Wstyd

                                                                                            Warszawa 30 września 2012

 

   Wczoraj na warszawskim Żoliborzu powtórnie odsłonięto, po rekonstrukcji, rzeźbę Aliny Szapocznikow. Jest to kompozycja figuralna w piaskowcu – kobiety z dzieckiem – wyrzeźbiona przez artystkę jeszcze w czasie  studiów w Paryżu w końcu lat czterdziestych ub. wieku, a następnie przytransportowana do Polski na II Ogólnopolską Wystawę Plastyki, gdzie zresztą dostała wyróżnienie.

   Zapomniana i niszczejąca jak wiele warszawskich dzieł  i rozwiązań artystycznych a także urbanistycznych, zabytków i nie zabytków lecz po prostu, cennych obiektów cywilizacyjnych, szczęśliwie została”odszukana” przez kuratora MSN p. Cichockiego i tym samym przywrócona przestrzeni publicznej, dla której powstała.

   Odsłonięcie połączone być miało z promocją książki zawierającej korespondencję Aliny Szapocznikow z jej byłym już mężem Ryszardem Stanisławskim, twórcą pierwszego w Polsce zasługującego na to miano – Muzeum Sztuki w Łodzi. Wspomnieniem o wielkiej artystce miał się też podzielić m. innymi Andrzej Wajda.

   Nieważne z jakimi oczekiwaniami szedłem na to wydarzenie-uroczystość, jaki jest mój stosunek do całej, tak różnorodnej twórczości Szapocznikow, ale to co zastałem, przeszło moje wszelkie wyobrażenie! Na skwerku obok teatru Komedia (a później na promocji) zgromadziło się kilkanaście, góra dwadzieścia parę osób! Mógł przyjść sędziwy mistrz Andrzej Wajda i oddać hołd wartościom, mogło przyjść trochę ludzi – nie było ani jednego artysty!

   Działo się to w metropolii europejskiego kraju, aspirującej do odgrywania przodującej roli w sztuce współczesnej, skupiającej kilkudziesięciotysięczną rzeszę twórców, a przynajmniej   artystów z zawodu, w tym wcale niemało kolegów…Nic innego nie pozostaje niż powiedzieć, wstyd.

                                                                                                WAS

                                                    

         ALINA SZAPOCZNIKOW       Petit Dessert  1970-71                       Kravis  Collection                                                                                                                Photo Roland Schmid                            

TVP połknęła prezesa Brauna!

Prezes Braun został trafiony i zatopiony! W telewizyjnym bagnie. Ale nie przez Agnieszkę Kublik, która porozmawiała z anonimowymi (niezupełnie, bo przecież nie dla wszystkich) kilkoma pracownikami TVP oraz jednym dystrybutorem filmowym, który za wszelką cenę chce upchnąć w publicznej swój repertuar, bo nie ma z nim gdzie się podziać.

Prezes Braun w swej odpowiedzi na opowiedziane przy kawiarnianym stoliku zarzuty (oczywiście, prawdziwe, ale to tylko wycinek, wierzchołek góry lodowej, bo rozmówcy mówili o tym, co znają z własnych doświadczeń, ubarwiając je nieco „korytarzowymi” plotkami) udowodnił, że wie o telewizji niewiele i nie zrobi nic. Czyli, że moloch go połknął, przetrawił i wyrzucił w formie nikomu nie wadzącej papki. To już wszyscy beneficjenci i pracownicy firmy wiedzą. Tak jak wiedzą, że program w TVP może kosztować dowolną kwotę. Dzisiejsi mistrzowie w konstruowaniu kosztorysów przez lata nauczyli się tego na pamięć. Boją się tylko, że zauważą to inni i przyjdzie ktoś nowy, kogo znów trzeba będzie trafić i zatopić!

Prezes Braun przyszedł do telewizji nie jako polityczny inkwizytor (o czym tamtejsza ferajna przekonała się w try miga), ani też nie zna telewizji na tyle, by ją zmienić czy zreformować. Brak mu też do tego woli i odwagi. A więc i nie może i nie chce. O misji telewizji publicznej możemy zapomnieć.

Prezes Braun odpowiedział (?) na wyrywkowe zarzuty wysłanniczki „GW”, że albo nic o tym nie wie, albo że to nie jego wina. Dobrze, że po ponad roku rządzenia (?) zauważył „nadmierną biurokrację”. Ale już nie dostrzegł w firmie dzikiej, żarłocznej prywaty! Nie jednego, ale dziesiątków układów, których jedynym celem jest wyciśnięcie de nomine publicznej telewizji jak przysłowiowej cytryny! Prezes Idealny! Tak trzymać ! Nie przeszkadzać!

Od wielu już lat w tekstach o niemoralnej i marnotrawnej telewizji publicznej powtarza się ten sam schemat. Parę przypadkowo dobranych osób podaje wiele skandalicznych faktów. Nikt nie jest w stanie ogarnąć całości.

Prezes Braun oczywiście też nie ogarnia. I już nie ogarnie. Może uda mu się rozwikłać sprawę fotela za 15 tysięcy. Albo także nie.

W końcu dobrze jest jak jest. Zwłaszcza tym, którzy mieszczą się w ramówce. A to, że nie produkuje się ambitniejszych filmów, teatrów, seriali dokumentalnych, programów dla dzieci (co jest ewenementem w skali światowej!), że zarzuciło się całkowicie edukację na przyzwoitym poziomie, kogo to obchodzi! Przecież ogłupiająca codzienna sieczka to też, zgodnie z przyjętą w telewizji nomenklaturą „misja publiczna”. Potrzeba tylko jeszcze większej kasy!

Telewizja publiczna, tak jak dziś wygląda od góry do dołu, jest NIE DO ZREFORMOWANIA !  

Próbowano to robić wielokrotnie. Na rozkaz polityczny (stan wojenny), kiedy to w pierwszych dniach wpuszczono tylko 800 osób. Po paru miesiącach wrócili wszyscy, co chcieli. Czyli – z niewielkimi wyjątkami – wszyscy.

Po 1989 r. próbowano wprowadzać nowe instrumenty ekonomiczne i organizacyjne, nie dotykając, oczywiście, przyczyn demoralizacji i mechanizmów korupcji. Zwielokrotniło to tylko biurokrację.

Potem doszły nowe elementy selekcji politycznej, z wielu stron: od lewicy do skrajnej, krzyżowej i endekoidalnej prawicy.

I mamy punkt dojścia – prezes, który nic nie wie i nic nie może. Chodzi po ministerialnych gabinetach po prośbie. Leming, jak się patrzy! A długi komercjalnej TVP rosną!

Jeśli nie daje się tworzyć telewizji publicznej, to po co utrzymywać jej parodię ?

                                                                joanna s.



Jest źle, a będzie gorzej!

Jednymi z najpopularniejszych refrenów ostatnich miesięcy są „zabetonowana scena polityczna, wojna polsko-polska” itd.Targanie się po szczękach, raz mocniej, efektowniej, a innym razem leniwie i bez przekonania, ot tak z przyzwyczajenia odbywa się codziennie na wszystkich antenach, bo sejm – jako real – trudniej wyreżyserować na wielkie widowisko. Ale może i do tego dojdzie!

Te powtarzane, przedwcześnie wypłowiałe żurnalistyczne zaklęcia mało kogo już poruszają lub rozbawiają. Sama od dawna nie chcę już słuchać tego, co mają do „powiedzenia” partyjni politycy, bo każda partia ma swoje polemiczne, „ostre jak brzytwa”, ale beztreściowe slogany, nikogo nie słucha, z nikim nie rozmawia (poza swoimi), wie swoje i tyle. Konsultuje się tylko ze słupkami, czyli notowaniami. Ale i im nie wierzy, zwłaszcza kiedy krzywa spada. I po cichu robi swoje badania, które zapewne są ok. Interesy są różne- jedni chcą wygrywać i rozdawać posady i kontrakty, inni wrzeszczeć, że wszystko jest do d., a jeszcze inni zachować dla siebie poselskie diety, czyli zachować swoje 5 proc.

Ludzie powoli przyzwyczajają się do tego, że muszą sobie radzić sami, chyba że ktoś ma dojście do mediów i potrafi zainteresować swoją historią jakiegoś poszukującego tylko sensacji żurnalistę.Jeśli on i jego stacja potrafią rozdmuchać „aferę” na cały kraj, to dobra nasza (głównie dla stacji), bo dla pokrzywdzonego lub innej „ofiary”,bez względu na długość serialu, skutków brak! Jest już nowy „skandal”, który wyrzuca ich „sprawę” z anteny. 

Nawet tak, wydawałoby się, wpływowy Piotr Najsztub odkrył (lepiej późno niż wcale), że jest marionetką w ręku reklamodawców, którzy patrzą tylko na słupki i zamierza się wycofać z zawodu. Albo tylko udaje, czy prowokuje! Ktoś złośliwy powiedziałby: pewnie spadły mu słupki i stał się dla np. KFC, Orange lub producentów pampersów mniej atrakcyjny jako przerywnik pomiędzy ich istotnymi interesami, czyli reklamami.

Piszę to w dniu, kiedy po debacie o trumnach smoleńskich ruszy marsz protestacyjny „Obudź się Polsko!”. Nie wierzę ani w szczerość ani dobre intencje zawodowych działaczy niby „Solidarności”,  nieugiętych bohaterów PIS-u i tylko prawdę mówiących kolaborantów ojca Rydzyka. Ani w te sto czy,w przechwałkach, nawet dwieście tysięcy rzekomych manifestantów, nawet jeśli były autokary do ich przywiezienia! Chociaż zwyciężymy na pewno- jak krzyczy Jarosław K. I pewnie „pogonimy tych złodziei”i „obronimy polskie interesy”!

Wiem jedno: na razie, będzie jak było, bo nikt nie chce niczego zmieniać. Przynajmniej tzw. klasa polityczna, której dobrze jest jak jest. Lemingi trochę kręcę nosem na to i owo, ale są spokojne. Chociaż jest źle, więc będzie jeszcze gorzej. Dopóki da się to znieść, oczywiście.

Do tego czasu pewnie stąd wyjadę.

                                                       joanna s.

 


Sztuka na ulicy ?

Na warszawskich i nie tylko ulicach pojawiła się i stale atakuje nas sztuka. Sztuka czy „sztuka”?

Gigantyczne i mniejsze bohomazy pokrywają już niemal wszystkie niezapisane dotąd jakimś cudem, czyli skandalicznie gołe, ściany warszawskich budynków. Graficiarze, zwani artystami ulicy, oraz kibole i pospolite ruszenie chętnych przygody bez ryzyka rzucają się z puszkami farby na wszystkie dostępne, nieotoczone murami i ochroną: te zabytkowe, nowostare, peerelowskie i te nowe i najnowsze. Nie gardzą żadną fasadą, ale ze szczególnym zacięciem napastują ostatnio wyremontowane, czyli gotowe – jak najbardziej wypasiony blejtram – do przyjęcia dzieła! Jeśli nie ma miejsca na „obraz” czyli kolejną odbitkę komiksowego szablonu, to starczy go z pewnością na sentencję typu „Polonia – ch…”, czy „Kocham Cię Żydzie” na przemian z  „Żydy won!”. Wezwanie w tej ostatniej poetyce zostało ostatnio nieudolnie zamalowane przy samym wejściu do Akademii Sztuk Pięknych (sic!). Ostatnio w autobusie ktoś wymalował gwiazdę Dawida i dodał swoje credo: wolę PISa, Komoruski (tu gwiazda) mi zwisa! Ktoś próbował zetrzeć , ale się nie udało.

Oczywiście, z „artystami” nikt sobie nie może (a może nie chce?) dać rady, bo czuje chyba, że z nimi nie wygra. I to mimo coraz liczniejszych patroli straży miejskiej czy policji, która woli legitymować nastolatków, wyglądających – ich zdaniem- podejrzanie lub znanych im od lat kloszardów, którzy podnoszą w górę tylko puszki z piwem.

Próby dogadania się z graficiarzami (nie wiem jak było z kibolami) miały miejsce, obiecano im gratis puszki z farbą, wyznaczono nawet specjalnie postawione drewniane ogrodzenia, ale gdzieś na wygwizdowie. Oczywiście, adresaci złożyli, dla świętego spokoju, zobowiązanie, że „tylko tam”, ale i inicjatywy miasta i własne słowa zwyczajnie olali. I w mgnieniu oka zrobiło się w stolicy komiksowo, hiperkolorowo, zajeb….  itd.

Ale to nie koniec. Bo sztuka ma przecież misję „społeczną” i powinna ingerować w banalne i leniwe dzielnicowe życie, ożywiać stosunki sąsiedzkie, stwarzać niepowtarzalne okazje do rozwijania kontaktów międzyludzkich, samopomocy, większej wzajemnej życzliwości, itp.Ideolo, jak się patrzy. Popieramy, popiera miasto!Kasą!

Pewnej artystce  – nazwisko znam, ale zamilczę, bo nie chodzi tu o osobę, ale o pewne zjawisko- miasto dało dotację. Niektórzy umysłowo zapóźnieni i nieobeznani z piarem oraz biznesem kulturalnym nazywają zastosowany przez nią chwyt farmazoństwem albo nabieraniem frajerów. Miejska dotacja miała sfinansować ekologiczne, społeczne i towarzyskie zagospodarowanie okolic studni oligoceńskiej na Mariensztacie.

Studia jak studnia, nic zachwycającego, zwykły betonowy klocek  (zapewne jeszcze z lat 80.) ze standardowym wejściem i kranami, doczekała się cudownej metamorfozy. W tym akcie artystycznym została ze wszystkich stron obudowana, tak że nawet do wejścia trudno jest się dostać. Dobudowano do drzwi niepotrzebne nikomu schodki z topornie ciosanego surowego drewna. Z jednej strony studziennego klocka, z tego samego cudownie ekologicznego tworzywa i równie niechlujnie (zapewne po to, by wyglądało to bardziej „naturalnie”) postawiono przylegający do niego podest (scenkę) z nieco tylko krzywymi dwoma stoliczkami i czterema krzesełkami. Z drugiej przyczepiono jakieś sztucznozielone bazarowe ( cóż za subtelny artystowski żart!) dekoracje w formie zielonych gałęzi oraz odpustowych kwiatuszków. Ziemię trochę przekopano i zasadzone jakieś roślinki, dziś zasuszone.

Na otwarcie, gdzie ktoś tam coś zagrał i zaśpiewał, zaproszono urzędników miejskich, którzy przyznali dotację, oraz kilkadziesiąt innych osób. Był to jedyna chwila życia tej mariensztadzkiej małej arkadii, która leży na szlaku moich niemal codziennych spacerów. Ani w dni powszednie ani w święta nie dostrzegłam tam erupcji tamtejszego patriotyzmu, ożywienia inicjatywy mieszkańców ani nawet śladu nowego sąsiedzkiego dialogu społecznego. Miniogródek, jak został założony, tak w sposób naturalny usechł. Nie podlano go nawet wodą ze studni.

Artystka wykonała zlecenie, a w sprawozdaniu oczywiście stworzyła ekologiczne eldorado, ożywiła samopomoc sąsiedzką i wprowadziła nową jakość kontaktów sąsiedzkich na Mariensztacie, chociaż nikt tego nie zauważył. Ale w papierach było wszystko ok. Fetysz społeczny zadziałał. A kogo z dotacjodawców, mecenasów „sztuki miejskiej” obchodzi real?

Zapraszam na wizję lokalną! Kto posprząta to pobojowisko? Czy poczekamy na tutejszych meneli? Oni przynajmniej będą mieli jeszcze przez jakiś czas gdzie wypić piwo, chociaż nie lubią podestów, ani innych wywyższeń, a w okolicach nie brak ławek. Albo rozmontują to, co da się opchnąć za symboliczną złotówkę, a reszta rozleci się podczas jesiennych deszczów z wiatrami!

Tuż obok pracuje bez wrzasku przy budynku prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego profesjonalny ogrodnik o dużej wyobraźni i zapale twórczym. Serio! Sadzi niemal bez przerwy nowe, wielkiej urody drzewa i krzewy, wymyślnie je podcina i modeluje, tworząc wysublimowane, malarskie kompozycje rozmaitych odcieni i form zieleni, kontrastując ją z wyrafinowanymi barwami kwiatów na zadbanych rabatkach.

Ten ogrodnik-artysta nie ma na pewno dyplomu ASP i nie zabiega o żadną dotację. Z własnej inicjatywy i inspiracji dodaje temu miejscu stylu, urody i harmonii.

Graficiarze za mazanie na murach na ogół też nie dostają nic z miejskiej kasy. Chociaż są i tacy, którzy też dostają! Oni również wyśpiewują swoje niezwykle przekonujące ideolo do uszu publicznego mecenasa i nie uprawiają „sztuki w mieście” jako l’ art pour l’ art. Piarowcy i mikroprzedsiębiorcy są wszędzie, nieprawdaż?

                                                           joanna s.     

       



 

Spadkobiercy czy ofiary?

 Dawno już nie zaglądałam na blog-wyjazdy, sprawozdania, jakie musi składać każda organizacja pożytku publicznego, a taki status ma stowarzyszenie, w którym działam od wielu lat, itd.itp.

Jednak wczorajszy komentarz dotyczący dawnego zresztą wpisu, ale kwestii bardzo aktualnej i coraz poważniejszej nawet dla wielomiliardowego budżetu Warszawy zmusza mnie do odpowiedzi.

Przez okno oglądam codziennie skarpę pomiędzy Brzozową i Bugajem (Stare Miasto, oczywiście). Znajduje się na niej ogrodzona od dobrych kilku lat działka, zamknięta (napis „wstęp wzbroniony”), pilnie strzeżona i monitorowana przez służby publiczne. Kiedy w jakiejś sprawie byli u nas przedstawiciele urzędu konserwatora miasta, spytałam, co z tą działką, dlaczego ogrodzona i dlaczego od tylu lat nic się nie dzieje. Panowie, niezupełnie zorientowani, jednak coś tam słyszeli , że są jakieś roszczenia. Na pytanie, dlaczego sprawa tak długo trwa, wzruszyli tylko ramionami. Nie wiadomo.

To tylko jeden przykład stołecznego bałaganu w kwestiach własnościowych. Ale coś się dzieje. Nawet można mówić w ostatnim okresie o pewnym przyspieszeniu, co widać na najbardziej prestiżowych i najdroższych ulicach (Krakowskie Przedmieście, Miodowa, Podwale itd), gdzie straszą opustoszałe piękne pałace, na których przyczepiono karteczki z informacja , że są właśnie przedmiotem roszczeń spadkobierców – właścicieli lub sprytnych kancelarii prawnych, które te roszczenia odkupiły, lub że już zostały przez nie przejęte.

Autor komentarza, który nazwał się „gościem”, informuje mnie, że chyba należy do „spadkobierców części skarpy” i pyta – najwyraźniej ironicznie- „co ma robić”.

Otóż, proszę Pana, nic, bo nie sadzę, by zrezygnował Pan z przejęcia spadku, a jeśli ma Pan odpowiednie papiery, to zapewne odzyska pan działkę na skarpie Brzozowa-Bugaj, choć nie wiadomo kiedy. Bo , ze zrozumiałych względów, miasto się nie spieszy.

Jeśli by jednak zechciał Pan wysłuchać mojego zdania na temat roszczeń byłych właścicieli, to powiem krótko. Uważam, że te roszczenia są bezsensowne, nawet jeśli są zgodne z prawem. I w tym miejscu muszę mówić o tym, co najważniejsze.

Straty wojenne dotknęły wszystkich niemal obywateli II Rzeczypospolitej. Ludzie stracili nie tylko majątki. Tak wiele rodzin opłakiwało zabitych, zakatowanych, zaginionych bez wieści.

Czy utratę najbliższych da się w ogóle porównać ze stratą działki czy nawet pałacu?

Cała rodzina mojej Matki została podczas wojny zamordowana. Nie wiadomo nawet, gdzie są ich groby. Na Ukrainie nie byłam w stanie niczego dowiedzieć się o ich losach, nie wiem, gdzie zostali pochowani, jeżeli w ogóle zostali pochowani jak ludzie.

Moja najbliższa rodzina miała na Ukrainie kilkaset hektarów lasu i parę tartaków. Byłam, widziałam. Zostały przejęte po wojnie przez nieznanych mi ludzi i władze radzieckie (teraz ukraińskie).

Nie będę rewindykować tego majątku. Nie będę rachować, kto więcej stracił. Moi bliscy stracili życie, zostali potraktowani gorzej niż bydło pędzone na rzeź. Czy miałabym po tej tragedii żądać zwrotu lasów czy tartaków? Po co?

Niedawno oglądałam dokument, zarejestrowane na taśmie filmowej wspomnienia Natana Grossa, potomka bogatej krakowskiej rodziny kupieckiej. Moja Matka – mówił Gross – wróciła po wojnie do Krakowa prosto z Rawensbruck, na piechotę przez kawał Polski. Stanęła przed domem, w którym przed wojną mieszkała ta rodzina. Od parteru po dach miał już nowych lokatorów. Spojrzała, obróciła się na pięcie i  nigdy tam nie wróciła. To wszystko.

                                              joanna s.