Minęło już trochę czasu od 70.rocznicy powstania w getcie i można chyba mówić o tej rocznicy normalnie, bez zacietrzewienia i emocjonalnego nadmiaru!
Bo to, co się wydarzyło z tej okazji, nie przybliżyło nas do prawdy i o powstaniu i o Zagładzie. Nie wiadomo też, czy dzięki kolejnej rocznicy coś się zmieniło w naszym, przecież nie wspólnym nastawieniu do tego buntu desperatów, którzy nie mogli nawet marzyć o jakimś zwycięstwie, a także do Żydów i kwestii polskiego antysemityzmu.
W dniach rocznicy szukano przede wszystkim efektu i efektów o tabloidowym smaku. Na przykład miłośnicy przygód (?) mogli przejść się po czyściutkim, aseptycznym kanale przy Karowej, którym podobno przeprawiali się prawdziwi powstańcy. Nie dość, że oczywiście tak cudnie ten kanał tak w 1943 r. nie wyglądał, ale drugą przykrą i niezrozumiałą nieprawdą jest to, co uparcie głoszono, że tamtędy właśnie mieliby się przeprawiać się na aryjską stronę uciekinierzy z getta.
Nieprawdziwych, wymyślonych na tę okazję pytań i stwierdzeń pojawiło się znacznie więcej. W mediach, zwłaszcza w „GW” zastanawiano się: były dwa powstania – w getcie i warszawskie – czy tylko jedno w dwóch wersjach? Czy powstania w getcie nie można nazwać „pierwszym powstaniem warszawskim”, skoro było ono – jak tego chce Władysław Bartoszewski – „arcypolskie”? Rozumiem, że ci, którzy zadawali te pytania, pragnęli wreszcie „oswoić” powstanie w getcie, które u nas (jak wiadomo,w odróżnieniu od Zachodu) jest – mimo wszystkich wysiłków historyków – znacznie mniej znane niż walka i udział niemal całej ludności Warszawy w 1944 r. Chyba jest oczywiste dla każdego że te dwa wydarzenia, ogromnie ważne w polskiej historii różnią się niemal wszystkim: znaczeniem symbolicznym, wartościami, których broniono, zasięgiem, liczbą uczestników, stosunkiem do nich Żydów i Polaków itd., wreszcie szansami.
To porównanie okazało się, mówiąc łagodnie, kontrowersyjne i po jakiejś chwili przestano o nim mówić. W sposób oczywisty powstanie w getcie nie było też „wspólne”, jak tego chce architekt i varsavianista Jerzy S. Majewski To już niestety chciejstwo ewidentne dla każdego, kto o zrywie w getcie kiedykolwiek cokolwiek czytał, nie mówiąc już o żyjących uczestnikach.
Nawiasem mówiąc sukcesem nie była też akcja „żonkil”. Trudno było znaleźć wolontariuszy rozdających żółte origami na ulicach. Znalazłam wreszcie dwie dziewczyny, które żonkile miały schowane w torbie. Przylepiłam do płaszcza i sama się zdziwiłam, jak bardzo ten żółty papierowy kwiat przypomina gwiazdę Dawida, którą przymusowo nosili Żydzi w okupowanej Europie. Przeszłam udekorowana przez Al.Solidarności aż do Żelaznej (teren getta) i nie spotkałam nikogo z żonkilem w klapie.Czułam się trochę głupio, tym bardziej że napotykałam niezbyt przyjazne spojrzenia, a nawet szeptane komentarze. Dwie sąsiadki, spotkane przy Jana Pawła przywitały mnie serdecznie, ale kiedy spojrzały na klapy mojego płaszcza, uśmiech zastygł im na ustach i szybko odeszły w swoją stronę. Jedynym miejscem, gdzie paradowanie z żonkilem było czymś normalnym, było otwarte właśnie Muzeum Historii Żydów Polskich, w którym obejrzałam dokument o Kaziku Ratajzerze. Czułam się pokrzepiona, słuchając co i jak mówi o powstaniu w getcie i swoim udziale w powstaniu warszawskim ten skromny, zwyczajny bohater. Natomiast otwierając olśniewające swoim wyglądem Muzeum, zapomniano o przygotowaniu jakiejkolwiek ekspozycji. Jeśli nie 19 kwietnia, to kiedy?
W ŻIH-u otwarto ciekawą, acz niepozbawioną wad wystawę „Sztuka wobec Holokaustu”(nierówny poziom prac!), która bez kompleksów mogłaby się znaleźć w Muzeum, a nie w ciasnych klitkach ekspozycyjnych Żydowskiego Instytutu Historycznego. Ale najwidoczniej nikt o tym nie pomyślał.
Mnie natomiast dały do myślenia filmy wyświetlone w ramach dorocznego festiwalu „Żydowskie motywy”. Półamatorski dokument o pogromie w Szczuczynie i „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego nie pozwalają zapomnieć o milczeniu lub awanturach (na zmianę) na temat udziału niektórych naszych rodaków w Zagładzie. Przykra jest konfrontacja z filmem „Powrót” o losach żydowskiej dziewczynki z rumuńskiej, a właściwie nadal węgierskiej Transylwanii, która ponad 30 lat po wojnie odwiedza rodzinną wioskę. Żydowskie domy w ruinie, ale nie zamieszkane, ci, którzy uratowali się, mieszkają u siebie, cmentarz i synagoga nienaruszone, wszystko – poza niszczącym upływem czasu – pozostało, jak było. Bohaterka odnajduje bez trudu w szałasie, w którym ukrywała się jej rodzina, swoją pozostawioną przed laty lalkę.
I co tu dodać?
