Good bye, mister Gowin!

Nareszcie! Nawet Tusk doszedł do wniosku, ze dłużej tak się nie da. Być w PO i u Rydzyka zarazem, to pewna przesada. Poczekam do poniedziałku, ale nie daję żadnych szans realizującemu misję Radia Maryja pyszałkowi i totalnemu amatorowi (któremu biedne lemingi „chcą złamać kręgosłup”) na stanowisku ministra sprawiedliwości. Tyle się nasłuchałam, jaki to intelektualista – subtelny ,wyrafinowany, z wizją i horyzontami po horyzont.Niestety, w rzeczywistości to człowiek bardzo ograniczony i kierujący się wyłącznie swoimi czy radiomaryjnymi urojeniami.

Oczywiście te komplementy pod adresem Gowina to wszystko bzdury i wyraz niedouczenia oraz kompleksów niższości dziennikarskiej gawiedzi, która znalazła sobie wreszcie idola na miejsce pobitego przez Niemców Jana Marii Rokity.

Ale to już było i nie wróci więcej, jak śpiewa Maryla Rodowicz. Nie interesuje mnie specjalnie, co zrobi ze sobą kolejny męczennik, bo z pewnością nic ciekawego.

Jest jeszcze drugi kandydat do podobnego losu. Też zachwycony sobą i swoją polszczyzną, której nie da się już słuchać. Ten, który ma „godzić” Palikota z poniżonymi przez niego kobietami i w ogóle – jako supertowarzyski i rozkoszny robić wspaniałą atmosferę wokół tej żałosnej inicjatywy, z jaką wystąpił ostatnio Aleksander Kwaśniewski.

Dobrze byłoby, by o obu panach już się nie mówiło, bo nie ma o czym!

                                                   joanna s.

Przerażający Longchamps de Berier!

Czy on jest w ogóle chrześcijaninem? Jak facet nie będący ani specjalistą od metody in vitro ani nawet lekarzem ma czelność głosić tak nieopisane androny jak te o jakichś „bruzdach”, dzięki którym lekarze od razu rozpoznają, czy mają do czynienia z dzieckiem”z probówki”, czy poczętym w jedynie dopuszczalnym przez jego Kościół sposób?

Oczywiście są to bzdury rodem z jakiegoś dzikiego  średniowiecza, stygmatyzujące ludzi w sposób przypominąjący walczącego toporem z katarami również duchownego Simona de Montfort! Ale ten przynajmniej przyjął za swoje hasło „Bóg rozpozna swoich!”

U nas rozpoznawać nieswoich mają jacyś lekarze, o czym dowiedzieliśmy się od obłudnie uśmiechniętego duchownego! Co gorsza nikt w Kościele dotychczas się od tych absurdalnych wymysłów nie odciął.

Longchamps de Berier , po jakimś czasie oświadczył, ze może przeprosić tych, którzy „czują się obrażeni jego słowami”. Śpiewka znana już na pamięć, bo kto właściwie miałby się poczuć dotknięty? Przecież nie nasi! A reszta? Kogo to obchodzi?

Przeciw głoszeniu ex cathedra idiotyzmów protestują genetycy, lekarze, specjaliści. I co? I nic!

Kto następny i z czym?

Rozumiem, dlaczego Benedykt XVI uznał się za niezdolnego do kierowania Kościołem katolickim.

                                                           joanna s.

„Niezłomny” Gowin!

chociaż „oni”, czyli Tusk, pedały, lesbijki i inni narkomani chcą mu złamać kręgosłup, łamać kołem, itd.itp. A on trwa przy swoich „heroicznych” poglądach, identycznych jak te panujące u o.Rydzyka.

Bo on, minister sprawiedliwości, uważa, że wszelkie związki, poza małżeństwem (oczywiście najlepiej sakramentalnym) naruszają jego wrażliwe sumienie.

Nieważne, że jego przekonania łamią swobody obywatelskie, zagwarantowane już nawet w katolickiej Hiszpanii. On sam nie widzi, że – jako minister sprawiedliwości – stosuje przemoc symboliczną wobec swoich współobywateli, którzy – nie negując najświętszych form małżeństwa pojmowanego, itd –  pragną móc zawrzeć innego typu związki, uznawane przez państwo!

Najbardziej bulwersujące są jednak nie poglądy samego Gowina, absolutnie zgodne z linią polskiego Kościoła i kleru (bez wyjątku, bez względu na przynależność do tzw. środowisk postępowych czy konserwatywnych), ale to, że on – nieprawnik i niekonstytucjonalista wskakuje na trybunę sejmową i radośnie ogłasza, ze wszystkie projekty ustaw dotyczące związków nie małżeńskich, ale partnerskich są „sprzeczne z konstytucją”!

Gdyby był poważnym ministrem poważnego resortu nigdy niczego takiego by z trybuny sejmowej nie ogłosił w sposób tak ostry i jednoznaczny! Wiadomo przecież, że opinie konstytucjonalistów są w tej kwestii podzielone, a ew. orzeczenie w tej sprawie może wydać tylko Trybunał Konstytucyjny!

Ale najgorsze jest to, że swoim kompletnie nieprzemyślanym i arbitralnym „orzeczeniem” nie dopuścił- nie do przyjęcia któregoś z projektów-  ale nawet do dyskusji nad nimi i kontekstem społecznym , którego są efektem!

I kto tu łamie swobody obywatelskie, ogranicza wolność, zamyka innym usta?

                                             joanna s.

Kwaśniewski oszalał!

Nie mam wątpliwości! Rozumiem, że zawarł z Markiem Siwcem, jakiś czas temu gentelmen’s agreement, że pomoże mu znów wejść do parlamentu europejskiego.

Nie rozumiem, dlaczego wybrał sobie do roli protektora list europejskich faceta, który z europejskimi obyczajami nie ma i nie chce mieć nic wspólnego –  Janusza Palikota, który zrobi wszystko, dosłownie wszystko, by choćby na chwilę zaistnieć w mediach. Nieważne, czy ze świńskim ryjem, z butelką wódki, marihuaną czy Anną Grodzką.

Gdyby jego „działalność publiczna” ograniczała się do takich performansów, jego działalność byłaby, oczywiście, mniej szkodliwa. Ale ten damski bokser, który wprowadził najpierw na listy wyborcze tzw. suwak, czym zachęcił do głosowania na niego feministki, zadał bez najmniejszego skrępowania knockdownowe ciosy „swoim” kobietom: Wandzie Nowickiej i Annie Grodzkiej, obie poniżając i ośmiesząjąc publicznie!

Dobrze się stało, że ta „chamówa” nie przeszła, ale sam lider i jego najbliższe otoczenie, przypadkowa – jak się okazuje – zbieranina różnych nieudaczników – trwała w swoim bezprzykładnym akcie przemocy wobec obu kobiet. Wanda Nowicka przeprosiła za swój niestosowny uczynek, ale Palikot – nie!

Zrobił to dopiero dziś, po ponad trzech tygodniach, przymuszony, na żądanie Jacka Żakowskiego w wywiadzie w TOK FM.

Na czym polega lewicowość Palikota? Nie wiadomo, bo poza związkami partnerskimi, jego „formacja” nie zaprezentowała ani żadnego składnego programu, ani szacunku dla innych, a nawet dla samych siebie!

I z takim chamem liguje się Aleksander Kwaśniewski! Czy dla zdobycia kilku mandatów europejskich dla szefów niezliczonych „lewicowych” mniej lub bardziej kanap poważny polityk może zrobić coś tak absurdalnie szkodliwego? Deklarowana „otwartość”, potępienie „wykluczenia” na tę żałosną okazję w ogóle się nie nadają!

Przeczytałam początek wywiadu-rzeki z Leszkiem Millerem i myślę, że coś w sprawie Kwaśniewskiego się w jakiejś mierze wyjaśniło. Otóż podobno Kwaśniewski fascynował się w różnych sytuacjach życiowych i politycznych rozmaitymi postaciami, np. w latach 90. Włodzimierzem Cimoszewiczem, którego zdanie cenił sobie tak bardzo, że starał się narzucić je całej formacji. Np. w kwestiach tak istotnych jak ta, kto może znaleźć się na liście lewicy (wówczas SDRP, którego C. nie był nawet członkiem), a kto będzie ją „obciążał”. Czyżby Palikot stał się dziś takim mentorem, odnowicielem lewicy?                                              

Środowisko „GW”, raczej liberalno-lewicowe zastanawia się, co zrobić z całym tym fantem. Bo, z jednej strony, niedawno jeszcze pisano tam o kasie od Kulczyka ( za jakieś zasługi przecież!) czy od honorariach za „doradztwo” od kazachskiego dyktatora Nazarbajewa, a teraz b.prezydent zakłada jakąś nową listę (formację?) czyli nie wiadomo co, ale jakby w dobrym kierunku.

Na razie jest trzech panów. Czyli 1 + dwóch przybocznych. Programu oczywiście brak. Ma być jeszcze Ryszard Kalisz, który w imieniu tych trzech machos ma rozmawiać z feministkami.

Ta inicjatywa” oczywiście nie wypali! A winna będzie lewica, która takiego szaleństwa nie poprze, bo poprzeć nie może!!

                                                         joanna s.

Ufundujcie mi fundację!

Zbulwersowała mnie spowiedź Jakuba Śpiewaka, szefa fundacji Kidprotect, zajmującej się przeciwdziałaniem pedofilii i generalnie przemocy wobec dzieci, który „zrezygnował” z udziału w życiu publicznym, bo bezprawnie brał pieniądze z kasy fundacji na swoje prywatne potrzeby. Nie płacił zatrudnianym przez siebie ludziom za wykonaną pracę (czy w ogóle zgłaszał ich do ubezpieczenia i płacił podatki?). Fundacja nie ma na nic pieniędzy i nie ma skąd ich pozyskać. On ucieka ze statku, choć twierdzi, że pokryje wszystkie straty. Do których przecież mógł nie dopuścić. Nie mam wątpliwości, ze zespół, który – jak twierdzi szef – się rozpadł, udał się ze sprawą do sądu.Dowiedziałam się właśnie, ze „wyznanie” było efektem reportażu śledczego tygodnika „Wprost”. Nie ma to jak zeznanie pod przymusem!

Aby zorientować się o co w tej tajemniczej sprawie chodzi, zajrzałam na stronę internetową fundacji, przeczytałam jej akt założycielski i statut, i mam wiecej jasności.

Przypomnę, że na zachodzie, gdzie fundacje powstawały już w XIX w. zasada była taka: ktoś bogaty( często dochodzący do majątku w niezbyt chwalebny sposób) pod koniec życia pragnął podzielić się swoim dorobkiem ustanawiając fundację i przekazując część środków na tzw. szlachetny cel.Kapitał ów, zdeponowany na koncie fundacji był inwestowany w bezpieczne papiery, by odsetki od niego mogły być przeznaczane na granty czy nagrody. Tak działa po dziś dzień Fundacja Forda, Fundacja Noblowska itd.

Tymczasem Jakub Śpiewak, zakładając swoją fundację przeznaczył na nią 1000 zł (słownie jeden tysiąc). W statucie stwierdza się, że fundacja nie prowadzi działalności gospodarczej.Czyli na prowadzenie działalności statutowej fundacja dostała w 2002 r. od swego fundatora aż tysiąc zł!

Jaką działalność można prowadzić za te pieniądze? Żadną! Czyli od początku fundację miał fundować kto inny. Kto? Oczywiście instytucje dysponujące groszem publicznym! Są one zresztą wyliczone na stronie fundacji: ministerstwo edukacji narodowej, rzecznik ochrony praw dziecka, itd.itp. Oraz bardzo naiwni obywatele, ściągnięci szlachetnymi celami fundacji. Bo w to, że w fundację zainwestowali jacyś prywatni sponsorzy, jakoś nie wierzę.

Czy sposób wydatkowania środków był przez te instytucje i osoby rozliczany, a chociażby sprawdzany? Jak to funkcjonowało, skoro fundacja pana Śpiewaka nie podaje nawet swego KRS. Czy jest w ogóle gdzieś zarejestrowana, czy wszystko działo się „na piękne oczy”? Wiem , że inne fundacje i stowarzyszenie są tak skrupulatnie rozliczane z wydatkowana publicznych pieniędzy, że tego typu praktyki w ogóle nie byłyby możliwe!

Nie chcę się tu wypowiadać na temat fundatora, bo za mało wiem i o nim i o jego działalności. Ale on sam uznał, ze stał się dzięki fundacji „osobą publiczną”. Czekam więc na wypowiedzi prawdziwych fundatorów, czyli tych, którzy ten twór finansowali i dzięki którym stał się niemal jakąś poważną osobą wypowiadającą się w sprawach publicznych.

Chciwość nie omija nawet społeczników, czy tzw. społeczników. Wanda Nowicka również wzięła pieniądze, które ją potem zaczęły „parzyć”. Potem, czyli kiedy sprawa wyszła na jaw! Nie znaczy to, rzecz jasna, że żenujące widowisko, jakie urządził w związku z tym jej pan i władca Janusz Palikot, budzi jakąkolwiek aprobatę!

Jakie będą tego skutki? Nie bardzo widzę, bo oprócz bicia piany nic się nie dzieje. Co na to Rada Pożytku Publicznego? Sejm potrafi tylko zaostrzać, na ogół bezsensownie, prawo, co dotyka tylko uczciwe organizacje. Bo te „inne”, jak widać sobie radzą! Czy ktoś tu sprząta?

 

                                                        joanna s.

Bardzo mi smutno

od kiedy dowiedziałam się o śmierci Krzysztofa Michalskiego, 65-latka zaledwie, który poświęcił woje życie czemuś tak dziś niemodnemu, jak filozofia.

Napisałam to zdanie i nie wiem dlaczego zostało ono opublikowane na blogu. Ktoś od razu zareagował, pisząc, że Krzysztof był wyjątkowy w tym, co robił.

Oczywiście! i o tym chciałam napisać. Bo nie chodzi w tym wypadku o zwykłą, banalną „filozofię”, której pełno w życiu publicznym (Hartman, Palikot itd.), ale o filozofię spekulatywną najwyższego lotu i wielkiego umysłowego wysiłku, jaką jest dzieło Martina Heideggera. Kiedy Krzysztof podjął (40 lat temu) swoją życiową decyzję, by poświęcić się jego rozumieniu i przekazaniu jego treści swoim rodakom, nie było w jego pokoleniu nie tylko takich, którzy podjęliby się tego zadania, ale niemal nikt nie znał niemieckiego w takim stopniu, by do sedna „Sein und Zeit” dotrzeć!

A poza tym Polacy (jak wiadomo) nie są narodem filozofów. Od łamigłówek umysłowych wolą (ogromna większość) proste prawdy wiary katolickiej.

Lata 60. ub.wieku były rzadkim w naszej historii okresem mody na filozofię. Głównie z powodu egzystencjalistów – Sartre’ a et compagnie. To było atrakcyjne, wciagające i wymagające w końcu mniejszego wysiłku umysłowego. Krzysztof podjął się z własnej, niczym nieprzymuszonej woli gigantycznego zadania. Bo do przekładu „Bytu i nicości” ( który sam zatytułował „Bycie i nicość”) musiał dostosować przaśną polszczyznę do najwyższych wzlotów spekulatywnego myślenia. 

Nie wiem, czy był zadowolony ze swego dzieła. Pewnie nie do końca. Nie będę analizować jego roboty, za którą winniśmy mu wielki szacunek. Ale fakt, że ukazanie się „Bycia i nicości” nie stało się przełomem w myśleniu i postawach nawet naszego skromnego liczbowo środowiska zainteresowanych, musiał być dla Krzysztofa rozczarowaniem.

To prawda, że kiedy nad przekładem pracował, nasza wiedza o filozofii Heideggera i jego zachowaniach w okresie hitlerowskiego reżymu bardzo się poszerzyła. Dowiedzieliśmy się, że nie tylko pozostał rektorem poważnego uniwersytetu, ale wziął jednak udział w represjach wobec swoich wielkich kolegów i rywali niesłusznego pochodzenia: Husserla i Jaspersa. Lektura jego korespondencji z ulubioną studentką i czymś więcej Hanną Arendt, w której obronie także nie stanął, i która w latach30. musiała opuścić Niemcy dodaje do tej oceny nowe, przykre elementy.

Filozofia powinna być jednak czymś niezależnym od koniunktur politycznych. A jednak…Kiedy następuje zderzenie filozofii i codziennych zachowań, sprzeczność pomiędzy wielkim wzlotem umysłu i ślepotą na zbrodniczą już w swoich założeniach, nie mówiąc już o praktyce ideologią, nieumiejętnością przynajmniej neutralnych zachowań wobec totalitarnej, rasistowskiej władzy  staje się nie do obrony.Powstaje pytanie: po co ta filozofia, skoro tak oślepia!

Oczywiście Heidegger w filozofii przetrwa. Ale nie bez niesmaku. On sam nigy nie uznał swego zachowania za godne potępienia. Nikogo nawet Arendt nie przeprosił. Od wielu lat autorytet królowej nauk słabnie, podupada.  Kto u nas przeczytał „Bycie i nicość”?

                                                   joanna s.

   


Koniec awantury o marszałkinię!

O co chodzi? Czy o Wandę Nowicką i jej nagrodę, za wzięcie której miała zostać usunięta z fotela w prezydium Sejmu, bo tak chciał jej pan i władca Janusz Palikot? Czy o Annę (Anię, Ankę itd) Grodzką, którą zapragnął wywyższyć tenże Palikot? Oczywiście obie panie nie są paniami tej rozgrywki, którą sobie wykoncypował ich „renesansowy”, jak nazwała go – chyba ironicznie – Janina Paradowska, zwierzchnik.

Cynizm tego faceta da się porównać jedynie z jego „renesansową” naturą. Od tygodnia niemal nie mówiło się w mediach o niczym innym. To, że Palikot na swoim wniosku się przejedzie, było jasne od chwili, gdy przytomny Leszek Miller zarządził, że jego miniklub w całości bedzie głosował przeciw. Podchwyciła tę melodię PO i jest już po całym zamieszaniu!

Oczywiście Palikot nie pogodzi się z porażką i bedzie jeszcze starał się, by jego było na wierzchu. Ale mleko się rozlało i wszelkie jego „przywódcze” plany tym samym wzięły w łeb. Bo czy Kwaśniewski zechce (jeśli w ogóle miał taki zamiar) konstruować z nim jakąś „listę europejską” i przygotowywać „rewolucję” w strukturach Unii?

Każdy widzi format tego „męża stanu”, jego horyzonty i urojenia. Pozycję polityczna buduje się wolno, a stracić tę, która się ma, mozna w jednej chwili. Co się właśnie Palikotowi udało!

                                              joanna s.   

 

Źli rodzice, gorsze dzieci?

Przyznam, że zawstydza mnie rozkręcająca się rodzinna lustracja różnych osób, które – z własnej lub niekoniecznie – woli zostały postawione na cenzurowanym. Ostatnie przykłady tego społecznego działania ze strony „niepokornych” publicystów to oczywiście sędzia Igor Tuleya (który ośmielił się przyrównać metody stosowane przez CBA za czasów Kamińskiego i Ziobry do metod ubeckich z okresu stalinowskiego), Andrzej Morozowski z TVN, którego ojciec nie dość, że zmienił nazwisko, by ukryć swoje żydowskie pochodzenie, to jeszcze pracował w tzw. służbach w PRL-u i Konstanty Gebert (Dawid Warszawski), który miał czelność wypowiadać się w filmie National Geographic o katastrofie smoleńskiej. Obu zlustrowano do spodu. Mamusia sędziego Tulei pracowała w wiadomym resorcie, a więc on – z oczywistych dla lustratorów powodów – powinien sam się wyłączyć z orzekania w sprawie dr.Mirosława G. Zaś Konstanty Gebert jest z pochodzenia Żydem oraz synem komunisty, współzałożyciela amerykańskiej kompartii i współpracownika najrozmaitszych tajnych służb, a więc nie ma prawa wypowiadać się w tak arcypolskiej sprawie jak katastrofa smoleńska. Wnioski w sprawie Andrzeja Morozowskiego nie zostały tak jasno sformułowane, ale wniosek narzuca się sam – nie ma dla niego miejsca ani w telewizji ani w dziennikarstwie! Oczywiście przypomina się przy takich okazjach i o tatusiu Moniki Olejnik (MSW) czy mamusi Justyny Pochanke (FOZZ).

Czy to wezwanie do publicznej autolustracji? Tak to zrozumiał nowy redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” Bogusław Chrabota i niewywoływany do tablicy ogłosił w swojej gazecie CV wraz ze wzruszającą historią ojca, wywiezionego przez Sowietów. Czyli, że teraz ma pełne prawo kierować dziennikiem!

A więc lustracja działa! Spontanicznie! Czekam niecierpliwie na cd. Niech pozostałe osoby publiczne wreszcie opowiedzą o swoich mamusiach i tatusiach, a może i o dziadkach czy pradziadkach. 

Nie dość, że to pasjonujące, to jeszcze taki striptiz na życzenie „niepokornych” będzie obywatelską zasługą i pozwoli, być może, tym osobom jeszcze trochę pożyć i pełnić funkcje!

Atmosferka staje się coraz pyszniejsza, życie codzienne – nieskończenie ciekawsze, a że maszerujemy w absurdalnym błocie? To najmniej ważne, zwłaszcza dla „niepokornych”, którzy prowadzą ten korowód!

                                             joanna s.