To już jest napastowanie, molestowanie, stalking, nękanie i co tam jeszcze. Ta ofensywa chamstwa w wykonaniu tych, co – jak Manuela Gretkowska – uważają się za „artystów” i „w d… mają” innych.
Pani Ewa Wójciak, dyrektorka Teatru 8. Dnia, wiadomo jak nazwała nowowybranego papieża Franciszka. Nie musi się on podobać, ale wykrzyknąć, że wybrali ch… na papieża (bez trzech kropek)? Rozumiem, że pani Wójciak, jako weteranka walk o wolność i niepodległość jest u nas na specjalnych prawach, ale takich słów używano także w zniewolonej Polsce i akurat o taką wolność słowa nie trzeba było walczyć z reżymem i jego bezpieką. Nie o takie Polskie – powiedziałby Wałęsa. W tamtych zamierzchłych czasach artyści bardziej szanowali siebie i swoją publiczność, a słów na ch, p i k można było się nasłuchać do wypęku, tyle że nie w teatrze!
Inny ulubieniec mediów, pisarz i laureat, piękny jak Adonis i elegancki jak lord Brummell Szczepan Twardoch zachwyca się bogactwem polskich przekleństw (kudy im do rosyjskich, proszę pana!) i wylicza synonimy „pięknego, indoeuropejskiego” czasownika „jeb…”, jak dodaje ,”późniejszego „pier…”. Ale tych przepięknych słów nie wypowiada jednak przy swojej mamuni. Za to obficie raczy nimi Bogu ducha winnych czytelników. Którzy, żeby się tego czarodziejskiego języka nasłuchać, wcale nie muszą czytać książek, a wprost przeciwnie!
Jest jeszcze w czołówce pani Joanna Bator, która właśnie wróciła z debaty w Lipsku o miejscu krajów postkomunistycznych w Europie . A tu w Warszawie poczuła się nagle jak w nieznanym jej z widzenia PRL-u, kiedy siwa pani w aptece o wdzięcznej nazwie „Hetmańska” w Wilanowie odmówiła jej sprzedaży środków antykoncepcyjnych (powołując się na idiotyczną tzw. klauzulę sumienia). Przypomniało to uwielbianej i hołubionej pisarce, jak w PRL-u kioskarki dziurawiły prezerwatywy w trosce o przyrost naturalny. Cóż za piramidalna bzdura! Jak wiadomo, w PRL-u, mimo istniejącej i funkcjonującej ustawy aborcyjnej (a nie antyaborcyjnej) z przyrostem demograficznym kłopotów nie było. Raczej przeciwnie. Słynna była natomiast w latach 70. anegdota o tym, jak pewna młoda para zjawiła się u ginekologa i na pytanie – skoro nie zamierzała mieć dzieci, dlaczego nie używała środków antykoncepcyjnych, choćby prezerwatyw, które można było kupić w każdym kiosku Ruch-u – odpowiedziała że owszem, prezerwatyw używali, ale chyba któraś z nich była dziurawa. A kto miałby ją dziurawić? – dopytywał ginekolog. Pewnie kioskarka – odpowiedział młody człowiek, a lekarz uznał to za doskonały żart.
Pani Bator pisze o tym tonem tak solennym, jakby tę anegdotę traktowała całkiem serio. No cóż poczucie humoru to rzecz i dziś deficytowa, jak schab w PRL-u. I pytanie. Jakie słowo przyszło w tej koszmarnej, dzisiejszej sytuacji do głowy pisarce? Oczywiście słowo na k ! Kwituje się nim – rzecze – w naszym pięknym języku pewien ważny rodzaj zadziwienia, a wypowiada się je „z tą szczególną intonacją: melodia litanii miesza się tu z bojowym okrzykiem napitego powstańca”.
Ot, świeżo zdobyta wolność słowa ! I po co nam to było?
joanna s.
