…pozamiatane, można by powiedzieć, a dokładniej, zagospodarowane pamiątkarstwem. Ta słynna kiedyś galeria, duma Państwowego Przedsiębiorstwa DESA, później sprywatyzowana i z każdym rokiem coraz cieniej przędąca, wreszcie zakończyła swą działalność. Mogłaby co prawda jeszcze jakiś czas egzystować (gdyby nie obłędna polityka miasta nakładająca po równo morderczo wysokie czynsze za lokale, bez względu na ich profil i funkcje), ale prawa rynku upomniały się o swoje. Upadek Zapiecka dobrze ilustruje pewne ogólniejsze procesy: obserwowane zjawiska przemieszczania się punktu ciężkości sztuk wizualnych i ich hierarchii w kulturze, z drugiej strony ilustruje pauperyzację, degradację w skali społecznej, spsienie sztuk pięknych. Przynajmniej kiedyś tak zwanymi i tym samym szacownymi. Dowód? W III RP wszystkie wyższe szkoły sztuk plastycznych w Polsce pilnie zachciały zostać Akademiami Sztuk Pięknych i stało się! Sejm ze zrozumieniem się przychylił (w PRL-u i II RP tytuł ten miały tylko Akademie Krakowska i Warszawska.)
W szczytowym okresie w Zapiecku pokazywano to, co w polskiej sztuce najlepsze, najambitniejsze. To była dosłownie nasza witryna na Zachód, dowód przynależności polskiej sztuki nowoczesnej do kultury europejskiej i to nie w roli biednego Kopciuszka, o nie. Z czasem była to już stała oferta: Gierowski, Sienicki,Sempoliński, Kierzkowski…itp. Co komu dziś mówią te nazwiska? I dlaczego miały by mówić? W imię czego, jakich wartości? Pikturalnych? Nie żartujmy.
Czytam oto rozmowę z profesorem Grzegorzem Kowalskim z warszawskiej ASP, twórcą słynnej czy osławionej metodyki nauczania zwanej Kowalnią. Jej absolwenci stanowią dziś samą szpicę, sam creme de la creme polskiej sztuki aktualnej:- Katarzyna Kozyra, Mirosław Bałka, Joanna Rajkowska, Paweł Althamer, Artur Żmijewski. Profesor chyba szczerze wspomina epizod swej pedagogicznej kariery, dosyć ambarasujący może dla innych, kiedy jego wychowankowie przygotowali jako pracę seminaryjną…gówno w gablocie, czekając w napięciu co powie mistrz . A on wybrnął! Nazwać tego dziełem sztuki nie za bardzo mógł. Nie nazwać tego dziełem sztuki też nie specjalnie mógł i chciał (nie mówiąc już o korekcie – ale tę już dawno odrzucił jako XIX-wieczny przeżytek, nie musiał więc na szczęście ingerować, czyli poprawiać g. ). Wszystko razem mieściło się więc w sferze penetracji jaźni – jednostki, grupy, bytu, jak kto woli. A do czego odpowiednim narzędziem i dla profesora i dla jego studentów stały się zamiast np. rysunku – zdjęcie, fotografia, intermedialność. I to zalecił – kompromis.
Akademie produkują absolwentów, rynek nie nadąża za ich wchłonięciem dlatego ostatnie Zapiecki padają, a jakość przedmiotu, jakość dzieła sztuki jest czymś przebrzmiałym. Trudno, trzeba się z tym pogodzić, czego wszystkim życzę w Nowym Roku 2015.
Andrzej Skoczylas


