3 maja 2016
Wobec zalewu informacji o upamiętnianiu, odsłanianiu kolejnych tablic, nagrobków, pomników Lecha Kaczyńskiego i ofiar Smoleńska, rozpętanej przed sześcioma laty, a – dzięki stalowej woli prezesa – niesłabnącej z biegiem czasu, lecz wciąż potęgującej się jak Polska długa i szeroka, chciałbym wtrącić kilka słów o czymś innym, o guście.
Przecież wszystkie te upamiętnienia, pomnikowe dokonania istniejące i projektowane, mają swój zamysł i wynikającą z niego formę plastyczną. (Wyjąwszy oczywiście występy prezesa z okazji kolejnych miesięcznic, które należą już do innego porządku – audio. Budzącego dreszcz grozy przez swe skojarzenia, w tym czy w uniesieniu nie spadnie aby z taboretu, ale jednak jeszcze tylko dźwiękowego).
Pomnikowe pospolite ruszenie ma formę sugestywną lub nie, mniej lub bardziej dramatyczną, natrętnie wypełniające sobą publiczną przestrzeń na skalę horyzontów człowieka (może nadczłowieka?). Ma też do dyspozycji (nieświadomie) formę i kształt karykatury, nieudolności, prymitywizmu agresywnego chamstwa dopinającego swego celu. I to trwałego, w założeniu „na zawsze”, d z i e ł a. W domyśle, dzieła sztuki.
*
O gustach się nie dyskutuje – mówi popularne porzekadło. Myślę, że grzeszy ono bardziej efekciarstwem niż głębią, bo jego funkcją użytkową, „codzienną” jest tak zwany święty spokój. OT, żeby państwo w salonie, a panowie pod budką z piwem, jak się kiedyś mówiło, nie dali sobie po buzi. I to jeszcze z tak błahych powodów jak różnice gustów!
O gustach się nie dyskutuje, bo się je ma…lub nie. Wolę tę druga wersję porzekadła, chociaż powstaje tu problem – co robić z gustem, który staje się p a n u j ą c y, wszechogarniający? A przy tym jest fatalny, prostacki, ciemny. Nie dyskutować? A może jednak dyskutować, tylko z kim? Nie robić nic?
*
Głaz narzutowy z przytwierdzoną do niego spiżową tablicą z wizerunkiem poległego Lecha Kaczyńskiego przed Corazziańską fasadą warszawskiego ratusza, stał się nie tylko faktem medialnym, ale własnością zbiorową, społeczną. Pomijając już okoliczności jego postawienia (po kryjomu i samowolnie), stał się chcąc nie chcąc inwestycją wzorotwórczą! Tu zaczynają się schody… Jako mieszkaniec Warszawy czuję się tym „dziełem” poniżony, zdruzgotany. Bo przecież, w jakimś sensie czuję się współodpowiedzialny za analfabetę, za to, że w ogóle pojawił się jako autor tego „dzieła” dyletant, pomyleniec! Ostatnio nawet ujawnił się z imienia i nazwiska, posiadając, oprócz świetnego samopoczucia i dumy z dzieła swego życia, dokonania w postaci zaprojektowania pawilonów handlowych przy Juliana Marchlewskiego, aktualnie Jana Pawła II.
Jakkolwiek daleki już jestem od wszelkich misji i tym bardziej upodobań edukacyjnych (świadom przestrogi filozofa, że „pouczanie młodszych jest po prostu impertynencją”) to gotów byłbym, zwłaszcza wycieczkom szkolnym, które powinny tu ciągnąć niekończącym się strumieniem – pokazywać,dotykając palcem jak wygląda, i dlaczego właśnie tak, m a s z k a r o n u p a m i ę t n i a j ą c y sprzed ratusza. Dlaczego obraża wszystkie kryteria estetyczne; ładu, smaku, tradycji europejskiej. I jest ponurym kiczem
Nawiasem mówiąc, kamienie polne, otoczaki i głazy pobielone wapnem, zaczynają być obowiązkowo stosowane przez właścicieli, nowych finansowych nababów, jako bardzo piękne, „takie polskie” ozdoby podjazdów do ich bukolicznych, wiejskich rezydencji ze skromniuteńkimi portykami, kolumnadami z korynckimi kapitelami, gazonami i innymi podobnymi oryginałami.
*
Od kilku już lat obserwuję aktywność Jana Pietrzaka, który chce przekonać ogół obywateli (nie wiem, może tylko patriotów polskiego, odpowiednio udokumentowanego pochodzenia) do swej idei postawienia w Warszawie Łuku Triumfalnego dla upamiętnienia Bitwy Warszawskiej 1920.
Długą drogę przeszedł Pan Janek. Od współtworzenia z Jonaszem Koftą Egidy, której był organizatorem i bez którego ona by nie powstała, do dzisiejszego zaprzysięgłego piewcy „dobrej zmiany”. Jego talenty – pełnego werwy swojskiego wodzireja, co to potańczy, pośpiewa, ułoży kuplety, zagra na gitarze, słowem swój chłop, kolega z wojska, który poza tym wszystko potrafi załatwić z towarzyszami z KW czy KC – to było nieocenione w latach 60. To banał, że nasz Pan Janek nie broczył krwią po razach zadanych mu przez komunę. Na deskach Opola czy festiwalu piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu potrafił jak nikt rozhuśtać, rozbujać widownię. Teraz latami ten swój obciachowy kawał życiorysu odreagowuje, ale ile można! Wymyślił więc Łuk Triumfalny dla Warszawy. Bardzo dobrze. całkiem świeżutki pomysł, w Polsce nie używany. A że zalatuje tym z Paryża? Mówi się trudno – nasz będzie zaporą przeciw bolszewizmowi! Prawdziwie piękne, oryginalne upamiętnienie. Symboliczne, ale kto wie, może być niebawem praktyczne, bo łatwo przecież przeistoczyć Łuk w antyputinowską barykadę.
Tyle że są kłopoty, przede wszystkim brak lokalizacji. Warszawski magistrat wciąż wykazuje brak entuzjazmu do inwestowania i nie chce wyznaczyć terenu pod budowę. A Pan Janek chciałby postawić Łuk najlepiej na Osi Saskiej, na miejscu „Ubelisku”, może w Saskim Ogrodzie, bądź między Hotelem Europejskim a Sztabem Generalnym (jak to pięknie i ideowo brzmi), obok pomnika Marszałka Piłsudskiego (zwanego pomnikiem dziadka parkingowego), wreszcie choćby na Krakowskim Przedmieściu albo na Pradze, po „czterech śpiących”, których pięknym fortelem z budowa metra, Hanna Gronkiewicz – Waltz odesłała w niebyt. A więc miejsca są, ale brak gotowości do CZYNU, na miarę legionów. Podobnie jak fundatorów do sfinansowania tego patriotycznego wzmożenia. Natomiast rekonstruktorzy są, nawet coraz liczniejsi, ale…to jednak nie to.
Widząc te niezasłużone, z niewdzięczności wynikające kłopoty Pana Janka, publicznie zaproponowałem rozwiązanie: Łuk Triumfalny na lawecie! Mógłby być wykonany z odpowiednio lekkich materiałów (np. papier mache, styropian) nie tracąc nic z niezbędnego mu monumentalizmu i godności (przecież nikt nie będzie go chciał przewracać). Czujne oko pomysłodawcy umiałoby tę wielkość wyznaczyć. Całość należałoby ustawić na odpowiednio obszernej platformie na kołach (lub gąsienicach) i jazda! Do najbardziej zagrożonych miejsc; na Krakowskie Przedmieście przed Pałac, na Pragę ( Na Pragie! Na Pragie! – wołali bohaterowie Wiecha), pod Radzymin, miejsce prawdziwego Cudu nad Wisłą – słowem, wszędzie tam, gdzie akurat jest pilnie potrzebny.
Techniczne ograniczenia, jak szerokość ulic czy czasowe przenoszenia trakcji tramwajowych, dałoby się łatwo pokonać, co udowodniono w Brzegach, przenosząc nawet linię wysokiego napięcia dla Krakowa.
*
Parę dni temu prezes obwieścił, że za dwa lata na Krakowskim Przedmieściu stanie pomnik Świętej Pamięci Prezydenta Rzeczypospolitej Lecha Kaczyńskiego. I drugi, pozostałych ofiar Smoleńska. Nic to, że podnoszone są jakieś wątpliwości, są one bzdurne oczywiście, jak konserwatorskie czy podobne. Pomniki staną i już! Ale ciekawe, po raz pierwszy z ust prezesa usłyszeliśmy, że „weźmie się pod uwagę względy artystyczne”. Jedynie domyślam się, bo nie mam dowodu, skąd słowo artyzm, względy artystyczne, wzięło się w w y t y c z n y c h prezesa do narodu. Zobaczymy, co to znaczy. Gusty można kształtować! Czasem daje to efekty, czasem nie…Zawsze będzie można powiedzieć; o gustach się nie dyskutuje
Andrzej Skoczylas
