Krystyna Janda (i inne) proklamowała na najbliższy poniedziałek strajk polskich kobiet.
Czarny protest, który rozpocznie się manifestacją w sobotę, jest oczywiście wycelowany w ekstremalnie antykobiecą i antyludzką ustawę zakazującą aborcji w Polsce, która ma być rozpatrywana – jako jedyna – w Sejmie. A w najbliższy poniedziałek kobiety mają demonstracyjnie nie przyjść do pracy.
Po co sobie fundujemy tę klęskę? Przecież wiadomo, że do pracy nie przyjdzie z tego powodu najwyżej kilka tysięcy kobiet. Z bezliku powodów, z których najważniejszy jest jeden: pracodawcy nie po to zatrudniają kobiety, by sobie protestowały. One mają harować i wykonywać polecenia , a gęba w kubeł! A jak zasmakują w protestach, to kolejny może być przeciwko nim!
Zezwolenie na wzięcie dnia wolnego otrzymają niektóre przedstawicielki wolnych zawodów, które i tak nie pracują od do, może część nauczycielek ze szkół, które jeszcze prowadzą nominaci z opozycji, urzędniczek z opozycyjnych samorządów i jakichś innych niekomercyjnych instytucji, może trochę studentek czy licealistek.
I to by było na tyle. Czy warto się liczyć w ten sposób?
Islandia, kraj mały, w dodatku z większością protestancką, gdzie ta metoda okazała się skuteczna , to dla niemal 40-milionowej Polski w ponad 95 proc. katolickiej żaden przykład do naśladowania! Kto chciałby się w tej sprawie narażać Kościołowi czy choćby proboszczowi?
W dużych krajach katolickich , jak Włochy, Francja czy Hiszpania walka o dopuszczenie aborcji była długa i dramatyczna. We Włoszech zakończyła sie wygranym referendum, w Francji ustawę przeprowadziła przez Zgromadzenie Narodowe sama Simone Weil, minister sprawiedliwości, osoba nieposzlakowana, ciesząca się najwyższym autorytetem w kraju i na świecie, a jednak nie szczędzono jej obelg i wyzwisk. U nas takiego autorytetu nie ma i nie ma szans, by się pojawił.
Czarny protest może doprowadzić w najlepszym przypadku do zachowania tzw.kompromisu aborcyjnego, ale czeka nas długa i wyniszczająca wojna ideologiczna, której zakończenie – biorąc pod uwagę determinację i nieprzebieranie w środkach „obrońców życia”, silnych poparciem kleru – wcale nie jest pewne
Może więc wyrzucić czarne stroje i przypomnieć sobie (Krystyna Janda musi to przecież wiedzieć!), że w V wieku przed naszą erą niejaki Arystofanes napisał komedię o pewnej Lizystracie, która – nie mogąc odwieść męża od udziału w kolejnej bezsensownej wojnie – odmówiła mu świadczenia obowiązków małżeńskich. I odniosła triumf, chociaż nie obyło się bez karczemnych awantur, ze strony zawiedzionego męża, oczywiście…!
Trudno wymyślić coś skuteczniejszego! Już starożytne Greczynki wpadły na ten pomysł…W końcu zabawny i bardziej kobiecy niż czarne stroje i cały ten „powstańczy” sztafaż.
A wiec zachęcam protestujące do nieświadczenia seksusług swoim mężom i partnerom tak długo, jak nie zaprotestują przeciw tej koszmarnej ustawie. Namawiam kobiety do odmawiania zwłaszcza obrońcom życia, ale i zwykłym tchórzom. Wzywam zakonnice, kleryków płci obojga , a nawet „gospodynie” proboszczów do solidarności z innymi kobietami! A feministki niech udowodnią, że też potrafią robić coś innego niż wspinać sie na platformy, wykrzykiwa hasła i drapować się w szaty wiecznie pokrzywdzonych bohaterek dramatów! Oraz, że miewają poczucie humoru…
joanna s.


