Jak malarz z malarzem

   19 marca br w Muzeum Sztuki Nowoczesnej Andrzej Wajda wygłosił wykład o malarstwie swego przyjaciela Andrzeja Wróblewskiego, którego wystawa RECTO/VERSO. 1948 – 1949  1956 – 1957 właśnie trwa. Na początek i na koniec swego wystąpienia – jak klamrę spinającą wszystko – odczytał tekst (przesłanie? kredo? testament) Wróblewskiego, który w całości przytaczam:

Mam twarde postanowienie.
Postanowienie.
Niewzruszoną powziąłem decyzję
wszystko inne mogę darować,zapomnieć
ale to – strzeżcie się. Przebrała się miarka.
Ostrzegałem. Nie chciałem grozić.Prosiłem.
Dawałem do zrozumienia: że każdy kto nie widzi we mnie Człowieka
może ściągnąć na siebie i na wszystkich
ogromne nieszczęście
że trzymam ukryty piorun
który zniszczy mnie ku ogromnej stracie ludzkości
Mówiłem – kochajcie mnie
Myślałem: drżyjcie przed moją ostateczną DECYZJĄ!
Już.
Teraz już koniec.
Przebrała się miarka.
Teraz już jestem człowiekiem stamtąd.
Wszyscy, którzy mi nie okazali serca, jesteście dla mnie niczym!
Żyję jeszcze, ale żyję już zdecydowany
i jestem teraz tylko pozornie tym czym byłem.
Nie dostrzegacie tego? Nie zmieniacie swoich zdawkowych
uśmiechów?
Czekacie aż moja Decyzja zużyje się w codzienności?
Dobrze. Jestem silny moją decyzją. Skoro ją powziąłem
nie ważny jest Dzień Jej Spełnienia
mogę teraz spokojnie lekceważyć was
mogę żyć udając – udawajmy, że nic się nie stało
odpowiada mi ta komedia. Owszem. Nie szkodzi
Jeszcze parę dni – miesięcy. Poczekam.

   Jest dla mnie wielce zagadkowe, dlaczego Mistrz Wajda, wybrał – jako motto swojego wykładu – ten właśnie tekst z całej spuścizny Wróblewskiego (co należy chyba rozumieć jako ważny, zasadniczy dla całej twórczości malarza). Nie mogłem tego pytania postawić na tłumnym spotkaniu w muzeum, ponieważ do tego służyć może tylko rozmowa a nie wygłaszane komunikaty, stawiam więc je teraz. 

   Andrzej Wajda jest wielkim admiratorem malarstwa Wróblewskiego. Wyraził pogląd, ze gdyby malarstwo Wróblewskiego było pokazane w odpowiednim czasie na Biennale w Wenecji, dziś byłby powszechnie znany i cieszyłby się sławą międzynarodowa jako wielki prekursor. Jego „Rozstrzelania” i „Matki” są niedościgłym przykładem nowatorstwa   formalnego w znaczeniu czysto malarskim, a równocześnie rozliczeniem się z traumą wojny, śmierci, sensu istnienia człowieka w warstwie filozoficznej. Sam Wajda uznał, potwierdzając to w licznych wcześniejszych wypowiedziach medialnych, że po zobaczeniu „Rozstrzelania VI”, dał sobie spokój z malarstwem, wiedząc nie byłby w stanie niczego lepszego stworzyć i dlatego wybrał film (w 1947 r). – Moje „Pokolenie”, „Kanał”, „Popiół i diament”, poruszają te same, w gruncie rzeczy, problemy co malarstwo Andrzeja Wróblewskiego, tyle że wyrażone innym, nie tak doskonałym językiem – stwierdził wielki reżyser z równie wielką emfazą.

   Nie sposób odnieść się do wszystkich wątków wywodu Andrzeja Wajdy, zwłaszcza do swoistej „polityki historycznej jaką uprawia. Robi to zapewne dla wyjaśnienia motywów, racji przyświecających pokoleniu Wróblewskiego, zgłaszającemu masowy akces do nowej rzeczywistości politycznej, co jest bezspornym faktem, a Wróblewski jego symbolem. Są one, jak wiadomo, bardzo złożone i najczęściej nierozstrzygalne. Takie jak entuzjazm i pesymizm Wróblewskiego, jego uczestnictwo, agitatorstwo i zarazem wyobcowanie, samotność, obsesje samobójcze. A przecież wbrew temu co w ramach wspomnianej „polityki” powiedział sam Wajda, poza opresyjnością i stalinizmowi w kulturze, twórczość Wróblewskiego i on sam, nie podlegała jakimś szczególnym, w niego tylko skierowanym represjom (brał udział w wystawach, nielicznych, ale jednak, niemal stale publikował w prasie codziennej i branżowej, do tego wyjazdy zagraniczne, praca dydaktyczna na uczelni w ramach pomocy stypendialnej, a nawet odznaczenia, jak Srebrny Krzyż Zasługi), nie żył też w nędzy i zapuszczeniu. Przeciwnie.

   Jego konflikt ze światem – zakończony śmiercią w niejasnych do dziś okolicznościach 68 lat temu (23 marca) – mógł mieć charakter osobowościowy. Nie wynikał (choć mógł też w jakimś stopniu) ze środowiskowych swarów, intryg, zwalczających się koterii i całego towarzyszącego mu błota. Raczej – jak sądzę – brał się z rozterek duchowych, rozbudzonej bezkreśnie jaźni i samoświadomości, z którymi nie chciał sobie poradzić.   

   Wracając do pytania, dlaczego Andrzej Wajda odwołał się do tekstu „Postanowienie”, odpowiedzi oczywiście brak. Zamiast niej, moje wrażenie jest takie:

– poza zilustrowaniem, złego stanu psychicznego autora, o czym wiemy „od zawsze”, nic z niego nie wynika, jest on jedynie śladem artysty…

– traktować go dosłownie nie sposób, ponieważ jest miejscami, ostentacyjnie wręcz autoironiczny. Z tego też powodu trudno mówić np. o jego profetyzmie, przesłaniu do potomnych itp.

– literackich walorów (wiersz?), oryginalności, też trudno się w nim dopatrzyć, chyba że potraktować całość jako dosyć smutną sztubacką zgrywę, ale wtedy…nie do śmiechu nikomu i nigdzie.

   Więc może właśnie z tego powodu Mistrz Wajda, na ten tekst zwrócił uwagę, wydobył i przywołał. Bardzo być może – jak mówią besserwiserzy.

   Andrzej Wajda cały swój wykład o malarstwie Andrzeja Wróblewskiego, wypreparował z chronologii historycznej, tak wydawałoby się nieodzownej przy analizowaniu dzieła sztuki. Może zrobił to celowo? Jeśli tak, to dzieła, arcydzieła Wróblewskiego – jak chcą niektórzy – nadają się jak żadne inne, do ponadczasowego rozpatrywania ze względu na swoją wielkość. Z tym się zgadzam.

                                                                  Andrzej Skoczylas                                                                              

Co Alicja odkryła…

Po drugiej stronie lustra, pod takim tytułem profesor Maria Poprzęcka poddaje wiwisekcji (Magazyn Świąteczny GW, 1.03. 2015) wystawę Andrzeja Wróblewskiego Recto/verso w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. 

W dużym artykule, liczącym ca 3000 słów, ma do powiedzenia o malarstwie Wróblewskiego w gruncie rzeczy to, że malował większość swych cennych obrazów po zewnętrznej stronie płótna oraz na jego odwrocie, po wewnętrznej stronie, „do ściany”, jak się mówi. Oraz to, że niektóre ze swych obrazów dzielił, przecinał na pół i robił z nich dwa. Anegdotyczne „rewelacje” i odkrycia, że brało się to z biedy, pani profesor z wyżyn i dostojeństwa swego warsztatu badacza objaśnia jeszcze, że były to „czasy donaszania ubrań z demobilu”.

Wiem, że to niezmiernie trudne rozpoznać i uzasadnić, dlaczego malarstwo Wróblewskiego było wielkie, wybitne, ale zarazem pokrętne i chybione w poszczególnych przypadkach. I dlaczego jego obrazy są prekursorskie, a mimo wpływu wielkich poprzedników oryginalne i przetrwały próbę (próby) czasu, budząc żywy odbiór do dziś. Jednak żeby podjąć się próby odpowiedzi na takie pytania, nie mówiąc już o ich sensowności, trzeba się na malarstwie znać! Gdy tej wiedzy brak, pozostaje międlenie słów, sadzenie banałów i oczywistości wypełniających miejsce na papierze. Oraz pretensjonalne bawienie się w Alicję z krainie czarów, z którą pani profesor, w jej mniemaniu, tak do twarzy, a która to metafora do dzieła Wróblewskiego pasuje jak pięść do nosa.

Nie ukrywam, że profesor Maria Poprzęcka nie jest dla mnie – delikatnie mówiąc – żadnym autorytetem w dziedzinie malarstwa. Uzasadniłem to w swoim czasie podkreślając jej rolę jako promotora i recenzenta wewnętrznego osławionego dzieła „Sztuka w Polsce 1945 – 2005” swej pupilki, hucpiary Andy Rottenberg (dla obu „wybitnych specjalistek” Józef Pankiewicz czy Zbigniew Pronaszko, kapiści czy koloryści to wszystko jedno!). Ta kompromitacja wystarczyła, żeby niesprzedany nakład poszedł na przemiał!

A po drugiej stronie lustra, szanowna Pani Profesor, zgodnie z figlami Lewisa Carolla, Alicja spotkała Humpty Dumpty. Czy o to szło? Jeśli tak, to gratuluję…smaku…

                                                Andrzej Skoczylas