Bund-śmierć największej żydowskiej partii

W ramach obchodów 70-lecia powstania w getcie obejrzałam dokument o ostatnich bundowcach, którzy dożywają swoich dni w Izraelu. Autorem jest dosyć młody reżyser izraelski, którego ojciec urodził się w Polsce, a rodzina była z Bundem przed wojną bardzo związana.

Film mnie poruszył. Nie spodziewałam się tego. Pierwsza scena to rodzaj uroczystości 1-majowej, podczas której śpiewa się w jidysz „Międzynarodówkę”. W niedużym pomieszczeniu, gdzieś poza centrum Tel Awiwu, garstka starych i bardzo starych „towarzyszy” i „towarzyszek”. W ten sposób się do siebie zwracają, jak przed wojną w Polsce (także w Rosji i na Litwie). To wszystko, co zostało z najpotężniejszej międzywojennej partii żydowskiej, słynnego Bundu, założonego w 1897 r. Bundowców nadal ubywa, film został nakręcony w ub.r., a już odeszli niemal wszyscy rozmówcy reżysera. Został właściwie tylko jeden człowiek, który kieruje tym. co zostało (na jak długo?) – Izaak Enel, który z rozczuleniem opowiada o Warszawie i swoim, założonym i kierowanym przez Bund laickim liceum przy ul.Karmelickiej w Warszawie.

Kiedy po wojnie wrócił z Rosji, na miejscu zastał gruzowisko i się popłakał, pierwszy raz w życiu.

Kamera panoramuje skromny lokal Bundu. Za chwilą będzie to zapewne lokal po Bundzie. Biblioteka, stare na ogół książki i wydawane niegdyś przez Bund gazety, w tym słynny i wysokonakładowy Folkscajtung.

I zdjęcia przedwojennego Bundu. Masowe manifestacje pierwszomajowej partii żydowskich robotników w polskich miastach, aktywność związków zawodowych, budowanie osiedli mieszkaniowych, olimpiady sportowe z udziałem dziesiątków tysięcy młodych dziewcząt i chłopców, kolonie letnie i obozy, setki szkół podstawowych i średnich.Pomoc socjalna, dożywianie najuboższych, służba medyczna. Wspaniała organizacja, wspólna praca, tworzenie czegoś z niczego z niezrozumiałym dziś oddaniem i entuzjazmem. Ważny udział największej żydowskiej partii , w dodatku socjalistycznej, w międzynarodowej solidarności robotniczej.I organizatorzy tego masowego, liczącego setki tysięcy uczestników ruchu, szefowie Bundu Wiktor Alter i Henryk Erlich (obaj zamordowani w czasie wojny na rozkaz Stalina, który nigdy nie przyznał się do „oszibki”). Szmul Zygielbojm, który podczas wojny bezskutecznie zabiegał o pomoc dla prześladowanej i mordowanej ludności żydowskiej ( na znak protestu wobec bierności aliantów popełnił samobójstwo) też był jednym z bundowskich przywódców.

Po wojnie Bund odrodził się, pomimo Holokaustu, ogromnych, nieporównywalnych z innymi narodami strat ludności żydowskiej. Znów, na przekór dopiero co przeżytej tragedii nastąpiła eksplozja aktywności ocalonych: ludzie się odnajdywali, ruszyła wielka akcja poszukiwania tych, co przeżyli i łączenia rodzin, otwierano szkoły, przedszkola i sierocińce. Odrodziła się kultura jidysz, powstawały teatry, kręcono kroniki odbudowy, a nawet próbowano fabuły. Bardzo dyskretnie, ale jednak przypominano o tragedii narodu, o jego przywódcach, o oporze i walce z hitlerowskimi oprawcami. Rola Bundu w tym żydowskim odrodzeniu była nie do przecenienia. Ogromna większość Żydów, którzy przeżyli, straciła wszystko.Nie upominali się o to, co z ich majątków przejęli Polacy. Zabiegali o pomoc organizacji żydowskich z zagranicy. Często skutecznie.

Niemal nazajutrz po wyzwoleniu, zwanym obecnie zniewoleniem, nastąpiły pierwsze antysemickie zamachy, a nawet pogromy (Kielce 1946). Po początkowej przynajmniej formalnej akceptacji aktywności Bundu (w końcu autentycznej socjalistycznej, laickiej partii robotniczej) zmieniło się pod dyktando radzieckie nastawienie władz do ocalałej ludności, pragnącej kontynuować żydowską autonomię i kulturę. Żydzi zaczęli emigrować już w latach 40.

W 1951 r. powstał oficjalnie Bund w Izraelu. Ale nie było tam dla niego miejsca. Żydzi walczyli o utrzymanie swojego państwa. Identyfikowali się ze syjonistami, faktycznie wyeliminowali z użycia w sferze publicznej język jidysz i socjalistyczne,laickie tradycje żydowskie. Otoczony przez wrogie arabskie kraje, mając pod nosem obozy dla miliona uchodźców palestyńskich, Izrael stawał się państwem nacjonalistycznym i wyznaniowym.Także zmilitaryzowanym.

Izraelscy bundowcy okazali się nazbyt wierni swoim ideałom i dogmatyczni w tej dramatycznej walce Izraela o przetrwanie. Internacjonalistyczne hasła, solidarność z palestyńskimi wygnańcami, żyjącymi w tymczasowych obozowiskach, w fatalnych warunkach sanitarnych, cierpiącymi biedę i głód nie mogły liczyć na poparcie osaczonych przez śmiertelnych wrogów zwykłych obywateli Izraela.

W pierwszych wyborach parlamentarnych, w których Bund uczestniczył, nie przekroczył progu wyborczego. W następnych i kolejnych już nie startował.

A po latach doszło do tego, co oglądaliśmy na filmie. Największa w historii żydowska partia polityczna przeszła do historii.

Czy coś z tego wynika?

                                                            joanna s.


 

Żydzi i nasi

Ogarnął mnie niepokój przed 70-leciem powstania w getcie. Nie  wydaje mi się, aby te uroczystości, otwarcie imponującego Muzeum Historii Żydów Polskich były poza wszelką, niosącą bardzo przykre treści, debatą toczoną wyłącznie we własnym gronie przez wrogie sobie obozy polityczne. Czy prawdziwi Polacy tym razem odpuszczą? Nie jestem pewna.                       

Właśnie obejrzałam niemal skończoną budowlę, imponującą! Podziwialiśmy pełną harmonię ze stojącym naprzeciw głównego wejścia pomnikiem bohaterów powstania w getcie autorstwa Natana Rappaporta (skądinąd jednego z najlepszych warszawskich monumentów).

Szykują się liczne obchody i wydarzenia związane z rocznicą, w tym utworzenie „żywego muru” getta, spotkania, debaty, wystawy (m.in. polskiej sztuki inspirowanej Holokaustem).

Dlaczego poczułam się nieswojo? Bo na marginesie rocznicy i obchodów pojawiła się znów rywalizacja dwóch powstań – tego w getcie i tego prawdziwego – warszawskiego. Które było potrzebne, ważniejsze, prawdziwe czy prawdziwsze, nieważne czy określenie „prawdziwszy” ma jakikolwiek sens.

Nagle, po dwóch latach od opublikowania bardzo ciekawej i pod wieloma względami pionierskiej książki Elżbiety Janickiej „Festung Warschau” w wywiadzie, jaki niedawno przeprowadził z autorką dziennikarz PAP, wraca kwestia rzekomego czy prawdziwego (nie wiem) antysemityzmu ojca słynnego „Zośki”, wprowadzenie przez niego, jako ówczesnego rektora Politechniki Warszawskiej w 1936, getta ławkowego. Elżbieta Janicka powraca też do nacjonalistycznych i antysemickich nastrojów w najbardziej patriotycznym warszawskim liceum Batorego, z którego wywodzili się bohaterowie „Kamieni na szaniec”, kultowej opowieści formacyjnej wielu już młodych pokoleń.

Przy okazji mówi o przedziwnym uczuciu łączącym Rudego i Zośkę, podobnym, zdaniem autorki, do homoerotycznych uścisków sławnych starożytnych wojowników (Achilles, Patrokles). Podobno nauczyciele („Kamienie na szaniec” są lekturą obowiązkową) czerwienią się ze wstydu, bełkocą, nie wiedzą jak reagować na sprośny rechot uczniów, pokazujących w klasie zdjęcia Rudego w sukience z bufkach i na dodatek w kwiatki. Tę bezradność i poczucie bezsilności przeżyła sama autorka!

Nie jestem zwolenniczką spiskowych teorii. Na moje wyczucie, na takie dictum autorki (już bardzo ostro komentowane w różnych mediach) szykuje się okrutny rewanż ze strony różnych prawdziwych Polaków i wszechpolaków. Nie wiem, czy nie czeka się z kulminacją na samą rocznicę.

Jednocześnie trwa dyskusja o tym, gdzie postawić pomnik Sprawiedliwych Polaków , jest inicjatywa, by stanął on na terenie intra muros getta. Projektodawcom nie trafiają do przekonania argumenty, że można sobie wyobrazić miejsce bardziej stosowne niż ten teren śmierci i poniżenia warszawskich, ale przecież nie tylko warszawskich, Żydów.

Był też w ostatnim czasie nieprawdopodobny, antysemicki par excellence wywiad profesora Krzysztofa Jasiewicza z PAN-u. Czytałam potem, że wszystkim wiadomo, że Krzysztof Jasiewicz deklaruje się jako antysemita, i że w związku z tym nie należy się dziwić treści wywiadu. Ale ja się dziwię, więcej jestem zbulwersowana!

Nie do końca wiem, co te wszystkie „przygotowania” oznaczają. Ale nie ulega wątpliwości, że są związane z nadchodzącą rocznicą. Te przygrywki brzmią bardzo fałszywie. Czy uda się uchronić przed tą kocią muzyką same uroczystości?

                                                           joanna s.

 


Prezes w smoleńskiej mgle

Prezes Kaczyński, widziałam to na własne oczy, jest dziś kimś zupełnie innym niż przed Smoleńskiem. Stał się nowym prorokiem, głoszącym swe nauki niezależnie od jakichkolwiek realiów. Oglądając wywiad, jaki przeprowadziła z nim dziennikarka TVP Info, jedyna osoba spoza mediów uznanych za właściwe przez PIS (prawdopodobnie dlatego, że pracowała w „Wiadomościach” za czasów jego premierowania) nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy dzień po katastrofie. Poza nią i śmiercią brata, wszystko jest nierzeczywiste, nieistotne, we mgle.Dziennikarka, osoba miła i kulturalna nie rozmawiała z prezesem na kolanach. Oczywiście nie zadawała mu trudnych pytań i wystrzegała się polemiki. Rozmawiała z nim jak z człowiekiem, któremu niebo spadło na głowę (rzecz, której najbardziej obawiali się starożytni Gallowie).

Kaczyński jest opętany ideą zamachu. Utwierdzają go w tym najbliżsi współpracownicy, ideowcy zamachu, jak Antoni Macierewicza, wspierani przez część profesury. Tu nie chodzi o fakty. Prezes PAN-u Michał Kleiber nie osiągnie niczego proponując spotkanie naukowców z obu stron.Bo katastrofa smoleńska jest tylko wygodnym, zrozumiałym dla każdego pretekstem dla wzajemnej, zajadłej wrogości dwóch prawicowych obozów politycznych. Nie zdziwiłabym się, gdyby prezes był jedyną osobą, która naprawdę wierzy w zamach.

Nikt nikogo nie przekona. Bo najpierw trzeba by było rozstrzygnąć czy ruscy zawsze kłamią, knują przeciw nam, za wszelką cenę chcą nas oszukać i poniżyć, kto jest prawdziwym patriotą i dumnym Polakiem, dlaczego jesteśmy wielkim narodem, który nie daje sobą pomiatać, kiedy Polska stanie się wreszcie światowym mocarstwem, na co w pełni zasługuje, za względu na swoje historyczne zasługi, jak powstrzymanie nawały tureckiej i bolszewickiej oraz obalenie komunizmu itd,itp.

W tych sprawach porozumienia nie było i nie będzie. W sprawie katastrofy smoleńskiej oczywiście też. Bo katastrofa jest tu przecież tylko figurą na szachownicy, która – w końcówce meczu-  po długich i skrajnie wyczerpujących bojach ma wymierzyć ostateczny cios tym małym, nieporadnym, tchórzliwym, skorumpowanym, wypranym z wszelkiego patriotyzmu rządzącym! 

                                                           joanna s.


 

 

Polaku, radź sobie sam!

I tak już jest! Zaciekawiło mnie, dlaczego tak mało osób zwraca się o pomoc do urzędów pracy. Co innego brać od up ubezpieczenie zdrowotne. Bo ono naprawdę się liczy. Dla młodych, średnich i starszych, czyli tzw.dojrzałych.

Odpowiedź jest prosta jak podanie ręki! Mało kto wierzy, że urzędy pracy znajdą pracę, albo nauczą czegoś pożytecznego. Jeśli nie dla pracodawcy, to przynajmniej dla samego poszukującego. Jeśli chce się znaleźć zajęcie, trzeba szukać znajomości, nawiązywać kontakty z kim się da, bo nigdy nic nie wiadomo. Do tego służą puby, dyskoteki, a przede wszystkim internet, portale społecznościowe, gdzie szuka się bratnich dusz w kraju i za granicą. Państwo jest tu całkowicie niepotrzebne. A jak egzotycznych umiejętności uczy się bezrobotnych w urzędach pracy! Bo na tym się zarabia. Na bezrobotnych żerują całe tabuny pseudospecjalistów i dziesiątki firm.                            

Wystarczy poczytać o nieszczęśnikach wciskających po takich „szkoleniach” z układania bukietów swoje cv, napisane, oczywiście, zgodnie z poleceniami ekspertów, ewentualnym pracodawcom, którzy od razu wiedzą, że jeśli kandydat mógł liczyć tylko na wsparcie urzędu pracy, do niczego się nie nadaje.

Większość przeżyło już taki stres i poniżenie. Rzadko kto próbuje drugi raz. Już raczej spakuje torbę i pojedzie upokarzać się za granicę. Tam przynajmniej nie widzi tego rodzina i znajomi.

Dziwiłam się na początku, że nawet pełny etat nie jest dla bezrobotnego najważniejszy. Wystarczy ćwiartka i minimalna płaca, żeby nie trzeba było płacić za pierwszą pomoc czy szpital. A dalej mogą być już śmieci albo kasa pod stołem. Bo tak naprawdę niemal nikt już nie wierzy, że dostanie kiedykolwiek jakąkolwiek emeryturę. A nawet czy do niej dożyje, bo wiek, w którym da się przejść na emeryturę, na pewno będzie się dalej przedłużał. A czy firma, a nawet urząd państwowy przetrwają do pierwszych fiołków? Podobnie jak w XVII wieku kurtyzany u kompletnie zapomnianego nawet we Francji subtelnego znawcy dusz Theophile’a de Viaux zastanawiały się, czy ich uroda przetrwa do  zakwitnięcia. Bo jeśli nie miały wątpliwości, to życie nadal mogło być piękne! 

Kiedy nie tak dawno ówczesny wicepremier Waldemar Pawlak głośno powiedział, że nie martwi się, z czego będzie żył na starość, bo ma dzieci, które go wyżywią, wzbudził zgorszenie pomieszane z niedowierzaniem. Ale już mówi się o tym jako o czymś całkowicie naturalnym, a Pawlak stał się klasykiem i uosobieniem zdrowego rozsądku.

Profesor Bauman nie ma racji pisząc, że dopiero nasze pokolenie żyje w płynnym świecie. Gdzie nic nie jest pewne i stałe. Tak było zawsze, niestety. Tyle że kiedyś żyło się tak krótko, że mało kto o tym wiedział. 

                                                    joanna s.

Jej Wysokość Jolanta Kwaśniewska

Nie żebym interesowała się specjalnie byłą prezydentową i jedyną, jak na razie, kandydatką na królową Polski, której ustąpienie z Kongresu Kobiet stało się sensacją dnia. Ten wyjątkowy status celebrytki i Matki – Polki w jednym jest jedną z największych zdobyczy ostatniego dwudziestolecia.Nawet najbardziej zatwardziali niedowiarkowie mogli sie o tym przekonać podczas niedawnego ślubu następczyni tronu in spe w katedrze WP przy Długiej, która nigdy w historii takich tłumów nie oglądała.

Pani Jolanta, jej suknia i woalka, miejsce u boku prezydenta, przywitania i powitania prezydenckiej pary, uśmiechy rozdawane gapiom i gościom stały się wydarzeniem o wiele ważniejszym niż główna przyczyna, dla której tłum wzbierał i napierał. Córka, oczywiście, jest także celebrytką, tyle że pół kroku z tyłu, chociaż debiutowała na najsłynniejszym balu arystokratycznych panien na wydaniu w Paryżu.

Małżonek z arystokracji nie pochodzi, ale przecież nie musi, jak brytyjska księżna Kate. Jest synem multimilionera, w PRL-u zwykłego prezesa spółdzielni mleczarskiej. Jeśli nowa para budzi także ciekawość, a pan młody zapraszany jest z zespołem jako gwiazda różnych przyjęć i eventów, to jednak głównie z troski o ciąg dalszy dynastii, na który pani prezydentowa „jest już przygotowana”.

W tych oto królewskich okolicznościach nastąpił nagły i niezbyt zrozumiały odskok Kwaśniewskiego do polityki u boku Palikota. Być może – ostrzegam – dotyczyć to będzie w niedalekiej przyszłości również małżonki! Bo nie zdziwię się, jeśli pani Kwaśniewska zaszczyci swoją aparycją listę Europy Plus, obok lub zamiast małżonka. W zależności od okoliczności i koniunktury. W każdym razie Kongres Kobiet stracił jeden ze swoich najcenniejszych (a może najcenniejszy) klejnot!

Nie wiem, czy dobrym wyborem dla królewskiej pary jest polityczne użeranie się z przyjaciółmi, mniej lub bardziej chłodnymi. Szczególnie  odradzałabym to prezydentowej, której doskonale szło wcielanie się w legendę Ireny Dziedzic, tyle że w III RP.

To prawda, że dla obojga nie ma odpowiednio prestiżowego miejsca w dzisiejszej kryzysowej Polsce. Ale można byłoby je stworzyć. Państwo Kwaśniewscy świetnie zarządzaliby np. Pałacem w Wilanowie czy Zamkiem Królewskim, gdzie urządzaliby wykwintne przyjęcia w gronie swoich znajomych celebrytów jako imprezy integracyjne dla korporacji lub wesela, chrzciny, osiemnastki, studniówki itd. dla zwykłych śmiertelników. Występy zięcia byłyby dodatkową atrakcją, a fotografie z Jolantą i Aleksandrem pamiątką na całe życie.

Panie ministrze kultury, może warto to przemyśleć?

                                                                 joanna s.