Przeczytałam to, co napisane w „gdybym…”i bardzo się zdziwiłam. Tekst jest pod hasłem : w PRL-u plastykom było fajnie, bo po socrealizmie władzy nie chciało się już niczego artystom narzucać, wszystko było wolno! To, że odpuszczono narzucanie artystom czegokolwiek, to prawda…Już w początkach odwilży, dokładniej w 1955, kiedy z okazji światowego festiwalu młodzieży i studentów wyszło na ulice i to dosłownie: nowe pokolenie artystów olśniło warszawiaków i nie tylko wielkoformatowymi, zaskakująco nowatorskimi dekoracjami Nowego Światu i na pół wypalonych ruin Marszałkowskiej. Czy ktoś (poza ówczesnym, nieżyjacym od ponad dekady ministrem kultury Włodzimierzem Sokorskim, patronem i pomysłodawcą wystawy) może pamiętać, że sławny Arsenał miał być pokazem sztuki socrealistycznej w wykonaniu nowego pokolenia studentów i absolwentów szkół artystycznych? A, jak wiadomo, stało sie symbolem buntu! Również organizatorzy i jurorzy I paryskiego Biennale młodej sztuki(1958), gdzie w naszej reprezentacji znalazł się kwiat młodych malarzy: Pągowska, Lebenstein, Gierowski,Sienicki,Dominik od razu zorientowali się, że polska sztuka, zawsze zwrócona na Zachód, nie chce już nawet pamiętać o socu, a w sposób naturalny wpatrzona jest znów w Paryż! Doceniono to natychmiast: Jan Lebenstein otrzymał wówczas jedną z pięciu nagród w dziedzinie malarstwa oraz – co ważniejsze – zachwycony Jean Cassou przyznał mu także Wielką Nagrodę Miasta Paryża (stypendium i wystawa w Petit Palais, jedyne tak znaczące wyróżnienie w Paryżu dla polskiej sztuki po dziś dzień!!!)
Po paru latach prób narzucania jedynej słusznej doktryny w dziedzinie sztuk plastycznych władza rozumnie przyjęła wobec artystów prostą zasadę, dziś brzmiałaby ona: róbta, co chceta!
Jednak jeżeli autor tekstu i malarz w jednym głosi, że polityka kulturalna, polityka mecenatu w peerelu była niemal wyłącznie w gestii środowiska, a władza nie wtrącała się właściwie do niczego, to trzeba – przeciwnie – ogłosić wielki triumf ówczesnej polityki kulturalnej prowadzonej w sposób tak wyrafinowany i w aksamitnych rękawiczkach, że adresaci w ogóle jej nie zauważali!!
Tymczasem było tak: marchewka-pieniądze mecenatu, które były podstawą egzystencji przytłaczającej większości środowiska (zakupy prac, zlecenia, wystawy, stypendia, nagrody, pracownie, mieszkania, nie wspominając już o niezliczonych plenerach, sympozjach, seminariach) były rozdzielane przez ministerstwo kultury, często, ale nie zawsze, w porozumieniu z ZPAP, wydziały kultury rad narodowych wszystkich szczebli oraz specjalnie do tego powołane instytucje państwowe , takie jak PSP, PKZ i inne, na czele których stali ludzie zaufani, którzy w przypadkach wątpliwych radzili się tych jeszcze bardziej zaufanych.
Z kolei Akademie i wyższe szkoły sztuk plastycznych dawały zatrudnienie i wysoką pozycję często wybitnym artystom, pod jednym warunkiem: lojalności i dobrej współpracy z organizacją partyjną i ogólniej z władzą.A najwybitniejsi artyści- Jan Cybis, Eugeniusz Eibisch, Xawery Dunikowski, Jonasz Stern, Artur Nacht Samborski objęli profesury z dobrodziejstwem inwentarza, niektórzy z nich nawet próbowali się mierzyć z wymogami socrealizmu („Lenin i spójniacy” Eibischa). Te same proste zasady obowiązywały wszystkich szefów państwowych muzeów i galerii. Ten system, którego, oczywiście, ważnym ogniwem był Związek Polskich Artystów Plastyków zrzeszający praktycznie wszystkich artystów tej dyscypliny, nie tylko organizacja twórcza i związek zawodowy, ale szerzej samorząd plastyków, mający swoje i to znaczne fundusze (odpisy ze wszystkich dochodów osiąganych przez członków, którzy otrzymywali swoje honoraria na konta prowadzone przez związek), galerie, ośrodki plenerowe, domy pracy twórczej, funkcjonował właściwie bez wielkich konfliktów aż do 1980 r. Oczywiście na licznych spotkaniach towarzyskich plotkowano i wyśmiewano się z różnych partyjnych i rządowych person, ale żeby otwarcie się przeciwstawiać? Co to, to nie! Środowisku powodziło się całkiem nieźle i nawet ta kawiarniana opozycja była finansowana często bezpośrednio przez tę głupią władzę!!!
Oczywiście, jak w każdym układzie trwała walka o pozycje, posady, wystawy, wyjazdy zagraniczne. Ale nic nie przeszkadzało późniejszym gwiazdom opozycyjnej sceny Aleksandrowi Wojciechowskiemu i jego ówczesnej asystentce Andzie Rottenberg aranżować polskie wystawy na weneckim Biennale, Andrzejowi Osęce pisać w reżimowej”Kulturze” i przygotowywać ekspozycję krakowskiej grupy Wprost (Grzywacz,Bieniasz, Sobocki)na kolejnym Biennale w Paryżu. Oczywiście nie wszyscy artyści „pasowali” do tego układu, bo układni w ogóle nie byli – Partum, Jurry, KwieKulik, ale i oni miewali swoje szanse…
Kiedy wybuchła „Solidarność” duża część środowiska straciła z zachwytu przytomność do tego stopnia, że w stanie wojennym wystawiała wyłącznie w kościołach!!! Dziś wielu woli tego nie pamiętać, podobnie jak i polski Kościół, który nie toleruje buntowników i potępia z ambon wszelkie „bezbożne” dzieła nawet w niezależnych galeriach, a jego wyznawcy bez żenady wytaczają artystom procesy o „szarganie świętości”!!!
Tymczasem artyści są pozostawieni sami sobie… niektórzy zyskują wsparcie mediów, inni nie…Wspaniała szkoła konformizmu. Bo środowisko samo już się nie broni. Bo nie ma jak. W III RP bohaterski ZPAP, rozwiązany w stanie wojennym nie ma żadnego znaczenia (choć jeszcze zipie), a układ, na czele którego stał, ostatecznie dokonał żywota. Sic transit, niestety. Frustracja? Tak, oczywiście!!!
joanna s.
