Otrzymałem elektroniczne zaproszenie z sieci (Zderzak do Zderzaka) na wernisaż wystawy JURREGO Zielińskiego. Postanowiłem skorzystać z tego specyficznego zaproszenia, by zobaczyć wystawę obrazów rekomendowaną przez znawcę i zasłużonego propagatora twórczości tragicznie zmarłego w 1980 r. JURREGO Jana Michalskiego. A także, może przede wszystkim, by „zauczestniczyć”, zobaczyć na własne oczy, jak wygląda rutynowy, choć zarazem nadzwyczajny, wernisaż w słynnym Zderzaku.

Wskoczyłem więc w pendolino, by za niecałe dwie i pół godziny znaleźć się w Krakowie. Przy okazji spotkałem w lux torpedzie grupę dawnych kolegów artystów (m.in. Mietka Wasilewskiego, Koji Kamoji) udających się do Manghi ,by urządzać tam wystawę, więc zaprosiłem ich wszystkich, w liczbie 5 osób, na wernisaż w Zderzaku (o czym nic nie wiedzieli), a czułem się uprawniony do zapraszania tą drogą, przecież równie dobrą jak ta, którą sam zostałem zaproszony. Okazało się to zresztą znaczące, bo przyzwyczajony jestem raczej do tłumnej obecności na wernisażach, zwłaszcza liczących się wydarzeń artystycznych, a zastałem przy Floriańskiej 3, w wieczór 16 września o godzinie 19, dziesięć osób. A więc moi koledzy, którzy w międzyczasie pilnie doszlusowali, radykalnie poprawili frekwencję, i to o 50%. A to jest chyba coś?
Udawałem się na wernisaż Jurrego, by porozmawiać o jego sztuce. Co prawda, pojęcie wernisaż wzięło się stąd, że autor, a więc artysta żyjący, nadawał swemu dziełu przed pójściem w świat ostatni połysk, pociągnięcie werniksem (że był to pretekst, od początku, do pociągnięcia zgoła czegoś innego i zwyczaj ten się bardzo zakorzenił przesłaniając pierwotny sens, to już inna sprawa). Co chciał pan Jan Michalski werniksować, doprawdy nie wiem, natomiast wiem, że obiecał pokazanie 17 obrazów Jurrego, a pokazał 10. Nie wiem też, jakie były powody odstępstwa od planów, musiały być ważne, nie zmieniło to chyba jednak nurtu wywodów kuratora wystawy, które nazwałbym, dość subiektywną interpretacją twórczości Jurrego (np z sięganiem po katechizm), ale oczywiście, jak najbardziej uprawnioną. Może można by było o tym dyskutować, ale widać nie miejsce i pora. Zmuszony natomiast jestem naruszyć nastrój odświętności i celebracji i zgłoszę swe zdanie odrębne w dwóch sprawach, bez względu na skutki:
– obraz „Paradis”, mający dla ideologii wystawy w Zderzaku kluczowe znaczenie, przypisany został przez Jana Michalskiego (no bo przez kogo?), kuratora i autora cennej monografii JURRY POWRÓT ARTYSTY, jako namalowany w latach 70. Uważam, że datowanie jest błędne! Niemożliwe jest, by pierwociny malarskie, tak nazwę ten nieporadny pejzażyk, mógł być namalowany przez Jurrego po dyplomie u Cybisa w 1968, po triumfie środowiskowym wystawy w grupy Neo Neo Neo w klubie na Oczki, po jego rosnącej legendzie artiste maudit. Wydaje mi się to po prostu niemożliwe! Natomiast obraz ten , dla nas magiczny, uzupełniony został i nabrał takiego znaczenia wtedy, gdy Jurry opatrzył go w kulfoniaste litery składające się na słowo P A R A D I S. I mogło to się zdarzyć tylko w latach 70.! Oczywiście nie wiem w którym roku i w jakich okolicznościach to się stało, dla mnie jest pewne, że obraz ten, faktycznie dziecinny obrazek z rodzinnych stron,uzupełniony artystowskim gestem cygana „z samej Warszawy”, stał się kompilacją dwóch epok (co się w praktyce malarskiej zdarza, a w obyczajowości Jurrego mieści się jak najbardziej).
– nie odpowiada prawdzie, jest nieuprawnionym uogólnieniem wypowiedziany na „wernisażu” pogląd Jana Michalskiego, że sztuka Jurrego w latach 70. była przemilczana, pomijana, sekowana, nieistniejąca. Faktem jest, że nie ma artysty, zwłaszcza tak przekornego i niepokornego jakim był Jurry, który byłby w pełni dowartościowany rezonansem swej twórczości, jej popularyzacją czy pełnym uznaniem. Tak już jest. Przypominam więc okładkę SZTUKI z 1975 r.

O czym świadczy reprodukowanie na okładce jedynego, ogólnopolskiego czasopisma artystycznego w kraju jakim była SZTUKA, (jakież to było wyróżnienie !) obrazu młodego, niekonwencjonalnego artysty? Jakie siły i wypadkowe tych sił musiały działać, bym mógł, ten właśnie obraz umieścić na okładce takiego czasopisma, w tamtym czasie, nie wie tylko dyletant lub człowiek złej woli. Ani o jedno ani o drugie nie posądzam Jana Michalskiego, przeciwnie, jego zasługi dla oddania sprawiedliwości i wielkości twórczości Jurrego są ogromne i niepodważalne, więc po co, pytam się po co, te tendencyjne, tandetne wtręty o szczególnym prześladowaniu czy zapoznaniu sztuki Jurrego, o dokuczliwościach i szykanach, których doznał w stopniu większym niż my wszyscy. Nawiasem mówiąc, wcale bym się nie zdziwił, choć tego nie sprawdzałem, że Muzeum Narodowe w Poznaniu dopiero po publikacji w SZTUCE obrazu GOŁĄBEK – KAMIKADZE, kupiło go do swych zbiorów. Tyle że jakieś fatum nad tym obrazem – Jan Michalski w swej fundamentalnej monografii Jurrego jedynie tego obrazu nie reprodukuje, (a wydawałoby się, że najłatwiejszy do niego dostęp), zadowalając się tylko kronikarską notką. Dziwne…
O naszych związkach – Paradyż, Jurry i ja może jeszcze wspomnę kiedy indziej.
Andrzej Skoczylas
