Jeśli w świecie polskiej sztuki istnieją jacyś celebryci lub chociaż quasi celebryci, to z pewnością należy do nich Anda Rottenberg. Już od dawna, a z pewnością od zniszczenia przez dwoje ultrakatolików instalacji „La Nona Ora” Maurizio Cattelana w warszawskiej Zachęcie (sylwetka Jana Pawła II przygnieciona meteorytem) stała się najbardziej rozpoznawalną kuratorką-skandalistką w kraju. I to mimo że autorem ekspozycji na stulecie galerii był kto inny – nieżyjący już dziś Szwajcar Harald Szeemann, o którym mało kto u nas pamięta. Ten „zamach” na rzeźbę ujawnił, chyba po raz pierwszy tak jasno i wyraźnie, ukrytą energię narodowokatolickiej szpicy, która teraz wyżywa się obrzucając jajkami nowo zrekonstruowaną po spaleniu tęczę przy placu Zbawiciela. Patriotyczna zadyma stała się częścią ponadstuletniej historii Zachęty. Ale przy okazji – co nie jest bez znaczenia – sporo osób przypadkiem zetknęło się wtedy po raz pierwszy w życiu ze sztuką wizualną w dzisiejszym wydaniu!
Skandal był jednak wielki, a jego skutki trwają do dziś i kojarzą się z nazwiskiem ówczesnej dyrektorki galerii, która dała się wówczas poznać całej Polsce. Mniejszym skandalem, ale w oczach środowiska pełnym blamażem, zakończył się jej kolejny publiczny występ – wydanie osobistej historii”Sztuki w Polsce 1945-2005″, gdzie mentorem grupy kapistów mianowała ni stąd ni zowąd w miejsce Józefa Pankiewicza młodszego o pokolenie Zbigniewa Pronaszkę. Tu jednak przesadziła z dezynwolturą i jej pomnikowe w założeniu dzieło poszło na przemiał niemal natychmiast po odkryciu „lapsusu” przez paru uważniejszych czytelników. Dlaczego tak błyskawicznie? Wydanie „Sztuki” było dofinansowane przez Instytut Książki w ramach Programu Operacyjnego Promocja Czytelnictwa, czyli z budżetu państwa, a więc kompromitacja obciążałaby nie tylko autorkę, ale i ministerstwo kultury! W drugim wydaniu, które ukazało się w rekordowym tempie, poprawiono tylko ten jeden błąd, reszta (m.in. rzekoma obecność na Kongresie Intelektualistów w 1948 r. we Wrocławiu Louisa Aragona) została i straszy. No, może przesada, bo mało kto po to opus magnum sięga, idąc za przykładem recenzentki wewnętrznej prof. Marii Poprzęckiej (przyjaciółki Andy, zwanej przez nią „Marylą”), która przed wydaniem najprawdopodobniej w ogóle nie miała tego arcydzieła w ręku!
Później Anda Rottenberg wydała jeszcze dwie książki o swoim pasjonującym życiu, a ostatnio stała się bohaterką wywiadu-rzeki przeprowadzonego przez Dorotę Jarecką (kiedyś, ale chyba już nie dziś „GW”). Przyznam się, że nie chciałam wchodzić do tej rzeki, bo bardzo nie lubię zamulania, bałaganiarstwa i chaosu w opowieściach Andy, nie wspominając już o zmyśleniach, insynuacjach, plotkach i tym podobnych delicjach, w których zdecydowanie nie gustuję.
Jednak zmobilizowana przez różne osoby sięgnęłam po ten „dialog”, podczas którego pani Jarecka chyba ani razu nie podnosi się z klęczek, wysłuchując w nabożnym skupieniu tego, co ma do powiedzenia „kuratorka nad kuratorkami”, jak nazwał ją „recenzent ” Bogusław Deptuła w „GW”, niczego oczywiście nie weryfikując. Ale i tak pewnie dałabym sobie spokój z komentowaniem wspólnego dzieła wyobraźni obu pań, mimo że rzadko zdarza się natrafić na tak wielki gąszcz zmyśleń i konfabulacji, gdyby pod sam koniec autorka nie znokautowała mnie swoim ckliwym i sierdceszczipatielnym wspomnieniem o Nice Strzemińskiej. Otóż podobno Nika była „przyjaciółką” Andy i niemal na łożu śmierci wręczyła jej „na pamiątkę” wydzierganą przez siebie szydełkową saszetkę. Rzecz wydawałoby się drobna, nieważna, ot taki uroczy drobiazg, gdyby nie ukryty pod nią obrzydliwy fałsz! Nika nigdy nie zapomniała, jak potraktowała ją szefowa Zachęty parę lat wcześniej, jak czuła się upokorzona, poniżona i szurnięta w kąt.
Działo się to przy okazji wystawy „Słońce i inne gwiazdy”, będącej swego rodzaju wizualizacją plebiscytu „Polityki” na największych polskich artystów XX wieku. Nika obejrzała proponowane do wystawienia obrazy ojca i odniosła wrażenie, że ma do czynienia z falsyfikatami. Wiadomo, że w latach 90. sporo osób przychodziło do niej z „odkrytymi”po latach pracami Strzemińskiego, prosząc o potwierdzenie autorstwa. Nika nie była ekspertką, ale każdą sprawę traktowała poważnie. Podobnie w tym przypadku. Zamówiła ekspertyzę u pani Zofii Baranowicz, niekwestionowanej znawczyni twórczości Strzemińskiego. Ekspertyza potwierdziła obawy Niki. Kuratorka Anda puściła tę ekspertyzę mimo uszu, w ogóle nie zareagowała na dostarczoną do Zachęty opinię. Poruszona tym faktem Nika przypomniała o ekspertyzie podczas prasowego otwarcia wystawy. Zapadła cisza, konsternacja, jakby ktoś puścił bąka w salonie, ale ani szefowa Zachęty ani nikt inny ze zgromadzonego areopagu do sprawy się nie odniósł. Chwilę potem dyskusję wznowiono, jak gdyby nigdy nic. O tym zdarzeniu, którego obie panie- także Dorota Jarecka – były uczestniczkami, żadna z nich nie wspomina, wolą rozczulać się nad biedną, umierającą przyjaciółką Niką!
Inny „przyjaciel” Andy Rottenberg artysta multiinstrumentalista Andrzej Partum tak o niej pisał (SZTUKA 1-6/96): „W Zachęcie jest ciemno. Intelektualnie.(…)Stara gosposia źle gotuje na stanowisku dyrektora.1993-1996.(…)Warszawska Zachęta i Zamek Ujazdów stały się niespodziewanie prywatne! Dziedzictwo kultury narodowej zawarte w tych obiektach stało się prywatą działalności ludzi o ciasnych horyzontach. Pani Anda Rottenberg, bo o niej tutaj mowa, wygrała ongiś konkurs na to stanowisko z tak zwanym wskazaniem ówczesnego v-ce ministra kultury Piotra Łukasiewicza /kiedyś poznałem tego faceta na plaży w Dębkach – plaży dla nudystów i mam o nim opinię kompletnego dyletanta odnośnie sfery sztuki…”
Nie wiem, co sądzić o innych”zaprzyjaźnionych” z Andą – o legionie Wieśków, Włodków, Tomków, Staszków, Stasiów, Wojtków, Janków, Jasiów, nie wspominając już o Kaśkach, Hankach, Izach, Majkach, Maszkach, Jadźkach, Basiach itd., ale przyznam, że mnie to nie interesuje. Nie wiem zresztą, czy wszystkie imiona osób, o których mowa w tej epopei życia są prawdziwe, bo np. „wielka klawesynistka” nie ma – jak mówi Anda – na imię Jadwiga (też Chojnacka, wybitna aktorka), ale Elżbieta!
Ale dość o przyjaciołach, bo Anda miała i nadal ma – jak twierdzi – zajadłych wrogów. Oczywiście nie pozostawia na nich suchej nitki, daje sobie pełny luz opisując knowania tych donosicieli, kolaborantów i innych nikczemników, ale tym też nie będę się zajmować. Od czego są w końcu sądy? Niestety nie wierzę, żeby podał Andę do sądu Daniel Olbrychski, bo może dowiedziałabym się od autorki, jakie to ciemne siły stały za nim, kiedy rozbijał szablą oprawione fotosy aktorów w hitlerowskich uniformach na wystawie Piotra Uklańskiego w Zachęcie! Bo przecież głupi aktor nie może niczego zagrać bez reżysera. Wiem, ale nie powiem, skąd ja to znam? Jak bym słuchała ostatnich wyznań Pawła Piskorskiego, donoszącego, po ponad dwudziestu latach, na swoją własną niegdyś formację i dawnych kolegów/przyjaciół ! Teoria spiskowa nigdy chyba nie miała się tak dobrze.
Kolejny wróg Andy to Związek Polskich Artystów Plastyków. Chociaż mocno „solidarnościowy” i rozwiązany w stanie wojennym, kiedy to Anda (nie od razu, bo nikt jej nie prześladował), ale w końcu bohatersko przeszła z państwowego etatu do opozycji ( co – jak podkreśla – wpłynęło niekorzystnie na wysokość jej dzisiejszej emerytury!), to ustami swego prezesa, już po reaktywacji ZPAP, wyraził swój sprzeciw wobec artystycznych gustów swojej niegdysiejszej sojuszniczki i jej idei stworzenia dla swoich wybranków Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie
I, oczywiście, natrafił na bezkompromisową kontrę! Ten cios rykoszetem trafił i w sam ZPAP, który – jak twierdzi kuratorka – był , jako związek twórczy, tworem tego przebiegłego i cynicznego do szpiku kości ówczesnego „szefa CRZZ” Włodzimierza Sokorskiego. Jak twierdzi autorka wynurzeń, ZPAP został przez tego demona zła (nie wiadomo kiedy i w jaki sposób) „wyjęty z Centralnej Rady Związków Zawodowych i namaszczony jako związek twórczy”. Hola, hola! Oczywiście Sokorski nie był żadnym szefem CRZZ ( który zresztą do czasu objęcia przez niego funkcji wiceministra kultury i sztuki – marzec 1948 – jeszcze nie istniał!) – szefem Centralnej Komisji Związków Zawodowych był Edward Ochab, Sokorski był sekretarzem tej komisji. Oczywistą brednią jest twierdzenie, że jakakolwiek jedna, nawet najbardziej wredna i cyniczna osoba mogła wówczas (podobnie jak obecnie) kształtować politykę państwa, w dziedzinie kultury czy jakiejkolwiek innej! A Związek Polskich Artystów Plastyków (powstały jako Związek Powszechny Artystów Polskich w 1911 r.) już w grudniu 1946 r. został wpisany do rejestru stowarzyszeń ( a nie związków zawodowych). Adresatem jego postulatów stał się od samego początku, od I Walnego Zjazdu odbytego w sierpniu 1945 r. minister kultury i sztuki. Chyba każdemu (poza Andą Rottenberg i towarzyszącą jej Dorotą Jarecką) wiadomo, że głównym żądaniem środowiska było ustanowienie prawdziwego mecenatu państwa nad sztuką i jej twórcami!!! Oraz udziału ZPAP w sprawowaniu mecenatu. Tego mecenatu, który Anda Rottenberg, będąc dyrektorem ds.plastyki w resorcie skutecznie niszczyła na początku lat 90. wraz ze swoją szefową „Izą” Cywińską. Ktoś w końcu zlikwidował Fundusz Rozwoju Twórczości Plastycznej, a Fundusz Kultury zabrała ze sobą Izabela Cywińska odchodząc z resortu w 1991 r., by założyć zdychąjącą już od wielu lat Fundację Kultury… A Anda mówi zlikwidowano… jak gdyby jej tam wówczas nie było!
A te nowe związki, które podobno uwłaszczyły się na majątku rozwiązanego ZPAP! Kto jak kto, ale osoba odpowiadająca za sprawy plastyki w ministerstwie kultury musiała wiedzieć, że realny majątek ZPAP – siedzibę przy Mazowieckiej, galerie, pracownie itd.- przekazano utworzonemu w tym celu Przedsiębiorstwu Państwowemu „Sztuka Polska”, którego dyrektor – pragnąc przypodobać się nowej szefowej – przynosił podobno Andzie katleje, jak proustowski Swann obiektowi swojego pożądania. Ci, którzy czytali „W poszukiwaniu straconego czasu”, wiedzą, co oznacza „faire les catleyas”!
Do historii socrealizmu w Polsce wrócę osobno, bo to rzecz, która ma swoją skomplikowaną, niejednoznaczna i ciekawą historię, różniącą się znacznie od tego, co wygadują obie autorki.
I wreszcie o „rzyganiu Marksem” w wykonaniu Andy i „pokolenia wstecz”. „Odrzucał mnie z definicji, ponieważ nazywał się Marks” – głosi z dumą. To fakt, że prof.Bronisław Baczko, wykładający w latach 60. filozofię na wydziałach humanistycznych UW nie wymagał czytania ani Marksa ani marksistów, a więc nieczytanie ich nie było specjalnym dowodem heroizmu czy sprzeciwu wobec reżymu. Ale mam dla Andy złą wiadomość, Marks znów stał się modny i czyta się go w kręgach „Krytyki Politycznej”. Także nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej, które wydało wyznania Andy ukazują się nowe interpretacje najlepszych tekstów Marksa, pióra m.in. Marshalla Bermana i innych amerykańskich (i nie tylko) autorów. Można, oczywiście przeżyć życie bez Marksa i w ogóle bez czytania czegokolwiek, ale nie ma się czym chełpić, bo koledzy są już na innym etapie!!!
Brak czujności, ot co! Kiedyś było inaczej. Kiedy w 1999 r. Zachęta przygotowywała pokaz „Łaźni męskiej”Katarzyny Kozyry na Biennale weneckie, Anda, obawiając się reakcji sfer kościelnych i prawdziwych Polaków na to „w najwyższym stopniu niemoralne i obrzydliwe dzieło”, zamówiła mszę w jednym z warszawskich kościołów w intencji sukcesu Kozyry! Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek!!! Śmiała się z tego wówczas cała Warszawa, ale modły poskutkowały i „Kaśka” Kozyra została w Wenecji uhonorowana, chociaż nie jedną z głównych nagród – jak twierdzi Anda – ale jednym z 4 honorowych wyróżnień dla młodych twórców! Wszystko to można sprawdzić, ale trzeba chcieć…Dorocie Jareckiej się nie chciało, bo przecież rozmawiała z takim pomnikowym autorytetem…No, „Już trudno ROTTENBERG Dorota Jarecka”. Stało się i tyle.
joanna s.
