Czytam, że dziewczynki, wracając ze szkoły, pytają, czy można zarazić się gender. Czyli kampania trwa w najlepsze, zalewa nas fala,której początkiem stały się antygenderowe występy naszych(?) biskupów, którzy znaleźli wreszcie sobie odpowiednio groźnego wroga.
Bardzo byłam z początku zdziwiona, gdy hierarchowie rzucili się jak wściekli na „gender”. Oczywiście nie wyjaśniając swoim maluczkim, co to znaczy, bo wtedy manipulowanie duszyczkami jest o ileż łatwiejsze i przyjemniejsze! Od razu jasne się stało, że grzechy główne, herezje, odszczepieńcy, apostaci i inni husyci to betka wobec tej „ideologii”, negującej prawa natury i naukę Kościoła na temat kobiet, w której – jak wiadomo – tradycyjnie traktuje się je jak bezwolne i posłuszne maszyny do rodzenia i, oczywiście, bezkrytycznego słuchania i powtarzania tego, co im wkładają do głów ich duszpasterze.
Pyta mnie znajoma, dlaczego zamiast o”gender”nie mówi się o równouprawnieniu. Wtedy nikomu nie trzeba by było niczego tłumaczyć, bo od razu wiadomo, o co chodzi. Otóż właśnie dlatego, żeby zbyt wielu wiernych nie wiedziało, czym się ich straszy! Bo jak szybko wytłumaczyć przerażonej dziewczynce, że nie ma się czego bać,że nie można zarazić się „gender”, skoro na plakacie w szkole przedstawiono „to” jako rodzaj dżumy czy cholery? Ona już się tym przejęła i trzeba będzie dużo czasu i cierpliwości, by wyjaśnić, o co chodzi w tym „gender”.
Także dużo całkiem dorosłych kobiet, niewprowadzonych w sprawę nie wie, czym jest ten straszny „gender”. Ale puszczaja klątwy biskupów mimo uszu, o czym świadczy brak zainteresowania i omijanie tematu po obowiązkowym wysłuchaniu listu biskupów w trakcie niedzielnej mszy. Tworzą się co prawda wśród wiernych kółka potępiające cały ten „gender” jako obrazę boską, ale wydaje się, że prędzej czy później temat umrze śmiercią naturalną. Już stał się przedmiotem kpin i drwin, dowcipów i zabawnych memów.
Hierarchowie tymczasem nadal uważają, że natrafili na rodzaj złotej żyły i nie zaprzestają swojej „antygenderowej kampanii”, licząc na niezorientowanych czy słabo wykształconych wiernych, dla których to brzmiące obco słowo ma być uosobieniem zła i grzechu, pogardy dla rodziny, moralnego nihilizmu i rozpusty. Dla osób więcej wiedzących taktyka hierarchii jest jasna i prosta. Ma zmobilizować wszystkich, których się da, w szeregi swoich przekonanych sprzymierzeńców, do walki o „całą wstecz”. Czy jakaś „antygenderowa” krucjata wyruszy do boju? Wątpię. Na razie odsłoniła tylko skrywany dotąd męski szowinizm znacznej części polskich hierarchów.
Przykre to i zawstydzające. Nie liczę jednak na rychły odwrót kościelnych propagandystów. Może kiedyś to nastąpi, ale po cichu, chyłkiem, jak to najczęściej w polskim Kościele bywa.
joanna s.


