ot, oderwać się od wszystkiego w czasie Świąt i pojechać do Kazimierza. W spokoju, bez opłatków, kolęd i znajomych pobyć parę dni. Cel, spacer i lektura zaległych pozycji. Nie byłem tu od dobrych dwudziestu paru lat, nie tak jak kiedyś, często. Wybór, legendarny SARP – Dom Pracy Twórczej. W efekcie z lektury zero. W komfortowym pokoju ogarek pod sufitem sygnalizuje, że nie przewiduje się, nie zna się w domu pracy twórczej czynności czytania. Zamiast plazma – TVP Info, Telewizja TRWAM plus trzy kanały seriali. Dziękuję. Do widzenia bracia architekci..
Spacer w dżdżystym wyludnionym, zamkniętym na cztery spusty Kazimierzu 2017 zjawiskowy. Bezwiednie porównuję to miasteczko z tym sprzed lat i najsilniejsze wrażenie to w y m u s k a n i e. Domów, opłotków, zaułków, dróżek, wałów, chodników. I świeże tynki „zabytków” i zabytków, willi, pensjonatów i „wolnych pokojów”. Lojalnie, wszędzie widoczne inseraty, – „Dofinansowane ze środków Unii Europejskiej”. Szlaki, synagoga (za moich czasów kino), bajgele, cmentarz, miejsce martyrologii Żydów kazimierskich. I o dziwo, nie wymazany ze szlaków turystycznych cmentarz żołnierzy radzieckich.
Galerie. Więcej niż połowa lokali użytkowych w Kazimierzu to galerie! Jakie? A jakie mogą być? Jezus, Maria! Od czasów międzywojnia Kazimierz odkryty przez Tadeusza Pruszkowskiego i jego szkołę oraz „łukaszowców” jako malownicze miejsce plenerów, stał się malowniczy na dobre(?). Odtąd przykrywa go w sezonie, a sezon trwa a trwa całe lata zdumiewająco trwale, gruba warstwa, hm…malarzy. Ja pamiętam Kmitę, jako uosobienie dostarczyciela dzieł sztuki „ręcznie malowanych” dla ogłupiałych turystów w cenach niewygórowanych, obiadu w tutejszym barze mlecznym. Dziś chałupinka przy Lubelskiej, oczywiście mieszcząca galerię KMITA, przyozdobiona jest na wieki ogromnymi kamiennymi stelami nagrobnymi wyobrażającymi mistrza (z gitarą pod pachą) i chyba jego połowicę. Dzieło na miarę kaplicy Medyceuszy, no, może trochę za daleko ale konkurujące dość skutecznie, choćby z renesansową kamienicą św. Mikołaja przy rynku.

Nie porozmawiałem z „galerzystami”, bo święte Święta. Nie zajrzałem do Muzeum Nadwiślańskiego (UE itd.) chlubiącego się Kmitą w swych zbiorach. Niestety. Nie porozmawiałem z moimi kolegami z Akademii, którzy zajęli się tu biznesem a la Kmita i trzęśli rynkiem, Jasiem Łazorkiem, uroczym Wojtkiem Kosowskim, bo już nie żyją…
Wsiadłem w swoją alfę z przepaloną żarówką reflektora, z nadzieją, że w drodze do Warszawy w jakimś serwisie mi to naprawią. Ale gdzież tam, wszystko zamknięte. Święta.
Andrzej Skoczylas
