Dyskurs z przesunięciami percepcji

           … oto objaśnienie werdyktu jury, sporządzony przez jego przewodniczącą, przyznający laureatowi ważną Nagrodę: 

   „Jury (…) postanowiło przyznać pierwszą nagrodę za ryzyko eksperymentowania, za nieinstrumentalne, samodzielne podejście do aktualnych technologii, swobodę w podejściu do obowiązujących dyskursów, efemeryczność, wrażliwość, umiejętność pracy z przesunięciami percepcji oraz zjawiskami marginalnymi (…)”

    Nie mam nic przeciwko ekscentryczności, bogatym treściom (!), jakie zawiera powyższy cytat, zwłaszcza gdy służy on wszystkim zainteresowanym stronom. Zakładam, że jest to język porozumiewania się. I jeśli tak, powinniśmy przyjąć do wiadomości, że jest to „obowiązkowy dyskurs” w sztuce, uosabiany przez ZACHĘTĘ – NARODOWĄ GALERIĘ SZTUKI. Celebrowany pod honorowym patronatem nad Nagrodą jak i nad Radą Programową przy ZACHĘCIE  przez najbardziej wpływową (wg POLITYKI) osobistość kultury i sztuki 2013 – ministra Bogdana Zdrojewskiego. Tak jest i już. To jest wzór.

   PS. Wzmiankowana Rada Programowa, składająca się z jedenastu najwybitniejszych specjalistów i autorytetów z obszaru humanistyki, nie ma w swym gronie artysty malarza!  Można więc przyjąć, że oficjalnym aktem powołania Rady przez stosowny organ państwowy w 2013 roku, zawód artysty malarza przestał istnieć! Nie ma już w Polsce współczesnego malarstwa, o czym ze smutkiem donoszę

                                          Andrzej Skoczylas

Internet i „GW” w sieci muszą być za darmo!!!

Ponad tydzień temu”GW” zaszokowała swoich internautów ( a może i dziennikarzy?) nową „propozycją”: koniec z darmowym czytaniem w sieci! Macie wykupić abonament i to już! Ludzie się oburzyli i obrzucili „GW” wyzwiskami (czego oczywiście nie popieram). Dokładnie 4 lutego wszyscy dowiedzieliśmy się, że wyczerpaliśmy już limit czytania gratis na cały miesiąc. Czyli, albo płacisz, albo fora ze dwora! Pod idiotycznym hasłem „Czytaj tak, jak lubisz”! Arogancja po prostu dzika, nieprzytomna… Internauci zostali potraktowani jak  motłoch, z którym się nie rozmawia i któremu można wcisnąć z zaskoczenia każdą ciemnotę!!!

„GW” musi pamiętać inną aferę, tzw. sprawę ACTA. W skrócie chodziło o to, że amerykańscy producenci chcieli wymusić dla siebie kasę za prawa autorskie z globalnego internetu. Bo to oni, a nie artyści, są właścicielami praw do filmów, książek i muzyki..Taka optymalizacja zysku na światową skalę!

Od samego początku byłam przeciw! Kłamstwu, bo te giganty twierdziły, że dbają o prawa autorów, podczas gdy troszczą się naprawdę tylko o swoje zyski. A przede wszystkim przeciw bezmyślnemu podpisaniu ACTA w imieniu polskiego rządu.

Po raz pierwszy wówczas skrzyknęli się przez internet młodzi Polacy i w trzaskającym mrozie w wielu miastach masowo protestowali na ulicy. Do skutku!!! A jak to się skończyło, wiadomo.

Ten żałosny precedens jest teraz kopiowany przez „GW”, która chce narzucić płacenie za swoje internetowe wydanie. Kompletny idiotyzm! Argumenty amerykańskiego współwłaściciela, że „tak się robi w Ameryce” nijak się mają do polskich realiów. Oczywiście, sprawa jest zbyt drobna w porównaniu z globalnym wymiarem ACTA, by ludzie wyszli na ulicę, ale równie bulwersująca. I skandaliczna!

Nie wiadomo, ile osób uległo szantażowi i zdecydowało się w ciągu tego  tygodnia wykupić dostęp do internetu (na próbę za 99 groszy na jeden miesiąc, a potem już z pełną, sporą odpłatnością), bo „GW się tym nie chwali. Myślę, że  po prostu nie ma czym. Po paru dniach protestów ukazał się tekst Vadima Makarenki, próbujący tłumaczyć przyczyny tego desperackiego kroku. Czy to tekst pisany „na zamówienie”? Nie wiem. Dla mnie decyzja redakcji? koncernu?, która wymusza płacenie za czytanie w internecie to punkt dojścia. Dowód skrajnie kryzysowego stanu „GW” i Agory. Finansowego, ale przede wszystkim intelektualnego i moralnego!

Czytam „GW” od pierwszego numeru. Od 1989 roku. Była wówczas zjawiskiem na rynku prasy polityki. Nowe treści i nowa forma.Kompletny brak peerelowskiej nowomowy. Szturmem zdobyła rynek i czytelników, którym nie przeszkodziło nawet odebranie jej przez Wałęsę znaku „Solidarności”. Gazetę podpisywał Adam Michnik, ale robiły ją naprawdę inne osoby – Helena Łuczywo, Juliusz Rawicz, Ernest Skalski. Oczywiście, nie ze wszystkim, co się w „GW”ukazywało, zgadzałam się, ale to przecież normalne. Nie będę wytykać „GW” stronniczości, demagogii, manipulacji, których nie brakowało, bo to zbyt łatwe. Ale był to głos nowy, ożywiający polską prasę i polskie społeczeństwo!

Nakład ‚GW”z miesiąca na miesiąc rósł, bardzo szybko stała się prawdziwą instytucją, salonem, dla niektórych wyrocznią. Największą gazetą w Polsce! W pewnym momencie, jakby powiedział klasyk,”nastąpił zawrót głowy od sukcesów”.”GW” piórem Ewy Milewicz zadekretowała, że komuś „więcej wolno, a komuś mniej” . Mniej wolno, oczywiście ludziom związanym z peerelem i wszystkim „nienaszym”, a więcej ludziom „Solidarności”, a przede wszystkim „naszym”. I nikt nie zaprotestował!!! Chociaż oznaczało to podział na ludzi pierwszej i drugiej kategorii, lepszych i gorszych.W kraju już podobno wolnym i demokratycznym.

A ja pamiętam, że ta największa gazeta, założona przez liderów „lewicy laickiej” nie wydała nawet pisku protestu, kiedy Kościół narzucił praktycznie przymusowe nauczanie religii w szkole, a grupa posłów oszołomów wieszała pod osłoną nocy krzyż w Sejmie. Nie zająknęła się, gdy posłowie przyjmowali jedną z najbardziej restrykcyjnych w Europie ustaw antyaborcyjnych, nazywając ją obłudnie „kompromisem”. Mimo swojej „społecznej wrażliwości” nie zauważyła dramatycznych skutków powszechnej prywatyzacji-szoku wywołanego przez bankructwa setek przedsiębiorstw, upadek pegeerów, utratę pracy przez miliony ludzi, pojawienie się armii ludzi zbędnych, wykluczonych i prawdziwej biedy. Nie wspominając już o faktycznej likwidacji mecenatu, o zamykaniu bibliotek i domów kultury, wyrzucaniu książek (a także niektórych autorów) na śmietnik.

Po tym, jak „GW” osłaniała „reformy” Balcerowicza, uwłaszczanie się cwaniaków na narodowym majątku, sama postanowiła wykorzystać swój bezprecedensowy sukces i stać się koncernem medialnym. Porozdawała udziały swoim pracownikom i postanowiła wejść na giełdę. Z dnia na dzień szefostwo „GW” stało się milionerami (poza Michnikiem, który – jako jedyny – udziałów nie wziął), a wspólnikiem gazety została amerykańska spółka. Powstała „Agora”, koncern, który Amerykanie dokapitalizowali, oczywiście po to, by ciągnąć z niego zyski. Chyba nikt w redakcji nie zdawał sobie sprawy, co to oznacza!!! Co to jest komercja? Dla niektórych spoza niej to był już koniec etosu „GW”.

Ale to nie był koniec. Najbardziej wstydliwym momentem w historii „GW” stała się „sprawa Rywina”, jej przebieg i skutki. Naczelny „GW”, dla wielu bohater laickiej opozycji, przez całe lata udzielający nauk moralnych wszystkim wokół nagrał swój pijacko-knajacki bełkot z ówczesnym wielkim producentem filmowym („Pianista”), który proponował , że chętnie weźmie łapówkę za „załatwienie” nowej ustawy audiowizualnej, otwierającej „Agorze” drogę do telewizji. W ramach budowania koncernu. To był dowód na to, do czego prowadzi zasada: nam więcej wolno! Niejasne kontakty z ówcześnie rządzącym SLD i Leszkiem Millerem, ujawnione podczas posiedzeń komisji rywinowskiej zrujnowały mit o „niezależności” gazety.

Etos „GW” załamał się ostatecznie. Po aferze zaczął się zjazd po równi pochyłej. Odeszła, nie wiem, czy z własnej woli, współzałożycielka i faktyczna szefowa „GW” Helena Łuczywo, szefowa Agory Wanda Rapaczyńska.

Błyskawicznie nowym liderem rynku prasowego został pierwszy prawdziwy tabloid „Fakt”. To ten tytuł, na początku za symboliczną złotówkę stał się dyktatorem opinii publicznej. „GW” poniosła w konkurencji z nim klęskę, także ze swoim tabloidem. Jej komercyjne „kolorówki” przegrywają dziś konkurencję na rynku tzw. prasy kobiecej…W innych mediach poza TOK FM Agora nie istnieje.

Upowszechnienie się internetu, pojawienie  telewizji informacyjnych zdziesiątkowało czytelników papierowej „GW”, która błyskawicznie stała się gazetą „wczorajszą”. Nie wyciągnięto z tego żadnych wniosków. Nakład „GW” spadł o ponad połowę! I nadal spada! Nie pomogły zwolnienia, restrukturyzacje, Agora ledwo dyszy. Poziom codziennego wydania „GW” woła o pomstę do nieba, jakby gazeta nadal konkurowała na krzyk i sensacje z „Faktem”. Poważniejsze, udokumentowane publikacje stały się rzadkością.Ostało się jedynie wydanie świąteczne. Na razie.

Sięgnięcie do kieszeni internautów to będzie kolejna nieudana próba rozwiązania fundamentalnych problemów gazety: na oślep, bez zastanowienia i głębszej analizy. Vadim Makarenko twierdzi, że rynek reklamowy porzuca prasę dla innych mediów, a w internecie królują media społecznościowe, które dostarczają reklamodawcom znacznie więcej danych o klientach. Ale przecież żaden reklamodawca nie może ignorować masowego czytelnika!!! Internet był wielką szansą „GW”na zdobycie nowych odbiorców i odzyskanie starych. Ale nie będzie, jeśli będziecie się domagać kasy!!! Przecież koszt wydania internetowego to najwyżej 20 proc. wydania na papierze. I ostatni wyjątkowo nietrafny „argument” Makarenki: ci, którzy kupują jeszcze dochodową „GW” w papierze, finansują tych, co czytają w internecie. Czyli ci starsi finansują tych młodszych…A co w tym złego, skoro ci młodsi finansują emerytury tych starszych?

Kupy się to wszystko nie trzyma. Jeśli nie zrezygnujecie ze swojego obłędnego pomysłu stracicie i tych starszych i młodszych.Staniecie się z powrotem ośmiostronicową gazetką z 1989 roku. Z gazety masowej staniecie się jakąś „kadrówką”!!!

Ja na pewno przestanę was kupować i przeglądać w internecie…

                                                         joanna s.


Szukam madrych Polaków!!!

Czy łatwo spotkać u nas kogoś, o kim powiemy z uznaniem: to mądry człowiek? Pytanie retoryczne. Bo w mediach widzimy najczęściej rozjuszonych, wściekłych miotających wyzwiskami i oskarżeniami „polityków” (Palikot, Niesiołowski, Kutz, Macierewicz), dotrzymujących im kroku”uczonych”(Krasnodębski, Legutko,Hartman, Środa), feministki(Szczuka) i antyfeministki(Kempa, Wróbel),”macho” (Hofman, Kurski, Rozenek, Ziobro), rozkosznie gaworzących różnych rozwalonych na fotelach sybarytów i królów życia (Kalisz, Dorn), a nawet ostatnio perorujących księży, ogarniętych obsesją seksualną (Oko)…

Bo to oszołomstwo, samozadowolenie, brak panowania nad sobą, wybujałe ego, a także inwektywy, insynuacje, oskarżenia, napaści personalne najlepiej w mediach się sprzedają. Jak gdybyśmy żyli w jakimś umysłowym Mc Donaldsie, który ma co chwila eksplodować i wyrzucać z siebie tony śmieci!!! To się nazywa infotaiment, z którego żyją informacyjne media.

Mam tego dość!!! Mnie to po prostu brzydzi!!!

Zadałam sobie trud sformułowania warunków, które powinna spełniać osoba – nieważne polityk, uczony, duchowny czy zwykły człowiek, aby warto było posłuchać, co ma do powiedzenia. Kto w  sposób naturalny potrafi zdobyć szacunek? Kto może stać się autorytetem nie tylko na rodzinnych imieninach?

Oczywiście taki ktoś powinien mieć rzetelną wiedzę i nie kłamać, aby się komukolwiek przypodobać, nie wprowadzać nikogo świadomie w błąd. Powinien mieć odwagę głoszenia niepopularnych poglądów, jeśli jest do nich przekonany i potrafi to rzeczowo uzasadnić. Nie powinien wypowiadać się, zwłaszcza kategorycznie, w sprawach, o których nie ma pojęcia. Np. jak onegdaj profesor Janusz Czapiński, psycholog uchodzący za zrównoważonego, prowadzący ciekawe badania nastrojów Polaków, ni stąd ni zowąd zabrał się do tokowania nt. polityki polskiej w sprawie Ukrainy, dzieląc niczym przywódca w Jałcie strefy wpływów w tym wielkim kraju, opowiadając żenujące brednie, budzące grozę wśród innych uczestników dyskusji o sprawach aktualnych w TOK FM.

Człowiek, którego w sposób naturalny uznamy za mądrego nie może być błaznem! Jak Palikot z plastikowymi genitaliami czy butelką wódki w ręku czy Kutz, faworyt ekipy Gierka (którego nazywa dziś Zagłębiakiem), walczący dziś o mandat europejski pod sztandarami autonomii Ślązaków. Zadaniem mądrego polityka nie jest rozbawianie publiki, ale praca nad formułowaniem i uzasadnianiem swoich sądów i ocen… I ich rozważna obrona!!!

Podejmując jakiś temat człowiek mądry musi mieć pewność, że nie przyjął z góry żadnych niczym nie uzasadnionych założeń. Że jego poglądy wynikają z konkretnych doświadczeń lub przeprowadzonych badań, a nie są brane z sufitu,”bo tak mi się podoba”. Że nie żywi żadnych uprzedzeń ani przesądów w stosunku do poruszanego tematu. Ze jego nastawienie do osób, o których mówi lub pisze, pozbawione jest osobistych pretensji, kompleksów, nie wspominając już o złości czy nienawiści. Że w swoich pracach lub wypowiedziach kieruje się bezinteresownością, dążeniem do prawdy, a nie chęcią pognębienia kogoś lub obrony własnego, rodzinnego czy jakiegokolwiek partykularnego interesu. Że, jeśli ma wątpliwości, lub czegoś nie wie, to mówi o tym otwarcie i nie formułuje ostatecznych sądów. Że jest skłonny wysłuchać innej niż własna opinii i jeśli nie znajduje wiarygodnych kontrargumentów, nie przeciwstawia się tylko po to, by zaznaczyć swój sprzeciw i wrogość do wypowiadającego się adwersarza, przypisując mu niskie lub niegodne intencje, nie atakuje przeciwników ad personam, sięgając nawet do historii rodziny.

Jest trochę takich ludzi, ale bardzo niewielu!!!

                                                                 joanna s.


Czy sczezną humaniści?

 Najgorzej jest z filozofią. Poza Warszawą, Krakowem i Poznaniem kandydatów na studia tylu, co kot napłakał. I z roku na rok coraz mniej. Do tego stopnia, że np. Uniwersytet w Białymstoku, na wniosek samych profesorów (sic!) chce zlikwidować ten kierunek i powołać nowy pod seksowniejszą – jak im się wydaje – nazwą „kognitywistyka”. Co to miałoby znaczyć, nie wiadomo. Za Białymstokiem pójdą inni, już się szykują. Protestują profesorowie najlepszych szkól wyższych i białostoccy studenci, którym grozi, że skończą studia, które wygasną razem z ich rocznikami, a nawet ich nazwa stanie się obca!

Powiem wprost: żadne protesty nie zmienia powszechnego dziś przekonania, że filozofia to studia dla jakichś nieudacznych pięknoduchów, a innym „normalnym”filozofia nikomu do niczego nie służy. I nie da się na niej zarobić. Ani profesorom ani absolwentom. A pracodawcy – nawet jeśli tego nie pokazują – pukają się w czoło, widząc tak „absurdalny” dyplom.Powiedzieć, ze filozofia nie jest modna ani wzięta to zwykły banał.

Dno zainteresowania notuje jeszcze inny kierunek- filologia klasyczna: kilku, kilkunastu kandydatów na istniejące jeszcze studia. Najwyżej, bo na jednym z uniwersytetów pojawił sie jeden chętny! Nisza w niszy…Prawie nikt nie chce się uczyć łaciny, greki, nie wspominając już o innych bardziej egzotycznych, archaicznych i nikomu niepotrzebnych językach. I pomyśleć, że jeszcze parę lat temu Leszek Kołakowski żałował ( w rozmowie ze Zbigniewem Mentzlem), że poświecił tyle czasu polityce, co okazało się – jego zdaniem – całkowicie bezsensowne, zamiast uczyć się greki. Nie udało się tego nadrobić, niestety!!! Bo na wszystko jest odpowiedni czas…Szkoły, studiów! 

Poziom nauczania filozofii nie jest u nas – łagodnie mówiąc – najwyższy. Nie mamy żadnego prawdziwego autorytetu w tej dziedzinie. Zdarza się, że wykładowcy opowiadają studentom jakieś dziwne rzeczy (sama słyszałam, jak jeden z nich, nawet szanowany, stawiał znak równości pomiędzy okupacją hitlerowską a rewolucją społeczną). Trudno natknąć się na ciekawą i zrozumiałą dla normalnego inteligenta interpretację jakiegokolwiek „odwiecznego” problemu filozoficznego, głos filozofów  w sprawach aktualnych (poza profesorami Środą i Hartmanem, którzy niestety z reguły wpadają w niezrozumiałą dla ludzi histerię) czy udział w debacie na jakikolwiek ważny nie tylko filozoficzny temat jest niemal niezauważalny. Najgłośniejszym polskim „filozofem” (czyli absolwentem filozofii) stał się Janusz Palikot…

Ale chyba nie tutaj przyczyna odchodzenia filozofii i humanistyki w ogóle w głęboki cień.! Odmóżdżanie przyszłych obywateli zaczyna się w pierwszych klasach szkoły podstawowej, ba, już nawet w przedszkolach, gdzie jedyną podawaną strawą duchową jest najbardziej prostacka wersja katechizmu, czyli religia w wydaniu dla dzieci i młodzieży. To jest dziś wyposażenie duchowe młodych ludzi, z którym startują w dorosłe życie!!!I zdaniem  chyba większości rodaków całkiem wystarczające!

Głos środowiska naukowego jest niemal niesłyszalny, a jeśli nawet panie i panowie coś tam pisną, to prawdę powiedziawszy, nikogo to specjalnie nie interesuje. W każdym razie nikogo, kto miałby wpływ na zmiany. Nowa minister Lena Kolarska-Bobińska, przecież z zawodu socjolożka, coś tam tylko bąka pod nosem. A więc w przewidywalnej przyszłości nic się nie zmieni!

Humanistyka została rzucona na rynek i padła. Bo klęska zaczęła się znacznie wcześniej. Po 1989 roku runęło całe czasopiśmiennictwo społeczno-kulturalne, te parę pism, które się ostały, są w 100 proc. finansowane przez resort kultury. Wydają po tysiąc egzemplarzy, które się nie sprzedają. Dlaczego? Bo 60 proc. Polaków w ogóle niczego nie czyta, nawet programu telewizyjnego! W szkołach królują bryki i testy, czyli nauka cwaniactwa na stopień. Oczywiście uczniowie i studenci nie czytają też w tym samym stopniu co cała reszta. Nie poprawi się nic, jeśli wiedza humanistyczna będzie w tak niskim poważaniu. Jeśli nie wprowadzi się do szkól dobrych, współczesnych lektur, zwyczaju dyskutowania o nich, a nie „przerabiania” i jeśli katechizm będzie zastępował tam filozofię czy choćby etykę. Jeśli pogoń za kasą i całkowicie utylitarne pojmowanie nauki i wiedzy będzie ogarniać tak wielkie rzesze nauczycieli i profesorów. Przez krótki czas filozofia była w programie liceów ( lata 60.) i nie był to wulgarny marksizm-leninizm. Było, ale się skończyło, i niewiele osób to pamięta.

Czy nadal będziemy kształcić młodzież na umysłowe kaleki, nieumiejące się wysłowić nie tylko w językach obcych, ale także w mowie ojczystej? Czy za granicą Polacy będą się imać niemal wyłącznie najniżej płatnych prac, którymi tubylcy pogardzają? Czy bycie mądrym nadal będzie wymagało u nas odwagi i ogromnego samozaparcia, bo mądrość nie daje kasy? A czy do naszego życia publicznego nie przydałoby się dodać choćby odrobinę rozumu?


                                                joanna s.