Na warszawskich i nie tylko ulicach pojawiła się i stale atakuje nas sztuka. Sztuka czy „sztuka”?
Gigantyczne i mniejsze bohomazy pokrywają już niemal wszystkie niezapisane dotąd jakimś cudem, czyli skandalicznie gołe, ściany warszawskich budynków. Graficiarze, zwani artystami ulicy, oraz kibole i pospolite ruszenie chętnych przygody bez ryzyka rzucają się z puszkami farby na wszystkie dostępne, nieotoczone murami i ochroną: te zabytkowe, nowostare, peerelowskie i te nowe i najnowsze. Nie gardzą żadną fasadą, ale ze szczególnym zacięciem napastują ostatnio wyremontowane, czyli gotowe – jak najbardziej wypasiony blejtram – do przyjęcia dzieła! Jeśli nie ma miejsca na „obraz” czyli kolejną odbitkę komiksowego szablonu, to starczy go z pewnością na sentencję typu „Polonia – ch…”, czy „Kocham Cię Żydzie” na przemian z „Żydy won!”. Wezwanie w tej ostatniej poetyce zostało ostatnio nieudolnie zamalowane przy samym wejściu do Akademii Sztuk Pięknych (sic!). Ostatnio w autobusie ktoś wymalował gwiazdę Dawida i dodał swoje credo: wolę PISa, Komoruski (tu gwiazda) mi zwisa! Ktoś próbował zetrzeć , ale się nie udało.
Oczywiście, z „artystami” nikt sobie nie może (a może nie chce?) dać rady, bo czuje chyba, że z nimi nie wygra. I to mimo coraz liczniejszych patroli straży miejskiej czy policji, która woli legitymować nastolatków, wyglądających – ich zdaniem- podejrzanie lub znanych im od lat kloszardów, którzy podnoszą w górę tylko puszki z piwem.
Próby dogadania się z graficiarzami (nie wiem jak było z kibolami) miały miejsce, obiecano im gratis puszki z farbą, wyznaczono nawet specjalnie postawione drewniane ogrodzenia, ale gdzieś na wygwizdowie. Oczywiście, adresaci złożyli, dla świętego spokoju, zobowiązanie, że „tylko tam”, ale i inicjatywy miasta i własne słowa zwyczajnie olali. I w mgnieniu oka zrobiło się w stolicy komiksowo, hiperkolorowo, zajeb…. itd.
Ale to nie koniec. Bo sztuka ma przecież misję „społeczną” i powinna ingerować w banalne i leniwe dzielnicowe życie, ożywiać stosunki sąsiedzkie, stwarzać niepowtarzalne okazje do rozwijania kontaktów międzyludzkich, samopomocy, większej wzajemnej życzliwości, itp.Ideolo, jak się patrzy. Popieramy, popiera miasto!Kasą!
Pewnej artystce – nazwisko znam, ale zamilczę, bo nie chodzi tu o osobę, ale o pewne zjawisko- miasto dało dotację. Niektórzy umysłowo zapóźnieni i nieobeznani z piarem oraz biznesem kulturalnym nazywają zastosowany przez nią chwyt farmazoństwem albo nabieraniem frajerów. Miejska dotacja miała sfinansować ekologiczne, społeczne i towarzyskie zagospodarowanie okolic studni oligoceńskiej na Mariensztacie.
Studia jak studnia, nic zachwycającego, zwykły betonowy klocek (zapewne jeszcze z lat 80.) ze standardowym wejściem i kranami, doczekała się cudownej metamorfozy. W tym akcie artystycznym została ze wszystkich stron obudowana, tak że nawet do wejścia trudno jest się dostać. Dobudowano do drzwi niepotrzebne nikomu schodki z topornie ciosanego surowego drewna. Z jednej strony studziennego klocka, z tego samego cudownie ekologicznego tworzywa i równie niechlujnie (zapewne po to, by wyglądało to bardziej „naturalnie”) postawiono przylegający do niego podest (scenkę) z nieco tylko krzywymi dwoma stoliczkami i czterema krzesełkami. Z drugiej przyczepiono jakieś sztucznozielone bazarowe ( cóż za subtelny artystowski żart!) dekoracje w formie zielonych gałęzi oraz odpustowych kwiatuszków. Ziemię trochę przekopano i zasadzone jakieś roślinki, dziś zasuszone.
Na otwarcie, gdzie ktoś tam coś zagrał i zaśpiewał, zaproszono urzędników miejskich, którzy przyznali dotację, oraz kilkadziesiąt innych osób. Był to jedyna chwila życia tej mariensztadzkiej małej arkadii, która leży na szlaku moich niemal codziennych spacerów. Ani w dni powszednie ani w święta nie dostrzegłam tam erupcji tamtejszego patriotyzmu, ożywienia inicjatywy mieszkańców ani nawet śladu nowego sąsiedzkiego dialogu społecznego. Miniogródek, jak został założony, tak w sposób naturalny usechł. Nie podlano go nawet wodą ze studni.
Artystka wykonała zlecenie, a w sprawozdaniu oczywiście stworzyła ekologiczne eldorado, ożywiła samopomoc sąsiedzką i wprowadziła nową jakość kontaktów sąsiedzkich na Mariensztacie, chociaż nikt tego nie zauważył. Ale w papierach było wszystko ok. Fetysz społeczny zadziałał. A kogo z dotacjodawców, mecenasów „sztuki miejskiej” obchodzi real?
Zapraszam na wizję lokalną! Kto posprząta to pobojowisko? Czy poczekamy na tutejszych meneli? Oni przynajmniej będą mieli jeszcze przez jakiś czas gdzie wypić piwo, chociaż nie lubią podestów, ani innych wywyższeń, a w okolicach nie brak ławek. Albo rozmontują to, co da się opchnąć za symboliczną złotówkę, a reszta rozleci się podczas jesiennych deszczów z wiatrami!
Tuż obok pracuje bez wrzasku przy budynku prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego profesjonalny ogrodnik o dużej wyobraźni i zapale twórczym. Serio! Sadzi niemal bez przerwy nowe, wielkiej urody drzewa i krzewy, wymyślnie je podcina i modeluje, tworząc wysublimowane, malarskie kompozycje rozmaitych odcieni i form zieleni, kontrastując ją z wyrafinowanymi barwami kwiatów na zadbanych rabatkach.
Ten ogrodnik-artysta nie ma na pewno dyplomu ASP i nie zabiega o żadną dotację. Z własnej inicjatywy i inspiracji dodaje temu miejscu stylu, urody i harmonii.
Graficiarze za mazanie na murach na ogół też nie dostają nic z miejskiej kasy. Chociaż są i tacy, którzy też dostają! Oni również wyśpiewują swoje niezwykle przekonujące ideolo do uszu publicznego mecenasa i nie uprawiają „sztuki w mieście” jako l’ art pour l’ art. Piarowcy i mikroprzedsiębiorcy są wszędzie, nieprawdaż?
joanna s.