie tej bezsensownej daniny. Zdaniem prezesa ciekawa była  koncepcja prof. Tadeusza Kowalskiego, który zaproponował wprowadzenie odpisu od VAT za reklamy. Prosty i logiczny mechanizm- zachwala prezes. Ejże ! Rzeczywiście trzeba być profesorem, obracającym się wśród gwiezdnego pyłu, by proponować takie uzależnienie „misji” od wielkich reklamodawców, którzy zajmują się „lokowaniem” swoich pampersów i kasowaniem konkurencji!  

W jednym z wydań programu „Po trochu wyciągane z lochu”(TVP Kultura) Wojciech Mann, zastanawiając się, czy program zostanie wznowiony po wakacjach, chlapnął : to zależy od prezesa, ale co będzie, nie wiadomo, bo przecież w każdej chwili może nie być tego, który jest.- Ale kto miałby go zastąpić ? – nie ustawał w indagacjach współprowadzący Grzegorz Wasowski.- A bo ja wiem – brnął dalej Mann- dziś każdy przecież może być prezesem!. Program ukazał się w 1997 r., ale już lata przedtem była to dla wszystkich w telewizji oczywista oczywistość! W ciągu ostatniego dwudziestolecia przewinął się przez gabinety przy Woronicza pułk prominentów wsadzanych tam przez różne partie, na ogół aktualnie rządzące, ale nie tylko. Ci mało komu znani faceci z najróżniejszych branż, z różnym wykształceniem, nawet „niepełnym średnim”, mieli w ogromnej większości jedną wspólną cechę: brak zielonego pojęcia o zarządzaniu wielką firmą z miliardowymi dochodami i z takąż liczbą problemów oraz jakiejkolwiek wiedzy o telewizji i jej misji, a często i o mediach w ogóle. Każdy ciągnął za sobą swoją trzódkę krewnych i przyjaciół, z których część, przybierając barwy ochronne, przeżyła w TVP odejście patrona. Np. biorąc wielomiesięczne urlopy (czyli zwolnienia chorobowe, które były plagą w TVP już w latach 80.!), jak obecnie była dyrektorka Teatru Telewizji jednoznacznie kojarzona z twardą i bogobojną prawicą Wanda Zwinogrodzka. Poprzedni prezes TVP Andrzej Urbański jest od paru już lat zawieszony wraz ze swoim zarządem, ale zachował prawo do wszystkich swoich apanaży wraz ze służbową limuzyną i kierowcą. Personel telewizji publicznej iskrzy się więc pełną tęczą barw niekompetencji, i politycznych czy raczej pseudopolitycznych uzależnień. Ci, którzy coś realnie potrafią stali się przez te wszystkie lata mniejszością!

TVP ma podobno już drugi rok z rzędu kilkadziesiąt milionów deficytu, ale jest posiadaczką najbardziej imponującego gargamela w mieście (zasiedlonego, oczywiście, głównie przez administrację) oraz funduje bajeczne kontrakty „po uważaniu”. Kto uwierzy w jej nędzę? Czy nowy prezes tego nie widzi, a może uważa, że tak powinno być? Finanse TVP pozostają niejawne (w tajemnicy przed konkurencją, za przykładem BBC, jak twierdzi prezes). Niech pan nie będzie dzieckiem, panie prezesie! Czy kiedykolwiek w historii TVP jakakolwiek tajemnica finansowa czy personalna, już w chwilą po jej zaistnieniu, albo nawet przed, nie była tematem debaty na korytarzu?

Telewizja publiczna niegdyś kreowała gwiazdy. Dzisiaj je podkupuje od stacji komercyjnych, chociaż wiadomo, że ani Beata Tadla ani  Tomasz Sekielski nie są lekarstwem na całe zło! Zakompleksiona TVP przypomina dziś „starszą panią bez godności” (by przywołać tytuł francuskiego filmu z lat 60.) Panie prezesie – odwagi, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, a nie tylko wyciągać rękę do podatników! Jeśli nie uratuje TVP polska drużyna na Euro, zamiast misji będzie kolejna dymisja, jeżeli to jeszcze kogokolwiek obchodzi!

                                                         joanna s.