Ponad tydzień temu”GW” zaszokowała swoich internautów ( a może i dziennikarzy?) nową „propozycją”: koniec z darmowym czytaniem w sieci! Macie wykupić abonament i to już! Ludzie się oburzyli i obrzucili „GW” wyzwiskami (czego oczywiście nie popieram). Dokładnie 4 lutego wszyscy dowiedzieliśmy się, że wyczerpaliśmy już limit czytania gratis na cały miesiąc. Czyli, albo płacisz, albo fora ze dwora! Pod idiotycznym hasłem „Czytaj tak, jak lubisz”! Arogancja po prostu dzika, nieprzytomna… Internauci zostali potraktowani jak motłoch, z którym się nie rozmawia i któremu można wcisnąć z zaskoczenia każdą ciemnotę!!!
„GW” musi pamiętać inną aferę, tzw. sprawę ACTA. W skrócie chodziło o to, że amerykańscy producenci chcieli wymusić dla siebie kasę za prawa autorskie z globalnego internetu. Bo to oni, a nie artyści, są właścicielami praw do filmów, książek i muzyki..Taka optymalizacja zysku na światową skalę!
Od samego początku byłam przeciw! Kłamstwu, bo te giganty twierdziły, że dbają o prawa autorów, podczas gdy troszczą się naprawdę tylko o swoje zyski. A przede wszystkim przeciw bezmyślnemu podpisaniu ACTA w imieniu polskiego rządu.
Po raz pierwszy wówczas skrzyknęli się przez internet młodzi Polacy i w trzaskającym mrozie w wielu miastach masowo protestowali na ulicy. Do skutku!!! A jak to się skończyło, wiadomo.
Ten żałosny precedens jest teraz kopiowany przez „GW”, która chce narzucić płacenie za swoje internetowe wydanie. Kompletny idiotyzm! Argumenty amerykańskiego współwłaściciela, że „tak się robi w Ameryce” nijak się mają do polskich realiów. Oczywiście, sprawa jest zbyt drobna w porównaniu z globalnym wymiarem ACTA, by ludzie wyszli na ulicę, ale równie bulwersująca. I skandaliczna!
Nie wiadomo, ile osób uległo szantażowi i zdecydowało się w ciągu tego tygodnia wykupić dostęp do internetu (na próbę za 99 groszy na jeden miesiąc, a potem już z pełną, sporą odpłatnością), bo „GW się tym nie chwali. Myślę, że po prostu nie ma czym. Po paru dniach protestów ukazał się tekst Vadima Makarenki, próbujący tłumaczyć przyczyny tego desperackiego kroku. Czy to tekst pisany „na zamówienie”? Nie wiem. Dla mnie decyzja redakcji? koncernu?, która wymusza płacenie za czytanie w internecie to punkt dojścia. Dowód skrajnie kryzysowego stanu „GW” i Agory. Finansowego, ale przede wszystkim intelektualnego i moralnego!
Czytam „GW” od pierwszego numeru. Od 1989 roku. Była wówczas zjawiskiem na rynku prasy polityki. Nowe treści i nowa forma.Kompletny brak peerelowskiej nowomowy. Szturmem zdobyła rynek i czytelników, którym nie przeszkodziło nawet odebranie jej przez Wałęsę znaku „Solidarności”. Gazetę podpisywał Adam Michnik, ale robiły ją naprawdę inne osoby – Helena Łuczywo, Juliusz Rawicz, Ernest Skalski. Oczywiście, nie ze wszystkim, co się w „GW”ukazywało, zgadzałam się, ale to przecież normalne. Nie będę wytykać „GW” stronniczości, demagogii, manipulacji, których nie brakowało, bo to zbyt łatwe. Ale był to głos nowy, ożywiający polską prasę i polskie społeczeństwo!
Nakład ‚GW”z miesiąca na miesiąc rósł, bardzo szybko stała się prawdziwą instytucją, salonem, dla niektórych wyrocznią. Największą gazetą w Polsce! W pewnym momencie, jakby powiedział klasyk,”nastąpił zawrót głowy od sukcesów”.”GW” piórem Ewy Milewicz zadekretowała, że komuś „więcej wolno, a komuś mniej” . Mniej wolno, oczywiście ludziom związanym z peerelem i wszystkim „nienaszym”, a więcej ludziom „Solidarności”, a przede wszystkim „naszym”. I nikt nie zaprotestował!!! Chociaż oznaczało to podział na ludzi pierwszej i drugiej kategorii, lepszych i gorszych.W kraju już podobno wolnym i demokratycznym.
A ja pamiętam, że ta największa gazeta, założona przez liderów „lewicy laickiej” nie wydała nawet pisku protestu, kiedy Kościół narzucił praktycznie przymusowe nauczanie religii w szkole, a grupa posłów oszołomów wieszała pod osłoną nocy krzyż w Sejmie. Nie zająknęła się, gdy posłowie przyjmowali jedną z najbardziej restrykcyjnych w Europie ustaw antyaborcyjnych, nazywając ją obłudnie „kompromisem”. Mimo swojej „społecznej wrażliwości” nie zauważyła dramatycznych skutków powszechnej prywatyzacji-szoku wywołanego przez bankructwa setek przedsiębiorstw, upadek pegeerów, utratę pracy przez miliony ludzi, pojawienie się armii ludzi zbędnych, wykluczonych i prawdziwej biedy. Nie wspominając już o faktycznej likwidacji mecenatu, o zamykaniu bibliotek i domów kultury, wyrzucaniu książek (a także niektórych autorów) na śmietnik.
Po tym, jak „GW” osłaniała „reformy” Balcerowicza, uwłaszczanie się cwaniaków na narodowym majątku, sama postanowiła wykorzystać swój bezprecedensowy sukces i stać się koncernem medialnym. Porozdawała udziały swoim pracownikom i postanowiła wejść na giełdę. Z dnia na dzień szefostwo „GW” stało się milionerami (poza Michnikiem, który – jako jedyny – udziałów nie wziął), a wspólnikiem gazety została amerykańska spółka. Powstała „Agora”, koncern, który Amerykanie dokapitalizowali, oczywiście po to, by ciągnąć z niego zyski. Chyba nikt w redakcji nie zdawał sobie sprawy, co to oznacza!!! Co to jest komercja? Dla niektórych spoza niej to był już koniec etosu „GW”.
Ale to nie był koniec. Najbardziej wstydliwym momentem w historii „GW” stała się „sprawa Rywina”, jej przebieg i skutki. Naczelny „GW”, dla wielu bohater laickiej opozycji, przez całe lata udzielający nauk moralnych wszystkim wokół nagrał swój pijacko-knajacki bełkot z ówczesnym wielkim producentem filmowym („Pianista”), który proponował , że chętnie weźmie łapówkę za „załatwienie” nowej ustawy audiowizualnej, otwierającej „Agorze” drogę do telewizji. W ramach budowania koncernu. To był dowód na to, do czego prowadzi zasada: nam więcej wolno! Niejasne kontakty z ówcześnie rządzącym SLD i Leszkiem Millerem, ujawnione podczas posiedzeń komisji rywinowskiej zrujnowały mit o „niezależności” gazety.
Etos „GW” załamał się ostatecznie. Po aferze zaczął się zjazd po równi pochyłej. Odeszła, nie wiem, czy z własnej woli, współzałożycielka i faktyczna szefowa „GW” Helena Łuczywo, szefowa Agory Wanda Rapaczyńska.
Błyskawicznie nowym liderem rynku prasowego został pierwszy prawdziwy tabloid „Fakt”. To ten tytuł, na początku za symboliczną złotówkę stał się dyktatorem opinii publicznej. „GW” poniosła w konkurencji z nim klęskę, także ze swoim tabloidem. Jej komercyjne „kolorówki” przegrywają dziś konkurencję na rynku tzw. prasy kobiecej…W innych mediach poza TOK FM Agora nie istnieje.
Upowszechnienie się internetu, pojawienie telewizji informacyjnych zdziesiątkowało czytelników papierowej „GW”, która błyskawicznie stała się gazetą „wczorajszą”. Nie wyciągnięto z tego żadnych wniosków. Nakład „GW” spadł o ponad połowę! I nadal spada! Nie pomogły zwolnienia, restrukturyzacje, Agora ledwo dyszy. Poziom codziennego wydania „GW” woła o pomstę do nieba, jakby gazeta nadal konkurowała na krzyk i sensacje z „Faktem”. Poważniejsze, udokumentowane publikacje stały się rzadkością.Ostało się jedynie wydanie świąteczne. Na razie.
Sięgnięcie do kieszeni internautów to będzie kolejna nieudana próba rozwiązania fundamentalnych problemów gazety: na oślep, bez zastanowienia i głębszej analizy. Vadim Makarenko twierdzi, że rynek reklamowy porzuca prasę dla innych mediów, a w internecie królują media społecznościowe, które dostarczają reklamodawcom znacznie więcej danych o klientach. Ale przecież żaden reklamodawca nie może ignorować masowego czytelnika!!! Internet był wielką szansą „GW”na zdobycie nowych odbiorców i odzyskanie starych. Ale nie będzie, jeśli będziecie się domagać kasy!!! Przecież koszt wydania internetowego to najwyżej 20 proc. wydania na papierze. I ostatni wyjątkowo nietrafny „argument” Makarenki: ci, którzy kupują jeszcze dochodową „GW” w papierze, finansują tych, co czytają w internecie. Czyli ci starsi finansują tych młodszych…A co w tym złego, skoro ci młodsi finansują emerytury tych starszych?
Kupy się to wszystko nie trzyma. Jeśli nie zrezygnujecie ze swojego obłędnego pomysłu stracicie i tych starszych i młodszych.Staniecie się z powrotem ośmiostronicową gazetką z 1989 roku. Z gazety masowej staniecie się jakąś „kadrówką”!!!
Ja na pewno przestanę was kupować i przeglądać w internecie…
joanna s.