Przeczytałam w „GW” wywiad z interesującym mnie profesorem Hartmanem. Byłam ciekawa, jak on sam siebie ogląda i ocenia jako filozofa i aspirującego polityka.
Przyznam się, że myślałam, że wniesie on coś nowego do pejzażu umysłowego naszej lewicy, który – moim zdaniem – jest szary i raczej depresyjny. Rozczarowanie pełne. Poza antyklerykalizmem, który podzielam i o którym miałam już okazję pisać, nie zauważyłam w wywiadzie śladu poglądów filozoficznych ani społecznych profesora. Nie wiem, jacy filozofowie są dla niego ważni, jakie dzieła ceni i dlaczego. Wyczytałam tylko znużenie wykładami innych profesorów, tych lepszych średniaków, co się oczywiście zdarza i to często. Ale co znajduje się w pana bagażu filozoficznym ? Wielka niewiadoma!
W „Rzeczpospolitej”przeczytałam w kolejnym wywiadzie z panem (żwawo reklamuje pan swoją książkę), że najchętniej wprowadziłby pan odpłatne studia wyższe i takąż służbę zdrowia.Czyli w tej sprawie różni się pan od wszystkich tych, którzy walczą o równy start dla wszystkich Polaków! Pełny liberał! Czy to wypracowany pogląd czy chwilowy kaprys?
W obu wywiadach jednak najwięcej jest o panu. Mówi pan o sobie mało ciekawie, a co gorsza – mimo że chwali się pan swoja samokontrolą – to w pańskich wypowiedziach nic takiego nie występuje. Poza rozmaitymi objawami zdenerwowania nie ma tam niczego ani nowego ani godnego uwagi. Czy perypetie z pracą dyplomową, albo stosunki z tatusiem warte są tak szerokiej i szczegółowej ekspozycji?
Jest pan faktycznie nerwowy, nawet znerwicowany, wybuchowy i impulsywny. Cechy jak na filozofa ( dla którego – jak nauczał Arystoteles – najważniejsze jest poszukiwanie „złotego środka”), przyzna pan, dosyć rzadkie. Chociaż zdarzali się i tacy cholerycy jak pan. Tyle że ci, których pamiętamy, wnieśli coś ważnego do filozofii.
Pan wykłada historię filozofii, a uczelnia skazuje na pana obecność różnych młodych ludzi. Czy pan wie, jak pana oceniają? To byłoby ciekawe, bo tak naprawdę nade wszystko pan kocha być Hartmanem. Czyli nie wiadomo, czy narcyzem, czy kabotynem, mędrcem czy błaznem. Myślę, że po trochu wszystkimi naraz.
Chce pan walczyć ze złem, co uważa za nieporównywalnie pilniejsze niż pisanie o rzeczach dobrych.No, nie wiem. Pisanie na „tak” jest zdecydowanie trudniejsze. Ale zgadzam się, że Hartman wie, jak pisać teksty tak, aby dotknęły do żywego sprawców tego, co uważa za zło. Po napisaniu jednak chowa się w mysią dziurę i udaje, że go nie ma. Przede wszystkim chce walczyć z obłudą. Z którą nikt jeszcze nie wygrał, bo jest wygodna i uczy się jej od dziecka, a potem wielu dobrze służy przez całe życie. Myślę, że zło ma wiele innych niebezpieczniejszych postaci!
Poza tym Hartman ma zamiar uszlachetnienia polskiej polityki, bo jak pisze:” jeśli ludzie z cenzusem, na przykład profesorowie czy działacze społeczni z dużym dorobkiem, będą się przyłączać, to państwem rządzić będą nie tylko przeciętniacy. Prosta zasada”.
Dla mnie za prosta. Uniwersytecka polityka nie sprawdziła się w historii. Nie chcę wspominać słynnego powiedzenia Bismarcka, ale wystarczy chyba starożytna sentencja : „najpierw żyć, później filozofować”.
Doświadczenia życiowe ma Hartman bardzo ubogie. I chyba tym tylko można tłumaczyć, że „oczarował go Palikot”! Ma pan podobno być giermkiem w jego orszaku. Nie zazdroszczę panu wiedzy i intuicji, skoro tak się pan deklaruje. Kiedyś trzeba się nauczyć, czym jest polityka, zwłaszcza ta w wydaniu Palikota. Najlepiej na własnej skórze. To będzie rozkoszna lekcja, gwarantuję!
joanna s.
