Nie oszukujcie nas!

Tusk rozpętał kolejną batalię –  o refundowane in vitro, Solidarna Polska męczy mnie walką o absolutny zakaz aborcji, przez dwa tygodnie „dyskutowano”, kto jest odpowiedzialny za dach na Stadionie Narodowym, a Kaczyński rozprawiał z ekspertami o pracy, której nie ma.

Co do in vitro, nie wierzę, by z tego coś wyszło, jak nie wyszło Tuskowi z dopalaczami i pedofilami, bo premier coś rzuca i natychmiast go to nudzi. I nie lubi kłopotów.

Solidarna Polska zapragnęła się przysłużyć ojcu Rydzykowi, żeby ją wreszcie przyhołubił. Ale z tej obłędnej inicjatywy na szczęście nici, chociaż nasłuchamy się jeszcze o zabijaniu ludzi w zarodku i w stanie embrionalnym.

Kwestia dachu pozostanie metafizyczną tajemnicą, a Joanna Mucha ministrą. Bo tak chce premier. Na razie. Ale nie na długo.

Poważniejsza jest jednak sprawa poruszona przez Prezesa, który zebrał swoich naukowców i ekspertów w opustoszałym Ursusie W kwestii pracy, czy – jak kto woli – bezrobocia odbijają się jak w soczewce niemal wszystkie sprzeczności naszego pseudoliberalnego kapitalizmu w fazie zwierzęcej. Owszem – co podkreślano – najważniejsza jest produkcja dóbr i usług, które ludzie kupią. Ale to, przynajmniej teoretycznie, jest. Popyt spada, bo ludzie nie mają za co kupować, albo boją się i trzymają resztki kasy w skarpecie albo w banku. Nie mówię tu o finansowych rekinach, bo tym i w kryzysie żyje się najlepiej, ani o krewnych i znajomych grupy trzymającej władzę. Im również krzywda się nie stanie, dopóki władzę dzierżą kolesie albo rodzina. 

Mówię o większości Polaków: tych zatrudnionych na umowy, śmieci, samozatrudnionych lub robiących na czarno. Ale także o niemal trzech milionach małych i średnich przedsiębiorców. Piszę o tym, co wiem również z własnego doświadczenia. Otóż niemal zasadą jest, że u nas nikt nikomu nie płaci w terminie. Jeżeli przedsiębiorca nie dostaje zapłaty za to, co wyprodukował, a dochodzenie roszczeń nadal trwa latami i kończy się często bankructwem dłużnika, to jak zmusić firmy do zatrudniania nowych ludzi, którym trzeba płacić w terminie oraz opłacać ich ZUS i podatki? A i US i ZUS umieją skutecznie dochodzić swoich roszczeń, bo mają do tego narzędzia! W odróżnieniu od przedsiębiorców, którzy oczekują na zapłatę, a ich należności są do uregulowania (zgodnie z ustawą) na samym końcu. I kogo to obchodzi!

Instytucje publiczne, które organizują przetargi na wykonanie określonych prac (i od których można się domagać terminowej zapłaty), mają obowiązek wybrać tego, kto zaoferuje najniższą cenę. Nikt nie pomyśli o tym, że ten „najlepszy”, za chwilę przedstawi nowy, oczywiście znacznie wyższy, kosztorys, albo zainkasuje trochę kasy i porzuci robotę. I tak wybrany zostaje ten, kto ma być wybrany. Dlaczego zlecenia publiczne otrzymywali (vide autostrady) ci, którzy znajdowali się na skraju bankructwa? Dlatego, że są „swoi”! Innych, tych obcych, bada się przez lupę.

Skala prywaty i bezkarności, a także chaos i nieopisane marnotrawstwo, które umykają paragrafom, nikogo już nie dziwią. To, co jest do zrobienia (i na co dostaliśmy z Unii pieniądze) jest zwyczajnie za trudne do wykonania i nadzorowania dla ekipy amatorów, którzy rządzą! Panowie i panie, trzeba w końcu jasno powiedzieć „non possumus” i pożegnać się, bo i tak przepędzą was i to przed konstytucyjnymi terminami zwykli ludzie, których jest  większość!

Co do pracy: jeśli realnym życiem gospodarczym nadal będą rządzić ci, którzy wprowadzili fatalne praktyki niepłacenia nikomu poza sobą, to o tworzeniu nowych miejsc pracy nie za publiczne pieniądze można tylko marzyć. A jak ta kasa się kończy, natychmiast znikają! I wszyscy o tym wiedzą, oprócz pracowników wyższych uczelni (w tym doradców Prezesa), którzy z tych samych pieniędzy publicznych żyją.I co ci nieszczęśnicy mogą wymyślić, skoro żyją w chmurach!

I jeszcze jedno: dopóki najbogatszy człowiek w Polsce nie płaci tu podatków, bo mu się „nie opłaca”, czyli też postępuje jak dziki, XIX-wieczny kapitalista, który musi wyzyskiwać, gromadzić i wykorzystywać innych, trudno będzie mówić o jakimś umoralnieniu systemu. Dr Kulczyk wie, co ma robić! Oszczędza na podatkach, a promil z tego, co byłby winny polskiemu fiskusowi, przeznacza na „sponsorowanie”, zawsze w świetle kamer, różnych spektakularnych imprez typu festiwale „gwiazd”, z którymi się fotografuje, robiąc sobie darmową reklamę. Ostatnio ukazał się na promocji warszawskiego Muzeum Żydów Polskich w Waszyngtonie, co skrzętnie relacjonowały wszystkie telewizje! Ja bym wolała, żeby ten „dobrodziej” najpierw zapłacił w kraju swoje podatki, a potem dopiero robił sobie reklamę jako „mecenas”kultury. Czy minister Zdrojewski, który ściskał się z nim wielokrotnie, nie jest tego samego zdania? Czy nie dostrzega fałszu, niestosowności (łagodnie mówiąc) swojej roli, którą narzuca mu ten  „miłośnik” sztuki?     

A może ręka rękę myje?

                                                         joanna s.   

 


Ten wstrętny socrealizm, te ohydne komuchy !

odkrywczo nazwane przez Władysława Pasikowskiego „kominternem”. Fuj, ohyda! Zgiń, przepadnij!

Chyba, że „soc” uszlachetni ktoś taki jak Alina Szapocznikow, której wystawę właśnie otwarto w nowojorskiej Momie. Bo Szapocznikow – jak napisała w „GW” Dorota Jarecka – „odczarowała termin socrealizm”. W dalszym ciągu tekstu autorka zastanawia się i to całkiem poważnie, czy socrealizm mógł być „dobrą” sztuką. I z trudem dochodzi do wniosku, że po odwiedzeniu moskiewskiego metra wydaje jej się, że tak. O zgrozo, chciałoby się zawołać! Cóż z tego, że podobnie „odważne”, „niekoniunkturalne” poglądy wyrażano już podczas słynnej wystawy sztuki pierwszej połowy XX wieku, jaka odbyła się w 1958 r. w Brukseli z okazji Wystawy Światowej. Jestem posiadaczką katalogu tej ekspozycji, w którym sztuka socrealistyczna zajmuje sporo miejsca, podobnie zresztą jak i na samej wystawie, obok dzieł kubistów, ekspresjonistów, konstruktywistów, nadrealistów, abstrakcjonistów, itd.itp. Dejneka i Muchina obok Picassa, Dalego, Bonnarda, Mondriana, Moore’a, Brancusiego, Kandinsky’ego, Malewicza.

Oczywiście, kominternu nie zrehabilituje nikt i nic.

Nawet Szapocznikow, która swemu mężowi wysyłała do Paryża „Krótki kurs WKPB”. Działo się to z górą pół wieku temu. A teraz odczarowuje socrealizm.

Jak średniointeligentny człowiek może czytać takie androny! I to w szanującej się niby gazecie, za jaką uważa się „GW”?

Dlaczego ma być tak głupio i prostacko? Czy dzisiaj naprawdę tak trudno zrozumieć, o co chodziło takim niebezrozumnym i utalentowanym ludziom, jak u nas Alina Szapocznikow, a na Zachodzie Sartre’owi, Camusowi, Malraux, Picasso i tylu innym? Dlaczego tylu nieidiotow (zwanych później pożytecznymi idiotami) przyjechało niemal nazajutrz po wojnie do polskiego już Wrocławia na coś, co nazwano z inicjatywy Jerzego Borejszy, a może nawet samego Stalina „Kongresem Intelektualistów w Obronie Pokoju”, by się tam pokłócić, ale jednak (w większości) pozostać po lewej, ale niekoniecznie już stalinowskiej stronie?

Uosobieniem stalinizmu w sztuce był oczywiście socrealizm. Ale rewolucję rosyjską współtworzyli najbardziej nowatorscy pośród artystów – Eisenstein, Pudowkin, Malewicz, Rodczenko, Meyerhold, Majakowski i tylu innych, którzy zeszli z plakatów, gdy rewolucja wyzionęła ducha. Niektórzy zamilkli, inni zmarli (ci, co mieli szczęście jeszcze śmiercią naturalną), zostali zamordowani, jeszcze inni zgnili w gułagach. Te przejmujące historie są znane. Sztuka awangardowa nie była ulubiennicą dyktatora, ani jego otoczenia. Nie była (poza bardzo nielicznymi wyjątkami) ukochaną ludu, w swojej masie niewykształconego i walczącego o codzienne przetrwanie. 

Socrealizm miał być sztuką dla człowieka radzieckiego. Nowego człowieka, budującego z pełnym zaangażowaniem i pieśnią na ustach przodujący ustrój. Zaczęło się to na I Zjeździe Pisarzy Radzieckich (1934), gdzie nową doktrynę ogłosił sam Gorki. W powojennej Polsce próby narzucenia socrealizmu trwały nie więcej niż pięć lat. Zaczęło się w 1948 r., oczywiście też od Zjazdu Pisarzy. Większość polskich artystów próbowała dostosować się do tej konwencji. Bo może coś z tego wyjdzie? Wśród dojrzałych i wybitnych nawet Wojciech Weiss i Eugeniusz Eibisch. Inni – jak Henryk Stażewski – próbowali czegoś na boku tej „triumfującej, nowej sztuki”, wykonując np.kawiarniane freski na motywach łowickich pasiaków – ludowych, jak trzeba, ale jednak abstrakcyjnych! Parę osób odsunęło się od uprawiania sztuki, nie brało udziału w „wielkich” ogólnopolskich wystawach. Krótki czas polskiego socrealizmu przypłacili życiem Władysław Strzemiński i Katarzyna Kobro. Chociaż ich sprawa była bardziej skomplikowana niż mogło się to wydawać, zanim ujrzały światło dzienne dramatyczne zapiski córki – Niki Strzemińskiej. Wiele lat później próbował usprawiedliwiać się ze swej całkowitej obojętności na ich losy i bił się w piersi (szczerze?) Włodzimierz Sokorski.

Czy nam to się dziś podoba, czy nie, niemal wszyscy młodzi, debiutujący na przełomie lat 40. i 50. ubiegłego stulecia też próbowali „czym się to je”. Szapocznikow, Fangor, Kobzdej, największe później nazwiska polskiej sztuki wystawiali na „ogólnopolskich” w Muzeum Narodowym. Ale szybko od tego odeszli.

Było też trochę „teoretyków” socrealizmu, którzy potem przejrzeli na oczy. I była para malarzy Juliusz i Helena Krajewscy, którzy – jako jedni z naprawdę nielicznych – zaakceptowali tę optymistyczną ideę sztuki dla mas.

Socrealizm poniósł u nas klęskę, bo poza paroma pracami Dunikowskiego, Szapocznikow, Włodarskiego nie urodziło się nic wartościowego. Chociaż Eibisch nie wstydził się swego „Lenina i spójniaków”. Do soc-u też trzeba było mieć talent. A u nas nie narodził się po prostu żaden, dla którego byłby tym najważniejszym celem. Co tu odczarowywać?

                                                        joanna s.     


Zero zmian, 100 proc.gadulstwa!

Leszek Miller podliczył głosy i od początku był spokojny i pewien, że wotum dla Tuska nie jest niczym zagrożone! I rzeczywiście nie było, mimo sztucznej histerii i nastroju końca świata, która panowała w ostatnich dniach przed „debatą” w sejmie.

Panowie z otoczenia premiera skupili się, w przerwach pomiędzy oglądaniem meczów w telewizji i notowań w internecie na zapewnieniu Tuskowi odpowiedniej frekwencji, bo jeśli coś decyduje, to – jak każdy wie – nie jakość wystąpienia czy dobre pomysły, ale odpowiednia liczba d… w fotelach na Wiejskiej.

Upewniwszy się, że postawiony pod ścianą Pawlak, zdyscyplinuje nawet posła Kłopotka i jego pluton zagłosuje jak trzeba, premier ochrzanił swoich posłów, którzy ośmielili się głosować za projektem Solidarnej Polski, ustanawiającym nowe piekło dla kobiet, postraszył i głosowanie miał z głowy.

Wtedy, chyba w przeddzień swego wystąpienia zaczął wraz z kolegami kombinować, co da się sprzedać temu ciemnemu ludowi, by siedział w domu, nie protestował, nie manifestował i był wdzięczny za ciepłą wodę.

Najpierw trudno było się zebrać i porozmawiać na temat, bo mecze bywają w tej chwili ciekawe, ale w końcu przypileni przyjaciele z boiska wymyślili rzeczy finansowo od rzeczy, a prawnie – jak się wydaje –  trudne do realizacji. Aż dwie! Bo odwołanie (tymczasowe ) „ozusowania” umów-śmieci, którymi straszyli od paru dni, to typowy piar! A wiec nową gigaspółkę skarbu państwa, do której mają zostać złożone akcje będące w posiadaniu tegoż skarbu, by „inwestować w rozwój polskich firm” (a najpierw w kolegów, którzy zasiądą w zarządzie i radzie nadzorczej). Dodatkowy zysk to wyprowadzenie części wydatków z budżetu, by – nie daj Boże- nie przekroczyć unijnego limitu.

Drugi pomysł to urlopy macierzyńskie, reklamowane jako dobrodziejstwo dla młodych kobiet oraz – dodajmy, o czym premier nawet się nie zająknął – budżetu, który zaoszczędzi tym samym na żłobkach, założonych w domach.

I tyle miał premier do powiedzenia. Wokół rozpętała się , oczywiście burza, która zajęła resztę dnia. Aż do głosowania.Poszło gładko!

A teraz będzie się „debatowało”: kto wygrał, kto przegrał, kto co ugrał itd. Czyli ciąg dalszy tego gadulstwa, z którego nic nie wynika, jak również z tuskowego „pakietu”.

Do następnego spotkania na ulicy, rzecz jasna!

                                                                 joanna s.

Polskie gadu gadu

Trwa, a nawet intensywnie się rozwija. Nic dziwnego, że to u nas wymyślono ten tytuł dla komunikowania się w sieci.

Bo gada się coraz więcej i chyba tylko po to, by zagadać realia, które skrzeczą, gdziekolwiek zajrzeć!

Być może, to niekończące się gadulstwo jest efektem ekspansji telewizji informacyjnych i portali społecznościowych, na których nic tylko się gada, opowiada, gaworzy, wrzeszczy, judzi i p…

Niedawna „debata” ekonomiczna z Kaczyńskim. Każdy mówił o tym, co mu było wygodne, ogólnie i krytycznie. Od łagodnych, niemal bezbolesnych prztyczków do przywalania młotem pneumatycznym. Niczego tam nie usłyszałam, czego przedtem, wielokrotnie nie przerabiałam w różnych kolejkach i przy innych okazjach towarzyskich. A to, że podatki to droga przez mękę  i kwadratura koła,nie mówiąc już o ich interpretacjach (różnych w zależności od widzimisię Izb Skarbowych, których jest u nas tyle co województw), że deregulacje i ułatwienia dla biznesu (głównie małego i średniego, bo duży radzi sobie sam i podatków w ojczyźnie nie lubi płacić), że pracy coraz mniej itd.itp., wszyscy wiedzą!

Ale co zrobić, jak z tego wyjść, nie wie nikt: ani rząd, ani Kaczyński i jego eksperci, ani inni „przywódcy” i ich towarzystwo. Okazało się, że tego, czego nie wie prawica ani centrum, nie wie także lewica, czego dowodem była następująca na pięty PIS-owi debata ekonomiczna SLD.

Bo może być tak, albo tak, albo jeszcze inaczej, więc nie wiadomo w ogóle co się szykuje, a od diagnozy się przecież zaczyna, czyli trudno liczyć na jakieś nowe pomysły czy rozwiązania.

Wiadomo jedno: wszystkim ludziom i branżom brakuje kasy! Jak będzie więcej, wszystkie problemy rozwiążą się same. Fałsz! NFZ ma dzisiaj trzy razy więcej niż przed paroma laty, a czy coś się zmieniło na lepsze? Pisowska debata o zdrowiu to był kolejny szum słów, z którego przebijała się główna idea posła Piechy i kolegów: rozwalić to, co jest i niech służba zdrowia będzie finansowana, jak za PRL-u z budżetu. Pomysł po prostu fantastyczny! Nawet SLD, trzymający się najbardziej poprzedniego ustroju, nie wpadłby na taki nowatorski koncept.

Towarzystwo Millera zaripostowało wołaniem o dymisję dawnego kolegi Bartosza Arłukowicza i zażądało programu naprawy od PO!

Ale to na razie wszystko przedbiegi. Czeka się przecież na kolejne gadu gadu, tym razem od Donalda Tuska, którego niewygłoszone, jak dotąd „drugie expose” jest już od paru tygodni „komentowane” przez wszystkich chętnych zarobienia kolejnych paru groszy na gadu gadu.

Sam premier podobno boi się własnego cienia, wszędzie węszy podsłuchy, w związku z czym posługuje się tylko najstarszym modelem komórki, tak prymitywnym, że nie da się jej nawet podsłuchać, rozmawia tylko z najbliższym kręgiem i to na ogół w łazience.

Wygląda to wszystko dosyć zabawnie, a w sejmie może być jeszcze weselej, kiedy wreszcie usłyszymy to, nad czym pracują bez wytchnienia najbardziej zaufani ludzie. Na razie szef marszczy brwi, bo sam też szuka tego jedynego tonu, który przywróci mu to, co stracił.

Ale nawet jeśli trafi, to będą to nadal tylko słowa!

                                                                 joanna s.         

Premier Gliński: dyskwalifikacja na starcie!

Obejrzałam i wysłuchałam faworyta prawdziwego premiera, który też rzucił okiem, ale nie miał siły słuchać. Nic dziwnego! Gdyby odcedzić profesorską retorykę i zdjąć okulary, można by wysłuchać dictum prezesa, nie technicznego, ale tego prawdziwego!

Ale nie to jest przyczyną dyskwalifikacji. Ani ukrywane ambicje polityczne, do których dogrzebali się żurnaliści.

Ani to, że o wszystkim najważniejszym decyduje ostatecznie żona. Ale nie było jej na konferencji. Może powiedziałaby coś ważnego bez pytania o zgodę.

Profesor wyznał, że ma zaufanie do Jarosława Kaczyńskiego. I to mi już wystarcza do wyrzucenia go z linii startowej!

                                                                  joanna s.

Największe branie polskiej sztuki!

Byłam na ponownym odsłonięciu rzeźby Aliny Szapocznikow przy teatrze Komedia. To chyba nie Polka jak my, poprawiła się – jak ja – niby to zapytała mnie zupełnie głośno mieszkanka (od przedwojny) ślicznego żoliborskiego osiedla WSM. Ale nie żądała odpowiedzi. Ta rzeźba tu nie stała – dodała jeszcze. A naszego prezesa zamordowano w MoskwiePytam kiedy: przed wojną czy po wojnie? Po wojnie! Pojechał tam, bo go prosił Bierut i od razu posadzili go na krześle elektrycznym.Rozmowa, owszem ciekawa, ale trudna, bo za dużo by trzeba pytać i coś tam wyjaśniać, a przypadkowa sąsiadka z ławki i tak wie swoje.

Ciekawsze było jednak, po odsłonięciu, spotkanie-promocja tomu korespondencji Szapocznikow z jej ówczesnym, a później byłym mężem Ryszardem Stanisławskim, muzealnikiem i kuratorem z prawdziwego zdarzenia. Stanisławskiego zainteresowała sztuką sama Szapocznikow. On sam trudnił się po wojnie czym popadnie, m.in. pracował fizycznie, gdy rzeźbiarka studiowała. Dla niej zdał na studia z historii sztuki, którą – można tak dziś powiedzieć- potem współtworzył.

Ozdobą spotkania były wspomnienia i pomyślenia Andrzeja Wajdy. Niby nic specjalnie nowego ani wstrząsającego, bo mówił oczywiście o pokoleniu. Swoim. I Szapocznikow. Dlaczego po wojnie nie mówili i nie myśleli o wojnie. Dlaczego rzeźbiarka unikała tematu Holokaustu, z którego cudem się wymknęła. Elegancja i pewien rodzaj kokieterii każe mówić Wajdzie, że najodważniejsi i najzdolniejsi nie przeżyli. Tego przecież nigdy nie będziemy wiedzieć na pewno. Ale jako formuła retoryczna, oddanie hołdu oczywiście może być.

To pokolenie, o którym Wajda zrobił niemal wszystkie swoje filmy, było i jest rzeczywiście wyjątkowe. Nie ma bodaj w polskiej historii ludzi, którzy- tak ciężko doświadczeni- mieliby taką wolę życia, tworzenia i równania się ze światem. My byliśmy sobą, nawet jeśli wycinała nam to i owo cenzura. Byliśmy pokoleniem obarczonym obowiązkiem pamięci o naszych poległych, zamordowanych przyjaciołach i kolegach. Ale nie byli pokoleniem sowieckich niewolników, przygiętych do ziemi i zbierających się tylko wokół krzyża cierpiętników. Mieli coś ważnego do powiedzenia i pokazania światu, Zachodowi, od którego nie czuli się odcięci, którego czuli się częścią. Październikowa odwilż (która, jak wiadomo, nie zaczęła się w 1956 r.) to była eksplozja poczucia wolności i niczym nieskrępowanej woli mówienia, świadczenia, odkrywania swojej tożsamości. To był także wyjątkowy okres otwarcia na polską sztukę, która – mimo że powstawała za żelazną kurtyną- była dowodem objawienia się wielkich i mocnych, uniwersalnych talentów. Świat czekał na naszą sztukę, na nasze filmy – mówił Wajda. To prawda! „Kanał”, „Popiół i diament” były dla świata odkryciem nieznanej, dramatycznej, a jakże często tragicznej, rzeczywistości wojennej, splotów sprzeczności, wydawałoby się niemożliwych do przecięcia. I siły młodości, idealizmu, miłości tamtego pokolenia.

Alina Szapocznikow nie miała takiego szczęścia jak Wajda. Chociaż przyjechała do Paryża opromieniona ogromnym sukcesem „odwilżowych” rzeźb-„Trudny wiek”(1954, dziewczyna z końskim ogonem!),”Pierwsza miłość”, w stolicy sztuki nie wywołała entuzjazmu. To, co w wychodzącej ze stalinizmu i socrealizmu Polsce było czymś nowym i odkrywczym, tam nie przemówiło z podobną siłą. Poszukiwano wówczas całkowicie nowej formy, a raczej form sztuki wizualnej. Tradycyjny warsztat rzeźbiarski nie przystawał do wrażliwości artystów jej generacji. Rzeźbiarka też go porzuciła. Pierwsze próby z nowym tworzywem-plastikiem były przyjmowane jako zbyt narcystyczne, rodzaj artystycznej konfekcji. Późniejsze jej losy (nieuleczalna choroba) nie tylko nadały jej pracom ton powagi, bezkompromisowości, wadzenia się ze śmiercią, ale ex post zmieniły ocenę wcześniejszych prób- żywiołowo podkreślających urodę  i uroki życia.

Szapocznikow nie deklarowała się jako feministka, choć jej sztuka mówi co innego. Za tydzień, po latach zapomnienia, artystka będzie mieć wystawę w słynnej MoMa w Nowym Jorku. To rodzaj sakralizacji twórcy. Ale nic nie jest pewne, niestety. Zobaczymy. Jej sztuka jest tego warta!

                                                            joanna s.