PIS, PO – wstydu oszczędźcie!

Faktycznie wiele rzeczy mi się przejadło, ale chyba nic bardziej niż tzw.wojna polsko-polska. W sytuacji, gdy ani jedna ani druga strona nie reagują na to, co naprawdę ludziom dolega.

Nawet, kiedy wyrzuci sie na tamten świat tuzin redaktorów „GW” i dwa razy tyle żurnalistów TVN oraz wypatroszy Kaczora, realia, w których żyjemy, nie staną się mniej dokuczliwe, a świat się nie uprości.

Ta żałosna licytacja na inwektywy, nie dość, że całkowicie pusta i zbędna, obnaża tragiczny po prostu poziom naszej pozaklasowej klasy politycznej, która tumani i przestrasza, a potem o tym godzinami p…

Końca tej masakry nie widać, bo ci państwo niczego innego nie umieją.

A uczyć się bardzo nie lubią. Nawet angielskiego.

                                            joanna s.



Nie chcę tematów dnia!

Codziennie serwuje mi się „temat” dnia. Dziś to złapanie matki Madzi i cd. dnia wczorajszego, czyli planowanego „zamachu” na Sejm i Prezydenta.

Wczoraj to był ten „zamach” i ABW oraz cd. dnia przedwczorajszego, czyli Piechociński zamiast Pawlaka. itd.itp.

Mam dosyć!

Dlaczego stacje telewizyjne chcą mi urządzać życie?

Oczywiście mogę wyłączyć i wyłączam. Ale są niewolnicy stacji info, którzy nie są w stanie tego zrobić! Pomocy!

                                                          joanna s.

Balon pękł!

Lewica w swoich dwóch odmianach bardzo się napinała, ale wyszło jak zwykle.

Dobrze, że przynajmniej nie domagała się w sobotę delegalizacji rywali, chociaż to gromko i z przytupem zapowiadała.

Źle, że za wszelką cenę chce naśladować narodowców, a także – niestety – pisowców i organizuje marsz. Co prawda, dopiero w grudniu, więc tak naprawdę nie wiadomo, co z tej inicjatywy się ostanie. 

Z dużej chmury krótko mżyło.

Za to sensacją weekendu stał się spektakularny i nieoczekiwany przez nikogo upadek prezesa Pawlaka. Komuś udało się coś zrobić bez wielkiego gadania!

                                                          joanna s.

Nie delegalizujcie się!

Teraz gra się w delegalizację. To znaczy lewica chce się w to zabawić w sobotę w Sejmie.

Chodzi, oczywiście, o wszelkiej maści narodowców, który pokazali się dosyć tłumnie, ale bez przesady, na ulicach Warszawy 11 listopada.

I chodzi także o to, że – choć nie chcą się do tego przyznać – (zwalając jak zwykle na policyjnych prowokatorów), ci „biało-czerwoni” oenerowcy i wszechpolacy wystawili trochę bojówek rzucających kamieniami w policję. Zgodnie z hasłem wrocławskiego NOP-u (Narodowego Odrodzenia Polski, który napadł na skłot Wagenburg), że „zawsze i wszędzie policja j… będzie”.

Miłe to nie jest. Zdelegalizować by się chciało. Ale hiperprawicowy minister sprawiedliwości (?) Jarosław Gowin już orzekł, że do delegalizacji uzasadnienia brak. I że znacznie bardziej niebezpieczna jest u nas ekstremalna lewica z kastetami i pałkami, jak np.”Krytyka polityczna” propagująca komunistyczne idee Lenina (sic!).

Z lewej strony słychać, że przecież w 1934 zdelegalizowano ONR, za coś mniej więcej podobnego do tego, co się działo w niedzielę  w stolicy.

Warto jednak lewicy przypomnieć, że sanacja nie zrobiła tego w imię demokracji, ale wprost przeciwnie! A o jej stosunku do wszelkiej maści lewicy można poczytać w każdym podręczniku historii.

Panowie z SLD nie idźcie na skróty! II Rzeczpospolita nie jest waszą idolką i nie udawajcie, że jest inaczej, bo nikt wam nie uwierzy.

A przecież w ogóle nie o to chodzi! W Polsce nie brakuje ludzi  wykluczonych, wyrzuconych na margines życia publicznego. Wsadzenie tam ONR-u czy wszechpolaków (nawet, gdyby się udało, w co wątpię) niczego nie zmieni, poza tym, że przybedzie nam kandydatów na męczenników.

To czego brak, to zwykłej, uczciwej rozmowy, wymiany poglądów i argumentów. Nie z militarnymi oddziałami ani strażnikami niepodległościowych marszów, ale z ludźmi o innych poglądach. Które przecież wolno mieć! Wiem, że przyjemniej jest spotkać się w gronie własnych zwolenników i harmonijnie się ze sobą zgadzać. A innych delegalizować!

Czy to jednak wypada porządnej, demokratycznej lewicy? Panowie pójdźcie po rozum do głowy!To nie jest zabawa dla was !

                                                      joanna s.


 



Faszystowska morda i inne rozkosze

Oenerowcy, Wszechpolacy, czyli wg Kazimiery Szczuki faszystowskie mordy, stali się, po 11 listopada, celebrytami co się zowie! Przedefilowali po wszystkich telewizjach, ich publiczne spicze leciały jeden po drugim, panowie w kominiarkach i cała reszta mogła oglądać się w powtórkach do wypęku, a jaka radość dla rodzin i kumpli!

Zakasowali Prezydenta, który bardzo się starał. Uśmiechając się i śpiewając niepodległościowe pieśni, przemaszerował jakieś 4 kilometry! W dość licznym orszaku, na dodatek. Przy każdym ukwiecanym pomniku zmieniał towarzystwo na odpowiednie dla danego nazwiska. Zatrudnił wiele osób, w tym nawet Romana Giertycha. Napracował się, coś tam się o tym potem mówiło, ale o takich niezbyt hot pomysłach się nie rozmawia, bo nie ma o czym. Lepiej już ganić Prezydentową i Marszałkinię, że na uroczystości nie założyły kapeluszy! Królowa angielska by na to u siebie nie pozwoliła.

Festiwal powodzenia w telewizjach i internecie przeżyli w związku ze swymi bardziej ekscytującymi zadymami były poseł Artur Zawisza, szef Młodzieży Wszechpolskiej Robert Winnicki, a nawet były Marszałek Marek Jurek, którzy, również uśmiechając się, pletli bzdury o narodowym odrodzeniu, rychłym upadku poogrągłostołowej republiki (ciekawe, że nie Rzeczpospolitej) itd. itp. Nie wiadomo tylko, w jaki sposób miałby się ten ledwo odzyskany śmietnik rozpaść, bo o żadnych wyborach mowy nie było. Może wystarczą pałki, race i kostki brukowe?

Tym bardziej, że po udanym debiucie na Marszałkowskiej szefowie „narodówek” zamierzają rozszerzyć bojową straż Marszu Niepodległości i trenować ją podczas ustawek w mniejszych miejscowościach. Do czego? Coś jakby powtórka z historii!

Oczywiście, bardzo szybko, na fali sukcesu ma powstać prawdziwa partia narodowo-radykalna, która odsunie Prezesa od prawej ściany. Robi się tam spory tłok, a PIS na razie to lekceważy, bo w kolejne zapowiedzi rwania prawicowego sukna nie wierzy!

Pusto zrobiło się na lewicy, gdy w antyfaszystowskim marszu doliczono się dwustu uczestników, nawet jeśli liczyć podwójnie panią Szczukę. SLD i Ruch Palikota, którym z nikim nie było 11 listopada specjalnie po drodze, same nie zorganizowały niczego. Obudziły się dopiero następnego dnia w Sejmie i to z  wielką tremą, ale za to z radykalnymi żądaniami delegalizacji przeciwników, a w sobotę robią własne zgromadzenie. Ale nawet nie w Sali Kongresowej, tylko w  darmowej dla posłów i ich gości Kolumnowej na Wiejskiej. Rozumiem- wygodniej, ciepło i do bufetu niedaleko. A radykalizm zostawiają młodzieży, nawet nie własnej, tylko Wszechpolskiej! Wspaniale! Cóż za pomysł, jaki refleks, ONR i Młodzież ze strachu schowają się do kąta, wraz ze swoją strażą, sztandarami i powabnymi hasłami, które nie podobają się tylko niePolakom!

                                                  joanna s.   

11 listopada, niezawodni kibole, a więc kilku rannych

Już po niepodległościowym balu.

Kolorowa lewica, jak przypuszczałam, straciła cały impet i schowała się w jakiejś dziurze.

PIS wyjechał demonstracyjnie do Krakowa, skąd nauczał polski lud sam Prezes.

Prezydent niewątpliwie coś tam ugrał, choć mimo doskonałej pogody, parady wojska i czołgu Renault nie zakasował liczebnie Wszechpolaków i „Gazety Polskiej”.

Lewica antysystemowa i antyfaszystowska coś tam próbowała, ale otoczona przed Pomnikiem Bohaterów Getta ze wszystkich stron przez policję w pełnym rynsztunku wyglądała na stremowaną i zahukaną (uczestniczyłam!).

W swoim repertuarze natomiast brylowali kibole z racami i kamieniami. Na nich zawsze można liczyć, choć tym razem trochę mniej zaszkodzili ludziom (tylko kilku rannych) i miastu. Najbardziej chyba sobie, bo ponad setkę wywiozła z ulic policja.

I po zabawie. Do zobaczenia za rok, czy tych samych?

                                             joanna s.

11 listopada-marsz, marsz, ale po co?

Rok temu zaczęłam pisać tego bloga zachęcona rozmaitymi eventami „niepodległościowymi”. Głównej manifestacji „patriotycznej” miała się pięknie przeciwstawiać „kolorowa niepodległa”, z udziałem lewicowych celebrytów, jak Joanna Senyszyn i Ryszard Kalisz, feministek i lesbijek, gejow i wszelkiego rodzaju osób uważających się za lewicowo-rozrywkowe, jak Janusz Palikot i jego kompania. W efekcie nawoływań do spokoju i kochania się nawzajem doszło do przekrzykiwania się i szarpaniny, a także podpalania (przez jakichś anonimowych osobników, którzy się „przyłączyli”), wozów telewizyjnych należących do wroga oraz wozów policyjnych, oczywiście.

Podczas gdy z platformy „kolorowej” ostrzegano przed prowokatorami, którzy dybią na multi kulti i śpiewano w radosnym uniesieniu dawno niesłyszane pieśni rewolucyjne, do akcji wkroczyli importowani z Niemiec bojówkarze „antify” i całość potoczyła się, jak potoczyła. W odpowiedniej chwili stery u „niepodległościowców” przejęli kibole. Od pewnego momentu nikt nad tymi szlachetnymi inicjatywami nie panował.

Po roku muszę, niestety, wrócić do tematu. Czy szykuje się powtórka? Chyba nie. „Kolorowa” dostała w splot słoneczny, gdy nie zadziałał koktajl parady wolności z rewolucyjnymi wspominkami, a na dodatek wmieszała się w to importowana antifa. Czy jacyś uczestnicy zeszłorocznego pomysłu pojawią się pod pomnikiem Bohaterów Getta? Musiałby ktoś ich tam zwołać, a chętnych nie widać. Wesołe towarzystwo chyba uciekło z placu niepodległościowych przekomarzań, po tym jak uciekało przed rozjuszonymi „kolegami”. Czy liczni lewicowcy pójdą na inny przemarsz wraz ze szczątkowym dziś PPS? Wątpię.

Na placu zostali prawdziwi biało-czerwoni – duchowi potomkowie endecji i ONR wraz z resztką kiboli, którzy wykonają swoje. Ale chyba obejdzie się bez większych ekscesów, bo do nich też trzeba zapraszać. Spontanicznie to one nie wybuchają! Po zeszłorocznych występach panów przygotowanych do zadymy i walenia kogo popadnie z innych obozów został jakiś niesmak, publika tego nie zaakceptowała,a przecież patrioci to ludzie nieposzlakowani. Pewnie uspokoją swoich krewkich, szukających masakry mniej lub bardziej przypadkowych koalicjantów, może odbiorą im bejsbole i inne środki perswazji. Chyba więc będzie spoko, jedyna nadzieja w głęboko oszukanym ludzie smoleńskim.

Powodów do ekscytacji nie widzę również w marszu urzędników partyjnych i państwowych, czyli podczas parady prezydenckiej, częściowo dowartościowanej defilującym wojskiem. Nowa niepodległa tradycja się z tego nie narodzi. Najpierw trzeba by było stworzyć jakiś BBWR, ale od czasu nieudanej próby Lecha Wałęsy nikt jakoś po to historyczne hasło nie sięga.Widać nie ma potrzeby!

Ktoś pewnie obmyśla jakiś spektakl. Ale czy aktorzy znajdą czas i ochotę?

                                               joanna s.

 

Smoleńsk na miękko i na twardo

Nie powinnam napisać złego słowa o Cezarym Gmyzie, który chciał Smoleńsk brać na miękko, ale naczelny mu kazał na twardo, bo  Gmyz właśnie wyleciał z roboty. Nie jest to sytuacja przyjemna tym bardziej, że w sposób oczywisty stał się rodzajem kozła ofiarnego. Właściciel (bo przecież nie jakaś formalna rada nadzorcza!) odczekał parę godzin, łudząc się, że to wystarczy i może da się uratować naczelnego, specjalistę od twardej roboty. Ale się nie udało i choinka się posypała od góry! Uzasadnienie „broniącego honoru” swojej gazety, Grzegorza Hajdarowicza, który tak strasznie oburzył się na swych wybranków, ocieka hipokryzją i nikt przytomny nie potraktuje go serio, ale czego się nie robi, by ratować tonący tytuł i własną cnotę!

Są tacy, którzy się nad Gmyzem znęcali (T.Piątek z „Krytyki Politycznej”pisał o „gmyzmie”), ale w obronie tego wzorowego dziennikarza przekrzykiwali się jego patriotyczni koledzy. Można więc chyba coś dodać. Wbrew tym mainstreamowym, walącymi z prawej, portalom redaktor Gmyz nie należy, łagodnie mówiąc, do najbardziej rzetelnych autorów. Z niezbitą pewnością siebie i całkiem na twardo zaatakował on np. Irenę Dziedzic po  pierwszym, niekorzystnym dla niej wyroku w sprawie o autolustrację, którą była zmuszona wytoczyć po bezpardonowych atakach ze strony cywilnych agentów IPN, zwanych dla niepoznaki „dziennikarzami”. „Irena Dziedzic była TW” rozstrzygnął Gmyz już w tytule swojej relacji w „Rzepie”. Założę się, że nie spojrzał nawet na akt oskarżenia, składający się z „dowodów” tak kiepskiej wartości, że Sąd Apelacyjny wyrzucił go en bloc do kosza i nakazał zacząć sprawę od początku. Z wiadomym efektem: gwiazda TVP została z zarzutów całkowicie oczyszczona. W te „zarzuty” nikt przy zdrowych zmysłach oczywiście nie wierzył. Ale Gmyz wiedział swoje bez dowodów.

I tym razem panowie swoje wiedzieli. Czy Gmyzowi i jego naczelnemu rzeczywiście chodziło o jakaś prawdę? Myślę, że wątpię. Z tej dwójki jeden bał się tej prowokacji bardziej, a drugi mniej. Ale obaj wiedzieli i to bardzo dobrze, że ledwo dyszącej „Rzeczpospolitej” szwungu może dać tylko taki kop, hipernews, wybuchowa sensacja, a może wywołane przez nią zamieszki uliczne! To byłby dopiero kocioł! To byłaby kasa!

Nie czytam „Rzeczpospolitej”, ale jeszcze parę lat temu czytałam.Od czasu do czasu.

Panowie wydający ten nowy tabloid: można być prawicowcem czy lewicowcem, ale niekoniecznie aż tak cynicznym! Można się troszczyć o kasę, ale nie do utraty zmysłów! Można nie kochać swoich czytelników, ale pogarda też ma swoje granice! Tak jak i zwykły zdrowy rozsadek, niestety.

                                                       joanna s.

Pozostańmy może przy obieraniu ziemniaków…

   Pani profesor Maria Poprzęcka udzieliła wywiadu wysokim obcasom. Można powiedzieć, że wymarzyłem sobie taką okoliczność – poznać z pisma, które czytam stale, poglądy najwybitniejszego autorytetu sztuki aktualnej i zarazem w skondensowanej formie uzyskać odpowiedzi na pytania dotyczące sensu sztuki najnowszej (nurtujące przecież nie tylko mnie) – to przecież nadzwyczajne wydarzenie.

   Poruszyły mnie te odpowiedzi, a chyba ściślej zwierzenia, pani Profesor też dlatego, że prawie nie spotyka się takich aktów odwagi, zwłaszcza ze strony uznanej klasy specjalisty, renomowanego pedagoga, popularyzatora i przewodnika w świecie sztuki, do publicznego przyznania się, obnażenia, swoistego striptizu, do swej kompletnej bezradności w ocenie zjawisk artystycznych, procesów tworzenia i ich uwarunkowań. Krótko: pani Profesor specyficznie w/g mnie „kuma” lub „nie kuma” współczesnej sztuki, co nie przeszkadza jej bez osłonek i wątpliwości głosić swą hierarchię wartości, „listę rankingową”, na której są tacy, a nie inni artyści, na takich i takich miejscach. A wszystko razem wyrażane jest w języku, jakim komunikuje się z publicznością, artystą, odbiorcą sztuki i nie jest to język, delikatnie mówiąc, zbyt przekonujący.

   Odwaga, którą mi zaimponowała pani Profesor, jest być może jedynie jej kaprysem. robieniem oka do czytelnika. Wszystko być może…

 JOANNA  RAJKOWSKA                                                                                foto DOMINIK WIZE

   Wszelako, mamy więc wreszcie ranking artystów – dzieł polskiej sztuki współczesnej i wygląda on tak; 1. Zbigniew LiberaMieszkańcy„, 2. Katarzyna KozyraŚwięto wiosny„, 3. Jarosław ModzelewskiŁódź przy brzegu„, i kolejno (domniemuję na podstawie ilości miejsca im poświęconego) Artur ŻmijewskiOko za oko„, Julita Wójcik „Obieranie ziemniaków”, Leon Tarasewicz, Włodzimierz Pawlak, „Polacy formują flagę narodową„, chyba jednak Wilhelm Sasnal (choć „trudno mu się odnaleźć w roli artysty celebryty„) itd. itp.

   Zgoda. Pani Profesor odsłania różne drogi prowadzące ją do ostatecznych konkluzji, takich jak:”Na tym polega sztuka ,że się nie wie„, Co po naszej sztuce zostanie? „Niewiele jak zawsze”, „Stare ciało jest prawdziwe, a przez to piękne” twierdzi pani Profesor, co prawda za Platonem ale jednak…”Stoję przed tym Modzelewskim i chcę patrzeć.Patrzeć i patrzeć„‚.       (trochę mnie dziwi – przyp. mój a.s. – że tak wstrząsnął panią Profesor motyw ilustracji ze Świerszczyka sprzed półwiecza i z takimże „bogactwem” pikturalnym, ale niech tam. może to żart), „Kozyra jest świetna„, „Potrafię przejść przez całą galerię i patrzeć w sufit. Trzeba umieć się bronić przed inflacją sztuki„, „Pan myśli, że ja chodzę po muzeum i mędrkuję? Przeciwnie. Czysta, bezmyślna intuicja„, „w muzeach najbardziej lubię widok za oknem„, „Powinniśmy (krytycy sztuki – przyp. m.)cierpliwie, przystępnie i atrakcyjnie tłumaczyć (…) Jeśli Polakom pokazywano sztukę, ucinając ją na roku 1914 lub 1945, to trudno się dziwić, że są zaszokowani, kiedy Julita Wójcik obiera kartofle w państwowej galerii. Tylko po co ona obiera te kartofle?  „Żeby dowartościować to, co jest codziennością, zwłaszcza kobiet”. Kiedy pani ostatnio obierała ziemniaki? „Trzy dni temu, bo potem był ryż„.

                                                                                   Andrzej Skoczylas