13 Szkodników…

Jak zapowiedziałem, przystępuję do przedstawienia 13 Szkodników 2013 roku, choć zdaję sobie sprawę z licznych niekonsekwencji, w jakie z miejsca popadam, a to:

   – nie da się, zresztą nie chce mi się ustalać czy będzie to mniej czy więcej niż 13,

    – czy szkody,jakie czynią, dotyczą tylko 2013, czy sięgają w głąb…  i czy tylko obszaru kultury i sztuki,

   – wreszcie, czy będzie to w ogóle ranking, kolejność, od największego szkodnika do najmniejszego (co samo w sobie jest już wystarczająco śmieszne, bo najmniejszy szkodnik jest już tak malutki, że go nie widać, ergo; nie ma szkodnika).

Tak więc zaczynamy: Andrzej Osęka, za bezpowrotne zniszczenie jedynej pozostałości po dziele Oskara Hansena w Warszawie, oraz za słynne „rozprawienie się” z twórczością Władysława Hasiora w wilhelmińskiej (od Wilhelmi) telewizji w programie „Sam na sam z…”w 1974. Jak pisze Hanna Kirchner we wspomnieniu sprzed 15 laty z okazji śmierci Hasiora, Osęka jako tzw. rzecznik publiczności w tym osławionym programie, dał niedościgły do dziś popis hipokryzji, populizmu w zwalczaniu artysty, zarazem obskurantyzmu i serwilizmu byle tylko przypodobać się swoim mocodawcom, którzy akurat, chwilowo, mieli do Hasiora pretensje o…religianctwo. 

Wojciech Fibak,za niekoniecznie uprawnione posługiwanie się statusem konesera sztuk pięknych, jako niezłym przykryciem do prowadzenia działalności (jak donosiła prasa), owszem, mającej wiele wspólnego ze sztukami, ale raczej towarzyskimi.

Miły Antek Krauze,za obłędne wręcz porywanie się na zrobienie filmu „Smoleńsk 2010”. Nie jest przecież tak głupi czy ślepy, by nie wiedzieć, że bez względu na ostateczny rezultat ekranowy jest to czyste szkodnictwo. Po prostu.

Boguś Deptuła,za pozory czyli mącenie ludziom w głowach. Były ekspedient w sklepie Artu, co dało mu legitymację do fachowości, bardzo przystojny, obecny redaktor naczelny Art & Business. Ten super luksusowy periodyk ma zaspakajać potrzeby przynależności do wielkiego świata posiadaczy rezydencji w kształcie „wanien z kolumnami”, w których nasz Boguś tak ślicznie wygląda.

Gorczyca i Kaczkowski z Rastra,za opluskwianie wokół (w tym zwolenników) zupełnie bez potrzeby. Przy okazji przekonali się jak łatwo wydawać pismo, które pada z braku funduszy, a innym przyganiać…

Jolanta i Andrzej Pieńkosowie, za „Leksykon sztuki polskiej XX wieku”. Wydawnictwa takie są bezcenne pod warunkiem, że są rzetelne naukowo i politycznie bezstronne. Leksykon ani jednym ani drugim nie jest! Patrz;pierwsze z brzegu hasło: Sztuka.

Zespół pracowników „merytorycznych” ZACHĘTY pod dyrekcją Hanny Wróblewskiej, za odrzucenie, bez wdawania się w szczegóły(!) propozycji przedstawienia w kształcie wizualno – przestrzennym dzienników, raptularzy, naszego wybitnego twórcy, organizatora i spiritus movens niezliczonych inicjatyw artystycznych (Krzywe Koło, plenery), wystaw i działań – Mariana Bogusza (1920-1980).

Na razie tyle, resztę się zobaczy

                                               Andrzej Skoczylas

Kapelusz JURREGO…

       Jerzy JURRY Zieliński KAPELUSZ NA ŚWIĘTO,1975. Minister Bogdan Klich,ZDERZAK

    Latem ubiegłego roku w krakowskim ZDERZAKU odbyła się wystawa METAPOLITYKA. Zainteresowała mnie z kilku powodów: przewrotności tytułu wystawy; MINISTER NIE APROBUJE TAKICH WYPOWIEDZI, udziału w niej obrazu JURREGO, a także wysokiej pozycji w naszej sztuce oferty ZDERZAKA.

   Galeria ta zasłynęła od momentu swego powstania w początku lat 90. intencją wylansowania (jakkolwiek dziwnie by to brzmiało), malarstwa Andrzeja Wróblewskiego, właśnie Jurrego Zielińskiego, a ostatnio, o czym wspominam pół żartem (patrz blog „Krakowskim targiem”), Mirosława Filonika. 

   Nawiązałem nawet kontakt z autorem wystawy METAPOLITYKA Janem Michalskim, próbując przy okazji uzupełnić, względnie sprostować, pewne fakty zawarte w skądinąd niezwykle cennej, monografii Jurrego wydanej przez Zderzak, JURRY POWRÓT ARTYSTY.

   Interpretować dzieło artysty, tytuł obrazu, zwłaszcza artysty nieżyjącego, można na różne sposoby, wtrąciłem więc tu swoje trzy grosze. Ważniejsze dla takiego dzieła, w tym wypadku Jurrego, jest ukazanie możliwie najpełniejszej prawdy o tle jego twórczości, różnorakich uwarunkowaniach i motywacjach ideowych. Eo ipso – przeciwstawienie się różnym mitom i bałamuctwom mnożonym przez różnych „największych przyjaciół” i „powierników”, których szeregi z upływem lat ciągle rosną. To nic nowego. Zwłaszcza gdy rzecz dotyczy Jurrego Zielińskiego, wybitnego artysty, którego znaczenie w polskiej sztuce wciąż wzrasta.

   Próbowałem więc np. wyjaśnić i przekonać pana Michalskiego, że coś takiego jak namalowanie przez Jurrego cyklu helsińskiego na zlecenie KC PZPR jest oczywistą bzdurą! Jest wykwitem mitomanów i podobnych „najlepiej poinformowanych”, „przyjaciół”, rozmaitych profesorów itd. Że trzeba mieć wyjątkowo blade pojęcie o realiach PRL-u, by taką brednię powielać i utrwalać w poważnym opracowaniu albumowym. Na autorze opracowania spoczywa jednak odpowiedzialność, obowiązek selekcji informacji o bohaterze swego studium, a różne bajdurzenia o samym Jurrym, jego czasie i otoczeniu nie mogą być usprawiedliwiane bezstronnością warsztatu badacza.

   Przedstawiłem np panu Michalskiemu informację, że ja (A.S.) przekazałem Jurremu swoją (przydzielony mi przez administrację w użytkowanie pustostan) „pracownię” w pomieszczeniach nr. 29 i 33 domu przy ulicy Markowskiej 16 w Warszawie. Sprawa nie podlega dyskusji – to jest fakt! Nikt i nic nie może go podważyć. Natomiast owszem – można go przemilczeć, co też skwapliwie się robi. Śmieszy mnie w tym kontekście ostrożność badacza, że dopóki nie zostaną otwarte archiwa ZPAP, dopóty w tej kwestii nie będziemy mieć pewności. Na litość, czego się pan spodziewa panie Janie Michalski po otwarciu czy zamknięciu archiwów ZPAP? Aż strach pomyśleć!

   Cieszy mnie proces powrotu (przywracania?) Jurrego do panteonu polskiej sztuki w czym rola Zderzaka jest nie do przecenienia. Ktoś powinien to robić i dobrze, że podjęli się tego pp. Marta Tarabuła i Jan Michalski. Jako człowiek z pewnym doświadczeniem mógłbym przestrzec jedynie badaczy twórczości Jurrego przed nadmiernym, bez należytego dystansu, przenikaniem się funkcji naukowo-badawczych z menedżersko-piarowskimi-towarzyskimi.To chyba możliwe, ale piekielnie trudne. I dzieje się najczęściej ze szkodą jednej z domen.

   Nie od rzeczy będzie tu jednak przypomnienie, jak to w Krakowie w połowie lat 90. z okazji wystawy Andrzeja Wróblewskiego zorganizowanej przez Zderzak, Jerzy Bereś, wybitny przecież artysta, nie zostawiał suchej nitki na Wróblewskim, lżąc go publicznie, (co dla znawców twórczości Beresia ma swój pikantny smaczek)  jako szkodnika, skandalicznego wytwórcę kiczów!

   To nie memento lecz ku uwadze.

                                                          Andrzej Skoczylas

 

              

Kultura – kto ma na nią wpływ?

Wydawałoby się – proste! Oczywiście artyści, twórcy przez to, co tworzą z niczego…przy pomocy na ogół jakichś pieniędzy, czasem bardzo niedużych (kartka papieru i długopis). Ale także przez to, co mówią o innych artystach lub czego nie mówią, a chcieliby, i my się tego domyślamy.

Jednych artystów cenimy, innych mniej. Wczoraj jednych, dzisiaj drugich. Gdybym miała powiedzieć, czyj głos lub jego brak jest dziś w polskiej kulturze najdonioślejszy, nie miałabym wątpliwości. Andrzej Wajda!

Dlaczego on? Artysta musi mieć oczywiście za sobą dzieło. I Wajda je ma – „Kanał” i „Popiół i diament” są trwale zapisane w historii kina polskiego i światowego. Nakręcił też wiele innych wybitnych filmów („Ziemia obiecana”,”Człowiek z marmuru”, „Bez znieczulenia” ). Brał się zawsze za najważniejsze dla Polaków tematy: powstanie warszawskie, wprowadzanie – narzucanie nowego ustroju, polski stalinizm, konflikty, bunty i nadużycia wielkich haseł w peerelu, hańba marcowa, Katyń, ostatnio Wałęsa…W samolubnym ( ale, wiadomo,  uzasadnionym!) przekonaniu, ze jeśli on się za to nie weźmie, to tematu nikt nie ośmieli się ruszyć! I nadal kręci, bierze się za ekranizację zapisków Marka Edelmana. 

Miewał różne poglądy i wyrażał rozmaite opinie. W przeszłości mówiło się, że nie ma własnego zdania, że wpływają na niego inni, mniej zdolni, że oglądał i czerpał z dzieł wielkich, ale i modnych twórców. Czyli, że był raczej odbiciem niż autentycznym, samoświadomym twórcą.

Z biegiem lat powoli ale bezustannie wracał i rewidował swoje różne nietrafne decyzje, błędne oceny i krótkotrwałe fascynacje. Zweryfikował na swój i nie tylko swój użytek obiegowe opinie o ważnych polskich sprawach i ludziach. Oddał hołd swoim nie zawsze „słusznym” kolegom, jak Jerzy Kawalerowicz i Andrzej Munk. Przestał dzielić twórców na naszych i nienaszych, tych, co mieli i tych co nie mieli jakiejś legitymacji raz czerwonej, innym razem z obrazem Matki Boskiej. I zaczął mówić własnych głosem, jakże często wbrew mainstreamowym opiniom.Co, rzecz jasna, przysporzyło mu wrogów.

I taki człowiek rzeczywiście ma dziś wpływ na kształt polskiej kultury- przez swoje filmy i swój głos!

W innych dziedzinach twórczości takie osoby da się policzyć na palcach jednej ręki. Kiedyś było ich chyba więcej. Myślę jednak, że niektórzy z nieżyjących (Witold Gombrowicz, Sławomir Mrożek, Leszek Kołakowski, Maria Ossowska, Władysław Strzemiński, Konrad Swinarski, Jerzy Grotowski, Alina Szapocznikow, a nawet Agnieszka Osiecka) nadal wywierają wpływ na kształt naszego życia artystycznego i intelektualnego. Większy niż minister Zdrojewski.

Nie ma chyba dziś pisarza, który mógłby uchodzić za „inżyniera dusz”. Nie ma nawet takiego, którego jakikolwiek utwór mogłabym przeczytać dwukrotnie. Niestety. No, może poza Zygmuntem Baumanem, który beletrystą nie jest, ale wybitnym intelektualistą niewątpliwie tak!

Oczywiście wśród osób wywierających ogromny wpływ na nasze otoczenie artystyczne byli od niepamiętnych czasów wielcy mecenasi. Ale w odróżnieniu od dzisiejszych prezydentów,ministrów czy urzędników wydawali na dzieła Leonarda da Vinci czy Michała Anioła swoje własne pieniądze, a przede wszystkim kierowali się swoim niezawodnym gustem, nie musieli pytać innych o zdanie, nie powoływali komisji, bo mieli własną wizję tego, jak ma wyglądać ich miasto, pałac, ogród, obrazy, rzeźby, zastawa, biżuteria i szaty.Ostatnim takim  Medyceuszem w Polsce był książę Adam Czartoryski ( a pierwszym i największym królowa Bona Sforza).

Myślę, że nie da się stworzyć żadnej dzisiejszej „listy wspaniałych”(jak próbowała tego „Polityka”), jeśli się o tym nie pamięta lub , co gorsza, nie wie!

                                                          joanna s.

 

13 Wspaniałych

   POLITYKA ogłosiła ranking 20 najbardziej wpływowych osobistości polskiej kultury. Nie mogła się co prawda zdecydować; czy to 20 osobistości, czy tyleż postaci, czy po prostu grupa ludzi i używa tych pojęć wymiennie (dla mnie te określenia nie znaczą to samo), ale czytelnik ma sobie poradzić sam i wybrać dogodną opcję. Dobrze! Istotne jest to, że są to osobistości czy ludzie, wpływowi.

   I znów dylemat – czy redakcji chodzi o ludzi wpływowych jako takich (mających wpływ na innych, a nie ulegający wpływom, na przykład), o autorytety, czy też, jak objaśnia redaktor, (wyłoniona dwudziestka to – przyp. mój)ludzie mający dziś kluczowy wpływ na ofertę kulturalną w Polsce”. Inaczej – czy są to twórcy, czy ludzie etatowo pełniący funkcje administracyjne w obszarze kultury i sztuki. Towarzystwo mamy tu silnie przemieszane i nie mam pewności czy autorowi (autorom?) o to chodziło?

   Otóż ranking POLITYKI to pod tym względem istne kuriozum: na dwadzieścia miejsc, trzynaście zajmują urzędnicy! Nie zmienia niczego fakt, że numer 1 na liście, to minister kultury i dziedzictwa narodowego, a najwyżej ulokowany twórca, Jacek Bromski, to dopiero numer 6!

   Wydawałoby się, że porównywanie z sobą nieporównywalnego  w dość powszechnej  opinii uchodzi za jałowe, by nie rzec, absurdalne. Okazuje się, że nie dla autora rankingu, redaktora Piotra Sarzyńskiego. Z drugiej strony, nie posądzam go o naiwność czy brak wiedzy o materii, którą zajmuje się od lat na łamach najbardziej wpływowego papierowego medium, jakim jest POLITYKA. O co więc tu chodzi? 

   Osobistością zostaje się nie z racji pełnionej funkcji – to jasne. Minister Bogdan Zdrojewski pełni swą rolę zręcznie, unikając wszelkich trudnych czy kontrowersyjnych decyzji, jakby go nie było, przyznaję, lecz jako funkcjonariusz aparatu państwa znaczy do końca swej kadencji tyle, (jest bardziej czy mniej wpływowy”) jak wielkim budżetem dysponuje. W tej ostatniej kategorii może konkurować z innymi, np. ministrem rolnictwa, ale nie z twórcami!

   Dopieszczana przez redaktora Sarzyńskiego grupa trzynastu; dyrektorów, menadżerów, organizatorów, specjalistów itp. etatowych aktywistów frontu kulturalnego, ma w swym gronie osoby niewątpliwie cenne i utalentowane. Ale na litość, jeszcze nie Osobistości! Nie Wpływowi! I to z tego tylko tytułu, że pełnią dziś funkcje kierowników wydziałów kultury czy dyrektorów fundacji i rozdzielają pieniądze! Przecież niemal automatycznie tracą swój – magiczny dla Redaktora – wpływ, gdy zostają odwołani przez swą zwierzchność lub procedury demokracji.

   Wygląda mi więc na to że celem obecnego rankingu jest powołanie, choć na chwilę, czegoś na na kształt plejady, której uczestników demiurgiem, na swój obraz i podobieństwo, jest Piotr Sarzyński. To podejrzenie potwierdza fakt sukcesu „rankingu” POLITYKI sprzed czternastu lat, na najwybitniejszych artystów polskich XX wieku, w  wyniku czego odbyła się głośna wystawa SŁOŃCE I INNE GWIAZDY w Zachęcie. Myślę więc, że siłą sprawczą obecnego „mieszania” wśród ludzi kultury, osobistości, wielkości itd. jest nostalgia. Przeżyć dobre jeszcze raz!

   Rzeczywiście, będąc czytelnikiem od początku istnienia POLITYKI i wręcz nałogowo od niej uzależnionym, obserwuję od lat, niejako z konieczności, przy okazji, działalność Piotra Sarzyńskiego jako publicysty i krytyka plastycznego. Lista „20 najbardziej wpływowych…” najlepiej ilustruje cechy, preferencje, upodobania i istotę prasowej aktywności twórcy rankingu. Gdyby najkrócej to ująć, powiedziałbym: recenzent POLITYKI najlepiej czuje się, rozumie się, wśród swoich – ministrów, dyrektorów galerii, muzeów, fundacji i podobnych depozytariuszy  (najwyższych wartości, oczywiście). Do tego potrzebne są takie cechy jak: gładkość, giętkość, układność, skrywanie własnego zdania (jeśli takowe jest), cierpliwość przeczekiwania dekoniunktur, orientacja w rysujących się tendencjach itp. itp. Słowem, lustrzane odbicie autora.

   Trochę dziwię się redakcji POLITYKI, że poszła na takie autorskie, ambitne krotochwile, tak jak nie uwierzę, by coś wnieśli do inicjatywy rankingu formalni współautorzy – specjaliści, literatury, teatru, filmu, sztuki…Nie widać, niemożliwe…

                                                       Andrzej Skoczylas


PS. Przygotowuję ranking, paralelę słynnej sentencji Andrzeja Partuma: – JESTEŚ IGNORANTEM KULTURY I SZTUKI, 13 największych szkodników kultury i sztuki 2013.                        PS.2 Miłego Noweg Roku