Kto wymyślił profesora Hartmana?

Mimo że oglądałam profesora na własne oczy, mam wrażenie, że jest postacią wymyśloną, nierzeczywistą, z kosmosu.

Mówi i pisze rzeczy, o których tak się u nas nie mówi i, oczywiście, nie pisze. Czasem trafnie i ciekawie, a czasem, niestety, ponoszą go nerwy, a efektem są takie pokraczne teksty jak te ostatnie o stanie edukacji (o którym skądinąd wiadomo, że jest fatalny).

Bardzo wnerwiony wykrzyczał w „GW” coś w rodzaju manifestu pod hasłem „zamknąć te szkoły”! Szkoła – głosi – jest – i zawsze była, i zawsze będzie – „bastionem drobnomieszczaństwa i filisterstwa, wszelkiej dulszczyzny i oportunizmu”, a jej program to breja ulepiona z przypadkowych i mało pożywnych składników.

I dalej:”masowa edukacja powstała głównie po to, by pod pretekstem nauki umiłowania ojczyzny umacniać więź młodego obywatela z państwem ( i jego religią), kładąc mu do głowy stosowne mity, a gdy trzeba, to i podsycając nienawiść do „odwiecznych wrogów”. Upadek tej najgorszego autoramentu schedy, jaką stała się szkoła powszechna, zresztą nie wiadomo która – podstawowa czy średnia, a może obie, jest  – zdaniem profesora – zjawiskiem powszechnym i nieodwracalnym. Żadne reformy niczego nie zmienią.

W tej beznadziejnej sytuacji, jak ją określił, proponuje – nie dostrzegając tu najmniejszej sprzeczności – swoje „pięć punktów”dla szkoły, które mają być „połowicznym urealnieniem programu nauczania”. „By człowiek umiał myśleć logicznie, trzeba go uczyć logiki, by liznął mądrości, potrzebuje trochę filozofii, skoro ma być obywatelem, trzeba go uczyć podstaw prawa, skoro tak strasznie chce żyć sto lat w zdrowiu i seksie, trzeba go uczyć elementów medycyny, skoro chce mieć dużo pieniędzy, niechaj się dowie, skąd się bierze bogactwo i bieda.”

Co do tego ostatniego, to trzeba by było w naszych szkołach (podstawowych? średnich?) zatrudnić laureatów nagród Nobla z ekonomii, ale nie sadzę, by żyło ich tylu, by mogli obsłużyć więcej niż dziesięć polskich szkół. A czy nauczyliby kogoś, co robić, by być bogatym, szczerze wątpię, bo gdyby sami dokładnie wiedzieli, byliby bilionerami, a nikt z nich nie był i nie jest, bo nie o to im chodzi. Co do pozostałych punktów, też nie wiem, kto i jak miałby w tysiącach szkół uczyć logiki, filozofii (jakiej i jak?), podstaw prawa (polskiego, rzymskiego, europejskiego?), elementów medycyny (jakich?) tak, by osiągnąć wskazane przez profesora cele.

Rozumiem, że cała reszta dzisiejszego bagażu jest do wyrzucenia na śmietnik! A więc byłoby chyba jeszcze gorzej niż jest teraz. Oczywiście nieprawda, że taka „szkoła” dałaby uczniom „jakieś minimum orientacji w świecie i trochę rozwinęła ich inteligencję”.

A w ogóle, czy w szkole tylko o to chodzi? Jest wielki problem, czego i w jaki sposób uczyć we wszystkich szkołach wszystkich szczebli w świecie, który zmienia się w szaleńczym tempie i w którym nikt z nas nie wie, co będzie robił i z czego żył, jeśli nie jutro, to za miesiąc lub dwa. Co jest ważne na całe życie, poza umiejętnością czytania, pisania i liczenia, czego nie można się nauczyć poza szkołą?

Pewnie umiejętności uczenia się, ale czy na pewno? Coś tam na ten temat jeszcze napiszę, bo nie odpowiadają mi żadne recepty wypowiadane przez Hartmana ani „kanony”i „rygory”, podsuwane przez zagonionych do dyskusji innych profesorów!

                                            joanna s. 

 

Limeryk

        Pewien A., pominę nazwisko
    Lubił wsadzać kijek w mrowisko.
    Wskutek wielu potyczek
    Złamał mu się patyczek
    Więc do Rudy na lato prysnął.

                                                       Maria Ekier

Refleksje o zpamigu

 

   Obecna wystawa członków ZPAMiG-u w lirycznej aurze Ogrodu Botanicznego daje wcale dobrą okazję do podzielenia się kilkoma refleksjami o sensie, pożytkach czy ewentualnych gorszych stronach praktyki zrzeszania się artystów w związki, grupy, stowarzyszenia…

     Właśnie dlatego, że w tej chwili brak jubileuszowych okazji (choć i te dałoby się łatwo znaleźć) można przez chwilę zastanowić się – po co. Po co artyści łączą się, zakładają swoje organizacje i konfraternie, toczą czasem zaciekłe boje o utrzymanie ich przy życiu, a one dla kształtu i jakości ich własnej twórczości, w sensie formalnym, mają przecież znikome, by nie powiedzieć żadne, znaczenie. A jednak robią to. Rozmyślnie i z premedytacją, instynktownie bądź odruchowo – nieważne – robią to.

    Myślę, że pierwszym i najważniejszym powodem, że tak się dzieje, jest potrzeba szczególnej konfrontacji. „Przejrzenia się” w oczach konkurenta, rywala, sojusznika i druha we wspólnym zdążaniu do celu. Szukania, i czasem znajdowania, czasem nie, pomocy i wsparcia wynikającego z obrania tej samej życiowej drogi, a również, co nie jest bagatelne, kształcenia i samodokształcania się w zbiorowości.

    Nade wszystko zaś, poprzez suwerenne utworzenie przez samych artystów swego rodzaju sceny, jaką jest związek czy stowarzyszenie, mogą oni z tej sceny głosić swe prawdy, wiecznie niesyci satysfakcji, mogą do tej sceny przyciągać widzów, wreszcie na niej ciągle być. I to jest również  „ magia” zawodu artysty – powołanie.  Sztuka powstaje w pustce i samotności, ale jest też domeną społeczną  i nikt i nic z niej tej cechy służebnej, działania dla drugiego człowieka, posłannictwa – mówiąc górnolotnie – nie zdejmie.

   Piszę te uwagi jako człowiek z długoletnim doświadczeniem (będzie już 50 lat), działacza Związku Polskich Artystów Plastyków, Stowarzyszenia Artystycznego SZTUKA i przede wszystkim jako współzałożyciel, organizator i lider – a w trudnych czasach pełniący rolę piorunochronu zbierającego wyładowania – Związku Polskich Artystów Malarzy i Grafików.    

   ZPAMiG powstał właśnie w trudnych czasach po rozwiązaniu przez władze państwowe  ZPAP {co nastąpiło 21.07.1983 roku), a nie jako jego konkurent czy substytut, dywersja, agentura reżimowa itp. itd., jak obficie etykietowała go ówczesna opozycja.

   Nie byłoby potrzeby jego powoływania, gdyby nie nieprzytomna w swej zajadłości polityczna hucpa uprawiana w walce z peerelem, która doprowadziła do likwidacji ZPAP, a faktycznie głupota jego ówczesnych „prezesów” – Jerzego Puciaty, który w 1980 roku spektakularnie się zatoczył – w czym miał wprawę z życia towarzyskiego w poprzednim wcieleniu – od ściany do ściany (od superlegalizmu względem PRL-u do antykomunistycznego fundamentalizmu) czy Zbigniewa Makarewicza, prawdziwego konceptualisty, skutecznie osiągającego stan doskonałej anihilacji. To pod ich egidą doszło do dramatu, który dotknął tak wielu artystów, członków ZPAP. Warto wspomnieć,że prawdziwy mózg opozycji, Janusz Kaczmarski, absolwent studiów w Leningradzie i wieloletni prezes ZPAP, nie wychylał się wtedy. Nie ryzykował, wolał pozostać w cieniu za plecami kolegów. Widać profesura na państwowej wyższej uczelni warta była mszy.

   ZPAP nie musiał zostać rozwiązany. Mądrzejsze bratnie stowarzyszenia, jak np. SPATiF czy Związek Kompozytorów Polskich, pozostały nietknięte. Ówczesny wicepremier Mieczysław Rakowski robił wszystko, by do tego rozwiązania nie doszło (nie leżało też ono w interesie władzy), przyznają mu to nawet wrogowie polityczni, ale oszołomstwo  i nagły „wysyp” nawiedzonych (poprzednio gorliwie służących i pilnie kolaborujących z „komuchem”) jednak do tego doprowadził. Dlatego uprawiając później brudną kampanię oszczerstw i wymyślnego szkalowania ZPAMiG-u, w czym celowali np. Andrzej Osęka czy Anda Rottenberg, usiłowano tym zasłonić swe faktyczne sprawstwo i „zasługi” w rozwiązaniu ZPAP..

    ZPAMiG powstał w próżni, w jakiej latach osiemdziesiątych znalazło się całe środowisko plastyków pozbawione swego tradycyjnego oparcia w zawodowej strukturze. Zrodziła go więc naturalna potrzeba samoorganizacji. Jej ciężar wzięli na siebie wielcy, wybitni polscy artyści o ugruntowanej pozycji w naszej sztuce, którym dla wizerunku nie były potrzebne wątpliwe splendory wynikające z powołania nowej organizacji twórczej.

   Byli to przede wszystkim inicjatorzy powołania ZPAMiG-u – Mieczysław Wejman, wieloletni rektor krakowskiej ASP, Stanisław Dawski, wieloletni rektor wrocławskiej PWSSP, Władysław Jackiewicz, wieloletni rektor gdańskiej PWSSP i ASP, Leon Michalski, wieloletni prorektor warszawskiej ASP,  którzy doprowadzili do zwołania Zjazdu założycielskiego ZPAMiG w Zaborowie (18.02.1984) i w konkluzji do I Zjazdu ZPAMiG w Warszawie ( 13.05.1984).

    Czy bez złej woli można negować rangę i znaczenie dla polskiej kultury takich twórców, a zarazem współzałożycieli, a później aktywnych członków ZPAMiG jak:  : Kiejstut Bereźnicki, Olgierd Bierwiaczonek, Włodzimierz Buczek, Edmund Burke, Edward Dwurnik, Wiesław Garboliński, Władysław Hasior, Jerzy Duda-Gracz, Kazimierz Ostrowski, Geno Małkowski, Erna Rosenstein, Tadeusz Kulisiewicz, Andrzej Pietsch, Jan Wodyński ?

   I znów warto sięgnąć wstecz, do historii organizowania się artystów w  zawodowe konwentykle i ugrupowania. Wywodzą się one z cechowych tradycji i ówczesnej organizacji życia społecznego, z pracowni majsterskich i interesów ekonomicznych, jakie dany mistrz i krąg jego uczniów i wyznawców podzielał i partycypował w efektach. Funkcjonowała więc prosta, niekwestionowana zasada – zawód, cech, czyli w tym przypadku pracownia, dostarczał produktu, dzieła. Wytwarzający to dzieło,  połączeni byli wspólnym, naturalnym interesem. Celem, najogólniej mówiąc, była doskonałość, doskonalenie się, jako niosące sławę i tym samym zabezpieczające byt. Ten mechanizm funkcjonujący oczywiście z nieskończoną ilością modyfikacji i niuansów pozostał w istocie niezmienny.

   W czasach nowożytnych, w II RP, mechanizm zdemokratyzował się, odrzucając podstawy absolutystyczne, oddalając się od mistrzów i mistrzostwa będącego alfą i omegą, na rzecz struktur samorządowych, branżowych. Takich jak zawiązany wówczas Związek Zawodowy Polskich Artystów Plastyków, jak Sztuka użytkowa, Warsztaty zakopiańskie i dziesiątki innych.

   W Polsce Ludowej wszystkie te związki i stowarzyszenia zostały połączone w jedną masową organizację pod nazwą Związek Polskich Artystów Plastyków, zrzeszającą niemal całe środowisko plastyczne, która w apogeum swego znaczenia i wpływów liczyła kilkanaście tysięcy członków!. W siedmiu sekcjach; malarstwo, grafika, rzeźba, architektura wnętrz, konserwacja, wzornictwo przemysłowe, scenografia, grupowało różne, jak byśmy dziś powiedzieli, odrębne byty, profesje, które z biegiem czasu przejawiały coraz silniejsze tendencje do emancypacji i uwolnienia się od anachronicznego i glajchszaltującego, zetpeapowskiego gorsetu..

   Grunt więc został przygotowany i w chwili rozwiązania ZPAP już istniał np. niedawno powołany Związek Artystów Rzeźbiarzy, a wnet pojawiły się inne. ZPAMiG „wszedł” więc w próżnię zgodnie z tendencjami, jakie narastały wewnątrz środowiska, wyrażając jego wolę, które z polityką a zwłaszcza politykierstwem nie miały nic wspólnego.

   Dzieląc się  tymi bardzo osobistymi refleksjami, chciałbym obecnym zpamigowcom, którzy tworzą niewielki obecnie związek, (ale bez przesady – inni też nie są dziś potęgami), dodać otuchy i dostarczyć argumentów, że mają rzetelny, warty pochwalenia się rodowód. To dzięki ZPAMiG-owi powstało w Zamku Ujazdowskim w Warszawie Centrum Sztuki Współczesnej ! Gdyby nie ZPAMiG i jego uporczywe starania, nigdy by do tego nie doszło ! Co niestety oczywiste w dzisiejszych praktykach, fakt ten jest starannie i konsekwentnie przemilczany, a co dopiero żeby kiedykolwiek spotkał się choćby ze zdawkowym podziękowaniem.

   To dzięki związkom twórczym – dawnemu ZPAP ale i ZPAMiG–owi i jego działaczom – dlatego że związki te istniały – mogły dosłownie wydzierać od administracji państwowej na przykład decyzje o budowie pracowni plastycznych w Warszawie i innych miastach. „Przydziały” na nie, (a nie sprzedaże !), które przypadły wówczas członkom Związków, może już dziś u wielu zatarły się w pamięci. przyjemniej wszak żyć w przekonaniu, że się to po prostu wszystko należało, a wzięło się znikąd…Może przypomną sobie mieszkańcy Starego Miasta, osiedla Bernardyńska w Warszawie…Może inni…

   Dobrze, że dziś przynależność artysty do związku twórczego nie jest obowiązkiem. Ale tym bardziej dzieła sztuki pozostają wolne od tych wydumanych często współzależności, których gorzkie lekcje niestety już kiedyś braliśmy. I tak powinno pozostać. A dbanie o swoje stowarzyszenie, towarzystwo, o klimat sprzyjający i pomagający sztuce, a nie szkodzący jej – warto. Będąc razem.

 

 

                       Warszawa, maj 2013                              Andrzej Skoczylas