…i spływa jak po kaczorze

po nim, po niej, po nas.

Przychodzi mi to do głowy, by wyrazić nieprzenikalność, impregnowanie… na wszystko. Sprawa dotyczy problemu podstawowego. acz w potocznym odbiorze dotyczącego być może zmartwień jakichś pięknoduchów, elit, słowem drobnej części społeczeństwa. Uważam, że jest przeciwnie! Chodzi mi o edukację artystyczną, estetyczną, szerzej kulturalną naszego narodu.

Uprawiamy przez dziesięciolecia edukowanie, misyjne wręcz „podnoszenia na wyższy poziom mas”. Rozbudowujemy, wciąż i stale mnożymy systemy szkolnictwa. Od szczebla podstawowego przez ciągle rosnącą sieć szkolnictwa wyższego, w tym specjalistycznego, jak akademie sztuk i wydziały humanistyczne niezliczonych uczelni publicznych i prywatnych. A media, które niemal wszystkie mają wpisaną w swą misję popularyzacje  najwyższych wartości, wśród nich oczywiście artystycznych i humanistycznych czerpanych z największych dokonań naszej cywilizacji. A muzea? A internet, otwarte granice? I jaki mamy efekt wszystkich tych działań? Żaden! Pod względem kulturalnym, panujących gustów, znajdujemy się jako społeczeństwo na poziomie kamienia łupanego, przytłoczeni emblematem chamstwa, jako stylu dominującego, przygniatającego wszystko dookoła natrętnością, nachalnością  o takimże obliczu. Przytoczę tylko trzy „kwiatki” z tej otchłani.

W kuluarach Sejmu RP otwarto wystawę portretów ofiar katastrofy smoleńskiej. Słyszę oto, jak prominenci władzy prześcigają się w hołdach, zachwytach i komplementach dla twórczyni tych wiekopomnych dzieł sztuki. Jak jej dziękują za artystyczny, imponujący trud. Niepojęte dla normalnego człowieka rozkoszowanie się, wręcz wpadanie w trans zachwytu nad kiczem! Kiczem ponurym, złowieszczym, triumfującym. Ta pani „artystka” być może wierzy, że jest koleżanką Caravaggia i maluje jak on (podobnie jak przekonani są o tym, że też tak malują, jej koledzy po fachu z Rynku Starego Miasta w Warszawie). Ma do tego prawo. Ale co na to decydenci, jednak wyższej wydawałoby się kultury, którzy powinni  umieć rozpoznać kicz, szmirę, tandetę? NIC! Im TO SIĘ PODOBA – taki mają gust! Dla mnie to hańba, żeby w najbardziej prestiżowym miejscu państwa zawisły wypociny, owoc dewocyjnej maligny, nazwane w dodatku dziełami sztuki – dla nich, to okazja do wzniosłej normalki, „dobrej zmiany”, wygranej. Wstyd to mało, mnie obywatelowi, tysiąc razy za mało powiedziane. Tym bardziej, że w tym samym czasie oglądam migawki z kuluarów Parlamentu Europejskiego w Strasburgu a tam, na ścianach, Marc Rothko, Lucio Fontana i inni luminarze… Płakać się chce ze wstydu i bezsilności. 

Katedra Polowa Wojska Polskiego, szlachetna klasycystyczna budowla, już za ordynariatu biskupa Leszka Sławoja Głódzia, dzięki jego aktywności, niczym ojca Rydzyka i komitywie ze ZBOWiDEM, zaczęła obrastać „estetyką” kiczu, z niczym nieporównywalną, stając się jej podręcznikowym przykładem. Te kotwice, śmigła, tablice „Synowi oficera” (za życia Jana Pawła) nagrobki i kolejne „ulepszenia” składają się na wciąż wzbogacaną skarbnicę kiczu i złego smaku. Boję się, że nie ku chwale Bożej i nie ku przestrodze przyszłych pokoleń.

Licheń, Chrystus ze Świebodzina, dopinają tę klamrę uniesień duchowości Polaka, ale paradoksalnie, zwieńczenie znajdując w setkach już wzniesionych i tysiącach dopiero projektowanych do wzniesienia pomnikach Lecha Kaczyńskiego. Perspektywa dla wreszcie rdzennie naszych, prawdziwie pięknych dzieł sztuki wydaje się nieskończona! Będziemy z nich słynni i na pewno nareszcie podziwiani w całym świecie. 

                                                Andrzej Skoczylas   

„wzięły się za piże”, przy okazji

…Story jest prosta jak drut: kilkanaście dni temu Gazeta Stołeczna piórem Romana Pawłowskiego doniosła, że minister Gliński powołał zespól ekspertów z Moniką Małkowską, a ten bezwzględnie i nieodwołalnie, odrzucił wszystkie wnioski o sfinansowanie zakupów dzieł sztuki współczesnej, które -jak co roku -składane są przez muzea i podobne instytucje i galerie z całego kraju. I że skandal to niebywały.


W wielkanocnym numerze „DO RZECZY”, Monika Małkowska udzieliła kluczowego wywiadu, wisząc na szafie pod sufitem. Przypomniała więc, że jest autorką przełomowej publikacji „Mafia bardzo kulturalna”(sprzed roku), która wstrząsnęła naszym światem sztuki i mediów wizualnych. Tyle że, niestety, została ona przemilczana, przez tę że mafię, układ i jego macki, które -jak wiadomo- sięgają wszędzie. Sama zaś autorka, wybitna przecież publicystka i krytyczka sztuki (jak sama mówi, napisała 10 tysięcy tekstów ) padła ofiarą zmowy milczenia, a przy tym rugowania z radia i programów telewizyjnych, funkcji profesorskich (ASP), gazet itp , aż do doprowadzenia wręcz na skraj egzystencji. No i oczywiście, skazana na ostracyzm  środowiska. Trudno już o więcej plag. A za co? A za odkrycie prawdy o mechanizmie systemu, mafii, która dławi od lat polską sztukę. Kto zawiaduje tym nieludzkim systemem? Oczywiście, nie wymieniona z nazwiska ale wszystkim wiadomo – Anda Rottenberg.

Wygląda mi, że panie nie za bardzo za sobą przepadają i tu mamy wyjaśnienie wszelkich „przełomów”, konfiguracji „układów” i obrzucania się aktualnymi (bo koniunktury zmienne), mafijnymi komplementami. Zaś minister Gliński wprawną ręką, w ramach „dobrej zmiany”, wyposażył, (w nagrodę za równie dobre sprawowanie się) Monikę Małkowską w moc i środki finansowe czynienia dobra dla sztuki narodowej, a na razie, (jej rękami) pozbawiając tychże środków „określone kręgi” zbliżone do targowicy, anilizmu (neologizm prezesa wszech czasów – A.S.),narodowego zaprzaństwa.

Małkowska obecnie stawia na wartości (samokrytycznie przyznając, że dopiero w 2014 w drodze do Stambułu, jak Mahomet z Mekki do Medyny, doznała objawienia, że dotąd tkwiła w błędzie, w „układzie”) i odtąd już będzie tylko po stronie prawdy. W swym wiekopomnym tekście przytacza nazwiska artystów niedocenianych a faktycznie unicestwionych przez układ, jak: m. in.Zbigniew Gostomski, Izabella Gustowska, Marek Chlanda albo skazanych na zapomnienie jak m. in. Jan Berdyszak, Andrzej Dłużniewski, Eugeniusz Markowski, Jacek Sienicki, Włodzimierz Borowski, Zbigniew Dłubak.

Dziesięć lat temu, po ukazaniu się dzieła Andy Rottenburg „Sztuka w Polsce 1945-2005”, (pełnym szkolarskich, kompromitujących również recenzenta prof. Marię Poprzęcką, błędów, zmuszających do wycofania części nakładu i dodruku z poprawkami ), opublikowałem listę polskich wybitnych artystów, których istnienia, życia, twórczości, nasza guru teorii i krytyki artystycznej, w swym dziele po prostu nie zauważyła,(co jest swoistym horrorem, wołającym o pomstę do nieba). Zawiera ona 85 nazwisk, z których wymienię tylko część, (bez uszeregowania wielkością znaczeń i dokonań): Hanna Rudzka-Cybisowa, Henryk Musiałowicz, Jacek Puget, Wojciech Sadley, Adolf Ryszka, Roman Artymowski, Mieczysław Berman, Wacław Taranczewski, Stanisław Teisseyre, Tadeusz Kulisiewicz, Alfons Karny, Eugeniusz Geppert, Jerzy Duda Gracz, Wiesław Garboliński, Franciszek Strynkiewicz, Marek Oberlander, Benon Liberski, Franciszek Starowieyski, Igor Mitoraj, Antoni Kenar, Jan S. Wojciechowski, Marian Wnuk, Jan Spychalski, Władysław Jackiewicz, Leon Michalski, Mieczysław Wejman, Wojciech Zamecznik, Tadeusz Trepkowski, Wojciech Jastrzębowski, Eugeniusz Eibisch.

Wydawałoby się, że skazanie tych twórców jako „niebyłych” i to w opracowaniu mającym ambicje naukowe, nie mówiąc już o dydaktycznych, jest niemożliwe. Nieprawda, w rękach właściwego fachowca nie takie cuda są możliwe.

Wniosek prosty jak na początku – bez względu na to, który z wampirów rej wodzi, który jest większym szkodnikiem, sztuka nasza jakoś istnieje i istnieć musi. Mam nadzieję.

                                                               Andrzej Skoczylas