Szklany sufit ?

                                                                                                                                                                                                            

      Znam Grzegorza Kowalskiego, ściślej, obserwuję jego działalność artystyczną od ponad pięćdziesięciu lat.

      Osiągnął sukces bez precedensu w polskiej sztuce aktualnej. Uczeń Jarnuszkiewicza i Hansena, sam profesor na warszawskiej ASP, stworzył KOWALNIĘ – unikalną instytucję wspólnotowo-pedagogiczną, zarazem metodę kreowania obecności w świecie sztuki. Jakkolwiek dyskusyjnie brzmiałaby istota tej metody i jej niekonkretność, faktem jest, że samo zaistnienie Kowalni jako pojęcia w naszej rzeczywistości artystycznej, wpływ jaki wywarła na cały układ artystyczny w Polsce, jest miarą jej sukcesu i tryumfu. Nazwiska Kozyry, Althamera, Żmijewskiego, Markiewicza, oraz pokrewnych: Libery, Rajkowskiej, Uklańskiego (cóż, że to dziś celebryci) to tylko szpica falangi, która rozbiła w pył zastygły świat naszej sztuki współczesnej, pokazała bezsens i anachronizm systemu szkolnictwa artystycznego panującego wciąż u nas, ale to temat na inną okazję. Po zaistnieniu na przełomie XX i XXI wieku Kowalni, nic już nie będzie w naszej sztuce takie samo.

      I oto czytam rozmowę z Grzegorzem Kowalskim, z której dowiaduję się, że… odchodzi. Osiągnął wiek? Emerytura? Znużenie?

      „(…) Co będzie pan robił na emeryturze?

– Będę sobie malował obrazki.(…) Ale na starość największą przyjemność niesie mi właśnie malowanie.(…) A malując, jestem sam wobec obrazu, czyli wytworu moich rąk, umysłu czy stanu ducha. Wszystko zależne jest ode mnie: kiedy usiądę do pracy, jak rozrobię farbkę, jak ją nałożę.(…)

      Czuje się pan zmęczony?

(…) Nie rzucam się już z dawnym entuzjazmem na pomysły, które przynoszą studenci. Oni powinni wnosić nowe idee do pracowni, a ja dziś często patrzę na to, z czym przychodzą, i myślę sobie, że to już przecież  było.(…)

                                                                                                                    

 

 

 

 

 

 

 

 

                                                                           

 

 

   dr. K. (2014.)     A. Skoczylas                       Marie (1910.)     Kees van Dongen 1877-1968 

    

      Uważam van Dongena za jednego z największych malarzy. Podoba mi się bardzo klamra: urodził się w Delft, umarł w Monte Carlo. Lubię z nim „rozmawiać”, zwłaszcza teraz. Dlatego rozumiem chyba Grzegorza Kowalskiego, który – nieważne czy uderzył głową w szklany sufit czy nie – mówi:- Wszystko zależne jest ode mnie: kiedy usiądę do pracy, jak rozrobię  farbkę, jak ją nałożę… 

                                                   Andrzej Skoczylas

W

Wysokich Obcasach rozmowa z sędziwą artystką (ur.1930) Wandą Czełkowską. Właśnie odbyła się w warszawskiej Królikarni wystawa jej prac. Mówi o sobie rzeźbiarz – nie rzeźbiarka. Jej biografia artystyczna, mniej czy bardziej bogata, lepiej czy gorzej opracowana przez specjalistów, fachowców czy też wszystkich chętnych, schodzi na dalszy plan, wobec najważniejszego przekazu, przesłania artystki – rzeźbiarza, a jest nim: 

      – „Bezwzględne wyeliminowanie rzeźby jako pojęcia kształtu

         oraz                                       

      – „W moim pojęciu przestrzeń jest istotą sztuki. Nie coś w przestrzeni, ale ona sama wraz ze wszystkim, co w niej

Czytelnik może, ale wcale nie musi zetknąć się oko w oko z dziełem artysty, wytworem jego jaźni, by je w pełni „skonsumować”. I to bez uszczerbku, bez uszczuplenia przekazu, bez zniekształcenia jego istoty. Dlatego odnoszę się do twórczości Wandy Czełkowskiej, tak jak wcześniej do problemu Bauman/Bałka. Pytanie, czy o to chodzi w sztuce i co to jest dzieło sztuki A.D. 2017 pozostaje otwarte i jest jedynym pewnikiem jakim dysponujemy.

Wanda Czełkowska jest zacnym i zasłużonym rzeźbiarzem. Nie lepszym i nie gorszym, sądząc po jej dziele, (czyli mającym konkretny zarys w przestrzeni), niż ogromnie sławna kiedyś Alina Ślesińska, zmarła w 1994.(„wyparta”, jak piszą specjaliści historycy sztuki), podobnie jak Magdalena Więcek-Wnukowa, zmarła w 2008 r., jak Barbara Zbrożyna, zmarła w 1995. by pozostać tylko w kręgu przywołanego, pokoleniowego urodzaju polskich wybitnych rzeźbiarek.

Była członkiem sławnej drugiej Grupy Krakowskiej  Obok Sterna. Obok Kantora. Obok Rosenstein. Niekwestionowanym faktem jest to, że siedziała na zebraniach Grupy. Ten fakt musi wystarczyć światu za wszystko. Analogicznie jak wola artystki – rzeźbiarza wyeliminowania rzeźby z przestrzeni jako jej istoty. 

                                                        Andrzej Skoczylas 

                                                                     

„Wybuch kultury,

      ekonomii” itd nastąpi, gdy zapanuje… Narodowe Państwo CZŁOWIEKA WOLNOŚCI Jarosława Kaczyńskiego.

      Te i inne słowa laureata tytułu Człowieka Wolności o  w y s p i e  wśród obcych,- albo pogrążonych w zgubnym kryzysie, jak Zachód, zmierzający ku zagładzie z powodu poprawności politycznej, lub jak Wschód i inne strony świata, o których nie ma nawet co wspominać, tak są gorszego sortu – pokazują jedynie kierunek do raju na ziemi, który osiągniemy gdy tylko zaufamy  Wielkiemu Językoznawcy.

       Polak, jak nikt inny na świecie – głosi Wielki Przewodnik – „predystynowany” do życia w wolności, może się zrealizować t y l k o  na wyspie wolności, której kształt wyznaczy i wskaże Człowiek Wolności (może być Człowiek Stulecia, Tysiąclecia itd.itp).

        Wolność jest klasyczną, międloną dziś na wszystkie sposoby p o s t p r a w d ą.      –  Ja drugoj takoj strany nie znaju gdie tak wolno dyszyt czieławiek  przypominają się spiżowe frazy. Chodzi o to, by wprowadzić w nie żywą treść, krew, a staną się jedynymi, niezbitymi prawdami wolności..A prawdy te, które niestrudzenie, niemal codziennie rzuca z różnych trybun pod adresem kolejnych swych wrogów Wielki Przewodniczący, (a które ludzie małej wiary nazywają epitetami), są naszym chlebem powszednim. Powiem tyle, że nie ma obywatela Rzeczypospolitej Polskiej, jeśli tylko ma uszy do słuchania, który nie zostałby zaszczycony choć jedną z takich p o s t p r a w d  skierowanych wprost do niego. A Jarosław Polskę Zbaw – Zbawiciel, rzuca je przed każdą walką, przed każdą bitwą i wygrywa, wciąż wygrywa!

      Człowiek Wolności wymaga jedynie od swego  narodu UFNOŚCI! Pełnej, bez mędrkowania, rozszczepiania włosa na czworo… Ufności i wiary, że władza, dla której ON żyje, jest po to tylko, by Narodowi było dobrze!. Kult? Może być ale nie musi. Ostatecznie nikt nie może nikomu zabraniać miłości do Wielkiego Przywódcy, byłoby to przecież łamaniem demokracji, a tej trzeba strzec jak źrenicy oka.

      Padanie na twarz przed Wodzem? Też, nikt nikomu nie powinien  tego zabraniać. Wystarczy zresztą popatrzeć jak w tym padaniu, bezbrzeżnie i z jakim samozachwytem realizują się żołnierze Dobrej Zmiany – sasiny, karczewskie, dudy, pawłowicze, brudzińskie i tylu, tylu innych. Jak można pozbawiać ich tej rozkoszy?

      Chorąży Pokoju ma władzę. Wydawałoby się że zdobył wszystko, czas odpocząć. Nic bardziej mylnego! Tak może uważać wymóżdżona opozycja, lemingi, cykliści i emerytowani jajogłowi w futrach. Którzy zresztą, wszyscy razem, nie zauważyli, bagatelka, że 25 października 2015 zmienił się ustrój „w tym kraju”, że wszystko przewalone zostało do góry nogami!

      Władza jest sensem życia pana K. i nie zna on stanu zaspokojenia!. Naczelnik to dobrze wie, ma w małym palcu. Korzysta z klasyków; – walka zaostrza się w miarę (naszych) sukcesów, wrogów wciąż przybywa, trzeba unikać zawrotu głowy od sukcesów, permanentna rewolucja (gotowość do czynu i ofiary, wymiennie – Bóg, Honor, Ojczyzna) jest stanem obiektywnym, w najwyższym stopniu pożądanym i…  stałym!. I to się już STAŁO – żadna kartka wyborcza niczego tu i nie zmieni. Bo zresztą po co, skoro lada chwila nastąpi wybuch kultury!

      Wybuch kultury? Da się to policzyć, ogarnąć? W  i d e a l n y c h  systemach wybuchali i Albert Speer i Sergiusz Eisenstein, i Leni Riefenstahl i Władimir Pudowkin… Tyle że… te wybuchy skończyły się wraz z Demiurgami i nazwane zostały hańbą. Co nie zmienia faktu, że ocierały się o arcydzielność i przeszły do dziedzictwa ludzkości.Taka dialektyka… Czyżby to był prawdziwy cel Słoneczka Narodu? Może więc warto za nim iść i słuchać się? Słuchać i basta!

                                                                           Andrzej Skoczylas

Chwila

jest dobra dla uzmysłowienia sobie kilku spraw.

      Umarł Zygmunt Bauman. Socjolog i filozof, chluba polskiej humanistyki, postać o ugruntowanej światowej renomie, którego dzieło, stało się niezbędne dla tłumaczenia procesów i zjawisk społecznych zachodzących we współczesności. Chylę czoło przed jego wielkością w obliczu śmierci i zasługami dla naszej kultury.

      W blogu Szuka pro kontra, który służy komentowaniu aktualnych zjawisk artystycznych, kilkakrotnie pada hasło – BAUMAN. Dziś, wymaga choćby paru słów dodania.

      W sztukach wizualnych, w ogóle w obszarze sztuki współczesnej, czynnik interpretacji, komentarza, stanowi w przytłaczającej liczbie przypadków o wszystkim. Autorytet filozofa, myśliciela staje się w tej sytuacji czymś nad wyraz pożądanym, wręcz koniecznym do zaanektowania, by dzieło sztuki, kreacja, mogło w ogóle powstać. Bez SŁOWA, mamy w jakże wielu przypadkach enigmę, nieistnienie. I to jeszcze zamiast dzieła sztuki w rozumieniu tradycyjnym! W sztuce pojęciowej, konceptualnej, absolutnym KREATOREM jest Autor, ale jakże często niepewny swych racji, poruszający się po omacku, wymagający przewodnika-pośrednika, MYŚLICIELA!

      Weźmy przykład terminu artysta malarz, artysta rzeźbiarz. Jakże ubogo dziś brzmią bez kontekstu filozoficznego – anachronicznie, żałośnie, nie z tego świata!

      Przywoływany przeze mnie profesor Zygmunt Bauman objaśnia i wykazuje dobitnie, (zob. blog BAUMAN/BAŁKA) że dzieło sztuki (termin wzięty z tradycji) nie musi być przedmiotowe, materialne, by być, (jeszcze umownie, pozostać) w kategorii dzieła sztuki plastycznej (termin też tylko z pochodzenia, bo mówi już o czymś innym). Natomiast cytowane przeze mnie słowa i myśli filozofa służą jedynie ukazaniu aury wokół dzieła sztuki in statu nascendi. I niczemu więcej, za to z całym swym „zaprogramowanym” zwątpieniem.

      Sam Profesor udowadnia, że można być, tak jak on (urodzić się) pozbawionym wrażliwości na kolor i kształt (nie umieć odróżnić prawdy obrazu od kiczu, tak jak bywa się pozbawionym słuchu muzycznego) i zarazem być wybitnym filozofem, twórczym teoretykiem, przenikliwym badaczem stanów świadomości społecznej… Taki jest fakt! I znak czasu.

      Mirosław Bałka jest być może artystą wybitnym  ale nie jest artystą rzeźbiarzem! Może nie chce, może nie potrafi, to nie jest istotne, ale nie rzeźbi! Wie natomiast na pewno (czuje?), że jego dziełu, pracy, brakuje dopełnienia, świadectwa, bez którego nie może ono zaistnieć. Prosi więc i angażuje Profesora do debaty o swym projekcie artystycznym, bo tylko w jej wyniku nabiera on „materialności” i sensu. Dostaje placet, na istnienie, od autorytetu! I dopiero wtedy może zacząć funkcjonować w obiegu społecznym jako znak, hasło.Takie też są fakty!

      Po zdestruowaniu przedmiotowości dzieła sztuki, w znaczeniu tradycyjnym, i zastąpieniu go przekazem, logicznym jest przeniesienie uwagi i ciężaru rozważań (po rezygnacji ze środków budowania dzieła, jak pędzel, dłuto), na inną realność, sygnału o dziele, na informację o fantomie, ze swej istoty niematerialnym.

      Dlatego artysta sztuk wizualnych dziś, chcąc odnieść sukces, musi opanować w jak najwyższym stopniu umiejętności menedżerskie. Management. Wchodzą w ich zakres działania; od skompletowania warsztatu, przygotowania audytorium, rozpoznania terenu, języka, mobilizacji środków i ich planowania, przez opanowanie marketingu, piaru, „pracy z ludźmi”, tajemnic kreowania wizerunku, marki, do wiedzy o prezencji produktu, sposobach jego prezentacji i wszelakich technikach komunikacji. A nie wyczerpuje to nawet części katalogu atrybutów, które są konieczne do zapanowania na rynku, zawładnięcia odbiorcą, co jest również kardynalnym celem komunikatu artystycznego.

      Po przejściu tej fazy formowania języka przekazu, (do czego żadne Akadamie sztuk pięknych nie potrzebne a przeciwnie, są tylko kulą u nogi), dopiero można rozejrzeć się, zastanowić, co by tu wziąć na warsztat, dodać do skarbnicy…

      Artysta malarz, artysta rzeźbiarz to zaścianek. I nie ma odwrotu.

                                                             Andrzej Skoczylas

PS. Charakterystyczne, z całego polskiego świata sztuki nekrologi Zygmuntowi Baumanowi poświęcili jedynie intelektualiści od kropki w przestrzeni, prof.prof. Mirosław Bałka, Jarosław Kozłowski, Marcin Berdyszak.     a.s.  

     

Dlaczego?

   mój cicer cum caule, czyli groch z kapustą na koniec roku, może być? Może. A więc, dlaczego?

   Dlaczego wicepremier, minister kultury Piotr Gliński tak pokracznie i ślamazarnie realizuje wytyczne Naczelnika, ze słynnego forum w Krynicy, o zainicjowanej w ramach dobrej zmiany KONTRREWOLUCJI KULTUROWEJ?

   Widzimy jakieś nieudolne szamotaniny z protestującymi aktorami i repertuarami teatrów, niedowarzonymi nominacjami – odwołaniami dyrektorów, łączeniem – likwidacją muzeów II wojny i Westerplatte, okiełznywaniem – pozbawianiem środków organizacji pozarządowych i instytucji kultury bez wyznaczenia im nowych, patriotycznie ugruntowanych ról – to tak wygląda KONTRREWOLUCJA?

   Jeśli minister Gliński nie potrafi (choć z drugiej strony dał się poznać jako wspaniały krzykacz – agitator z okazji grudniowych akcji” pod pałacem prezydenckim), niech bierze przykład z Antoniego Mistral – Macierewicza, by nie sięgać dalej, po dokonania towarzysza Mao. Na samym wychwalaniu filmów Smoleńsk” czy Roja” daleko nie ujedzie, podobnie jak na zakupie Damy z łasiczką”. A może by tak, przy okazji, kupił do zbiorów narodowych…Wawel? Przecież pozostaje on jak dotąd, w rękach prywatnych. (Zgadnij w czyich?)

   Zdziwiły mnie – przyznaję – trwożne pytania, prominentnego członka układu –  mafii rządzącej polską sztuką współczesną, (którą zdemaskowała Monika Małkowska, nagrodzona za to przez ministra Glińskiego funkcją eksperta, doradcy MKiDN)

      –  czy nie ma już w Polsce artystów, by mogli nas reprezentować na Biennale w Wenecji?

     Czy daliśmy się artystycznie skolonizować?

   Pytania takie byłyby naturalne w codziennym repertuarze i wykrzykiwane w  młócce o patriotyczne wartości i tożsamość narodową, przez np panów Jana Pietrzaka czy Marcina Wolskiego, ale stawiane przez Prominentnego przedstawiciela łże elit, mafii? Co za zbieżność intencji?! O co tu chodzi?

   Udałem się więc do Fundacji Galerii Foksal, by naocznie zgłębić walory sztuki Sharon Lockhart, triumfatorki konkursu na przyszłoroczne reprezentowanie Polski na Biennale w Wenecji. Wspomniany Prominent sławi ją w swym obszernym eseju jako wybitną z najwybitniejszych, znaną na świecie, zasłużoną itd, itp. Wymienione wyżej pytania stawia zaś wstydliwie i mimochodem. Obejrzałem więc wideo i cztery fotosy z projektu Rudzienko”. Dla smakosza. Może masochisty… 

   Cisza. Pusty ekran. Pojawiają się dziewczyny. Obłapiają się. Znikają w krzakach. Znów pojawiają się, kręcą w kółko, przytupują. Nikną.  Czarny ekran. Napisy w rodzaju:  – Mam tożsamość.  Cisza. Czarny ekran. Pętla. Da capo.

   Trwa to wszystko 40 minut i 10 sekund (w pętli), ale przecież mogłoby być gorzej, pocieszam się, np. 400 minut! Wyjąca z ekranu nuda nikogo z odbiorców ani nie nobilituje ani nobilituje. Z wyjątkiem znawców, jak Prominent, którzy z zachwytu pieją, bacznie rozglądając się, czy minister zauważy, skromne, a jakże ważkie i po linii” pytania, i może łaskawiej spojrzy, nagrodzi? Tu wydaje mi się, mamy odpowiedź na absurdalną z pozoru, zbieżność intencji Salonu i zdrowych sił narodu – tu mamy, jak wskazał Naczelnik – WSTAWANIE Z KOLAN co się zowie.

   Gdy byłem dzieckiem pilnie czytałem wszystko co mi wpadło w ręce. Tak wpadł mi  Król Maciuś I” Janusza Korczaka (czytam, że w nowej reformie edukacji prawdziwie narodowej, znalazł się wśród lektur, co prawda nadobowiążkowych, ale zawsze). Pamiętam, że po paru stronach skręciło mnie z nudów więc rzuciłem go w kąt, by z wielką frajdą zanurzyć się w pasjonującej lekturze „Historyi o Janaszu Korczaku i o pięknej miecznikównie” Kraszewskiego.

   Projekt Sharon Lockhart MAŁY PRZEGLĄD w oczywisty sposób nawiązuje do dzieła Korczaka. Jest słuszny, głęboki i poprawny politycznie. Minister Gliński przez powołanych przez siebie ekspertów i jurorów wykonał finezyjny „myk”, o jakim się filozofom polityki kulturalnej nie śniło, dając pani Lockhart  ze Stanów Zjednoczonych Ameryki, okazję wypełnienia  „Małym Przeglądem”  pawilonu POLONIA w Wenecji w 2017 . W Polsce, pod nosem Naczelnika chyba by to nie uszło. Tam i tak nikt tego nie będzie oglądał, chyba że z nudów, a jak mimo wszystko obejrzy, to powie:- no, no, tu Komisja Wencka szuka dziury w całym, Parlament Europejski się krzywi i pomrukuje złowróżbnie, a to wszystko tylko złe języki z określonych kręgów. Szkalują, bo zostali oderwani od koryta, a przecież Polska ma tak otwartego Ministra Liberała, jakiego każdy kraj europejski, może tylko pozazdrościć.

   Zapraszamy więc do pawilonu Polonia na prawdziwą ucztę duchową, jakiej  przez osiem lat rządów PO/PSL, byliśmy okrutnie pozbawieni. Korzystajmy z okazji, bo druga taka może się nie zdarzyć.

                                                            Andrzej Skoczylas 

Pandemonium przekazu

   Rozstrzygnięty został właśnie konkurs na udział Polski w przyszłorocznym 57 Międzynarodowym Biennale Sztuki w Wenecji. Wygrała go p.Sharon Lockhart z Los Angeles za projekt MAŁY PRZEGLĄD, pisma dla dzieci, ukazującego się pod egidą Janusza Korczaka, w latach 1926-1939, jako cotygodniowy dodatek do Naszego Przeglądu.

                                                Venecja 2001  North is protected by Tombi Gronlund     Jean Lafargue

   Nie mam zamiaru wdawać się dyskusję o trafności takiego, a nie innego wyboru, tym bardziej,że jest to niemożliwe przed otwarciem pawilonu POLONIA w dniu 13 maja 2017. Chcę jedynie wskazać, że jury, powołane przez wicepremiera, ministra kultury Piotra Glińskiego, kierowało się w swym werdykcie skrajną nadpoprawnością polityczną oraz takimże koniunkturalizmem. Nie ma dobrego argumentu za wykluczeniem  rozpatrywania sztuki przedmiotowej, przedstawiającej, która istnieje! A to jej przecież kosztem, bez oglądana się na jakiekolwiek względy rzeczowe, mamy dyktat, mamy do czynienia z lawiną na całym świecie, wręcz potopem sztuki wideo, nieskończonych jej wcieleń; filmu, fotografii, akcji, przekazów, „notacji”, wszechodmian sztuk pojęciowych, performatywnych i konceptualnych aż do kreacji niematerialnych. Uległość jury wobec tej nawały PRZEKAZU nie dziwi, zwłaszcza, że jest on w swym rdzeniu i istocie medialny (za pośrednictwem, z inspiracji itp, nie ważne), dlatego jest potężny, „demokratyczny” (w znaczeniu powszechny) i…łatwy. 

Ileż trudu wymaga np przygotowanie i ekspedycja wystawy malarstwa czy rzeźby: – angaż robotników do budowy skrzyń i opakowań, całej logistyki, papierów, ubezpieczeń, zezwoleń (jak konserwatorskie i inne), po sztaby hierarchicznych specjalistów czuwających nad wszystkim i wreszcie transport, największe utrapienie, bo bywa, wcale nie prosty. A tu – szast prast i za pomocą komputerów mamy wszystko i wszędzie. Z naddatkiem!

   Nie wiemy jak wyglądały 43 projekty zaprezentowane przed jury. Zakładam, że wybór dzieła p.Lockhart był najsłuszniejszy ze słusznych; zawiera bowiem głębokie humanistyczne przesłanie ukazane w dokumentowaniu licznych akcji z pracy wśród społeczności lokalnych w obu Amerykach, Azji i Europie. W Polsce Sharon Lockhart wykonała i pokazuje efekty studiów, działań i pracy z pensjonariuszami Młodzieżowych Ośrodków Socjoterapii.I jeszcze to uniwersalne dziedzictwo Janusza Korczaka – trudno o mocniejsze argumenty na rzecz zwycięskiego projektu. Nie mieści się on co prawda w pełni w ramach Dobrej Zmiany, lecz i nie jest zarazem przeciw niej, skoro swój placet daje prof. Piotr Gliński, przewodniczącą jury była prof.Joanna Sosnowska, kuratorem projektu jest mgr. Barbara Piwowarska (galeria Studio) a komisarzem pawilonu dyr. Hanna Wróblewska (Zachęta). Konserwatyści i prawdziwi patrioci muszą odłożyć na lepszą okazję swój ewentualny brak ukontentowania tym, kto i co będzie reprezentowało wstającą z kolan Polskę w Wenecji.W końcu, jestem przekonany, że wszyscy odetchnęli. I jury, i minister Gliński i prawdziwi Polacy, bo ci, wiadomo, uratowali z Holokaustu najwięcej Żydów na świecie.  

                      

    Wracam do mojego silva rerum, którym okazuje się „zielona książeczka” BAUMAN/BAŁKA, bez której jak widzę nie mogę się obyć, a która zaczyna spełniać nieoczekiwane funkcje i a propos.

   „(…)BAŁKA  A to jest Kurt Franz, który uprawia jogging w Treblince. Na tej fotografii jest detal jego twarzy. On robił sobie bardzo dużo zdjęć. Co w tych akurat, dynamicznych okolicznościach nie było wcale łatwe.Żeby zrobić sobie zdjęcie podczas biegu, trzeba było ustawić aparat na statywie i włączyć samowyzwalacz. Kolejna inscenizacja? Co ciekawe, na podstawie tych zrobionych przez niego zdjęć zaczęto ustalać lokalizacje obiektów obozowych: miejsca, gdzie znajdowały się baraki w Treblince, jak wyglądała topografia obozu. Bo cały obóz pod koniec 1943 roku znalazł się przecież pod ziemią. Zniknął z pola widzenia.

       A to kolejny kawałek, który nie przestaje mnie nękać.               Crezyzewski, masz to we krwi, jak kiełbasę, jak kolaborację z nazistami.

   To fragment odcinka amerykańskiego serialu Back toYou,  wyemitowanego 14 listopada 2007 roku przez kanał Fox 5. Ten Crezyzewski to bohater serialu, dziennikarz polskiego pochodzenia, Gary Crezyzewski.Odcinek wywołał lawinę protestów polskich konsulatów w USA. Wypowiedź tę uznano za przejaw tendencyjnego i krzywdzącego pokazywania Polaków jako narodu kolaborującego z nazistami. Pojawienie się w tym zdaniu, w tej konstrukcji krwi i kiełbasy, ten Crezyzewski, który kolaborację ma we krwi, jak kiełbasę… Wciąż nie wiem, co z tym zrobić, co o tym myśleć, jak z tym żyć. Takie zestawienia nie dają mi spokoju.

BAUMAN  Ta kiełbasa w stereotypowym  ujęciu Polaków przez  Amerykanów mnie nie dziwi. Na tej samej zasadzie Włochów kojarzy się z pizzą, Niemców z piwem, a Polaka z kiełbasą. To nie jest związek wymyślony na potrzeby filmu. Scenarzysta sięgnął po coś, co wdało mu się oczywiste dla każdego.

BAŁKA  Ale dołożył do tej kiełbasy kolaborację z nazistami, co już nie jest przecież tak oczywiste.

BAUMAN  Tak, to się chyba nazywa nadużycie.

BAŁKA  Jedną z moich wystaw nazywałem Crezyzewski.. To była wystawa w poznańskiej autorskiej Galerii AT, która działa przy Akademii Sztuk Pięknych i ma bogate tradycje konceptualne. Dając tej wystawie. tytuł Crezyzewski, musiałem nie tylko tłumaczyć się z tego wyboru i jego znaczenia kierownikowi galerii, ale także zmusiłem go do tłumaczenia tego widzom przychodzącym do galerii. Dało mi to niemała satysfakcję, ponieważ doprowadziłem do opuszczenia teoretycznie wysokich progów i zejścia do poziomu kiełbasy z jednej strony, z drugiej zaś do bardzo poważnych spraw związanych z pamięcią drugiej wojny światowej, Zagłady i ze stereotypami. Krew, kiełbasa i kolaboracja – taki rebus dla widzów. (…).”

   To też jest PRZEKAZ, i to jaki! Najwybitniejszy polski artysta stawia globalnie problem: dlaczego Polacy, polskość, są wciąż krzywdzeni przez sąsiadów, Europę, świat! I kto za tym stoi? Gdyby się prof. dr. Mirosławowi Bałce zechciało, i nie był zajęty przygotowaniami do objęcia funkcji Kuratora (Kreatora?) otwieranego już w przyszłym roku w Sush w Szwajcarii, Muzeum Sztuki Współczesnej i Performance,u Grażyny Kulczyk, mielibyśmy instalację Crezyzewski na Biennale w Wenecji. Na przykład. I z jakim pożytkiem dla krzywdzonego narodu…

                                                              Andrzej Skoczylas

.                                                                                                         

Milion zbuntowanych parasolek!

Myliłam się, jednak kobiety przyparte do ściany odpowiedzialności karnej za aborcję wkurzyły się, potrafiły być solidarne i masowo zbuntować się 3 października…Na czarnych protestach było ich niemal 100 tysięcy w wielu miastach! To było ogromne zaskoczenie dla wszystkich. I, aby sobie nie otwierać nowego frontu, Kaczyński musiał – po raz pierwszy – cofnąć się i wycofać nieludzki i absurdalny projekt fundamentalistów z Ordo Iuris.Na ulice wyszły dziewuchy ( jak się same nazywają)i kobiety w różnym wieku, a nawet trochę mężczyzn.

Drugi czarny protest zdominowały feministki i przebierańcy z byłej lewicy ( bo mało komu odpowiada dziś  towarzystwo SLD, a nawet nowej lewicy z partii Razem). I polityczne etykiety w ogóle..

Na protest przyszło jednak kilkadziesiąt tysięcy kobiet, także w mniejszych miastach, nie tylko w metropoliach.I krzyczały nie tylko o aborcji, ale i o pogardzie wobec kobiet, traktowanych jak inkubatory i lekceważonych jako osoby i obywatelki…

Wkurzenie nie minęło, panie Kaczyński!

Kobiety skrzyknęły się spontanicznie przez internet, jak to już w świecie bywało, mimo że na razie nie grozi im wiezienie za aborcję! Parasolki nie mają przywódczyni czy przywódcy, nie są zorganizowane. Cały ten ruch może się rozpaść w każdej chwili…

Ale niektóre, w tym celebrytki, np.aktorka Maja Ostaszewska, które brały udział w proteście, zapowiadają, że w bliskiej przyszłości na ulice może wyjść nawet milion kobiet.

Może być i tak i tak. Ja mam nadzieję, że brutalny atak na wolność i godność kobiet w Polsce był tą kroplą, która – jak to się banalnie mówi – przelała czarę goryczy i uświadomiła im, że bez masowego sprzeciwu nic się w intencjach władzy i Kościoła nie zmieni. Tylko kobiecy bunt , tylko masowe wyjście na ulicę może tych starszych panów powstrzymać od grzebania w cudzych brzuchach w ramach udawanej troski o życie poczęte.

Kobiety są zdeterminowane, widać, że nie dadzą się oszukać. A milion zbuntowanych parasolek bardzo by się przydał!

                                                        joanna s.     


Wajda. Koniec epoki

Tak, mamy dzisiaj wrażenie, że zamknęła się pewna epoka. Naszej, polskiej sztuki. To nie był „jeden z najwybitniejszych polskich reżyserów filmowych”, jak chcą tego niektóre media.

Wajda był najwybitniejszym polskim twórcą ostatniego stulecia. Człowiekiem, który chciał i umiał pokazać WSZYSTKO, co ważne w naszej historii i świadomości Polaków. I to jakże często na przekór powszechnym wyobrażeniom, chciał nas dotknąć do żywego! Jego przekaz był gorący, bulwersujący, przeżyty. Nikomu nie trzeba było tłumaczyć, o czym jest „Kanał”, mimo że w całym filmie z 1957 r. – z powodów cenzuralnych – nie padają słowa  „powstanie warszawskie”. Genialną metaforą postaw i uczuć i Polaków w dniu zakończenia wojennej hekatomby pozostanie „Popiół i diament” i symbol tego rozdarcia Maciek Chełmicki-Zbigniew Cybulski w amerykańskiej kurtce. Jeśli ktoś nigdy nie widział prawdziwego bogactwa, przepychu obok wołającej o litość nędzy i poniżenia, niech obejrzy „Ziemię obiecaną”. Tym, którzy dziś zarzucają Wajdzie kolaborację z komunistycznym reżymem, polecamy obejrzenie ze zrozumieniem „Człowieka z marmuru”. I tak dalej i tak dalej… 

Wajda zbudował ponad naszymi głowami swoje ogromne imaginarium, do którego będą odwoływać sie kolejne pokolenia.. I ono będzie trwać.  Nawet w wyobraźni „prawdziwych Polaków”. Innego punktu odniesienia nie będzie! Nie stworzy go przecież żaden, nawet najgłośniejszy hollywoodzki reżyser.

A nam go stworzył Andrzej Wajda.

Wpięliśmy czarne wstążeczki. Mamy narodową żałobę.

Janda: a może strajk a la Lizystrata?

Krystyna Janda (i inne) proklamowała na najbliższy poniedziałek strajk polskich kobiet.

Czarny protest, który rozpocznie się manifestacją w sobotę, jest oczywiście wycelowany w ekstremalnie antykobiecą i antyludzką ustawę zakazującą aborcji w Polsce, która ma być rozpatrywana – jako jedyna – w Sejmie. A w najbliższy poniedziałek kobiety mają demonstracyjnie nie przyjść do pracy.

Po co sobie fundujemy tę klęskę? Przecież wiadomo, że do pracy nie przyjdzie z tego powodu najwyżej kilka tysięcy kobiet. Z bezliku powodów, z których najważniejszy jest jeden: pracodawcy nie po to zatrudniają kobiety, by sobie protestowały. One mają harować i wykonywać polecenia , a gęba w kubeł! A jak zasmakują w protestach, to kolejny  może być przeciwko nim!

Zezwolenie na wzięcie dnia wolnego otrzymają niektóre przedstawicielki wolnych zawodów, które i tak nie pracują od do, może część nauczycielek ze szkół, które jeszcze prowadzą nominaci z opozycji, urzędniczek  z opozycyjnych samorządów i jakichś innych niekomercyjnych instytucji, może trochę studentek czy licealistek.

I to by było na tyle. Czy warto się liczyć w ten sposób?

Islandia, kraj mały, w dodatku z większością protestancką, gdzie ta metoda okazała się skuteczna , to dla niemal 40-milionowej Polski w ponad 95 proc. katolickiej żaden przykład do naśladowania! Kto chciałby się w tej sprawie narażać Kościołowi czy choćby proboszczowi?

W dużych krajach katolickich , jak Włochy, Francja czy Hiszpania walka o dopuszczenie aborcji była długa i dramatyczna. We Włoszech zakończyła sie wygranym referendum, w Francji ustawę przeprowadziła przez Zgromadzenie Narodowe sama Simone Weil, minister sprawiedliwości, osoba nieposzlakowana, ciesząca się najwyższym autorytetem w kraju i na świecie, a jednak nie szczędzono jej obelg i wyzwisk. U nas takiego autorytetu nie ma i nie ma szans, by się pojawił.

Czarny protest może doprowadzić w najlepszym przypadku do zachowania tzw.kompromisu aborcyjnego, ale czeka nas długa i wyniszczająca wojna ideologiczna, której zakończenie – biorąc pod uwagę determinację i nieprzebieranie w środkach „obrońców życia”, silnych poparciem kleru – wcale nie jest pewne

Może więc wyrzucić czarne stroje i przypomnieć sobie (Krystyna Janda musi to przecież wiedzieć!), że w V wieku przed naszą erą niejaki Arystofanes napisał komedię o pewnej Lizystracie, która – nie mogąc odwieść męża od udziału w kolejnej bezsensownej wojnie – odmówiła mu świadczenia obowiązków małżeńskich. I odniosła triumf, chociaż nie obyło się bez karczemnych awantur, ze strony zawiedzionego męża, oczywiście…!

Trudno wymyślić coś skuteczniejszego! Już starożytne Greczynki wpadły na ten pomysł…W końcu zabawny i bardziej kobiecy niż czarne stroje i cały ten „powstańczy” sztafaż.

A wiec zachęcam protestujące do nieświadczenia seksusług swoim mężom i partnerom tak długo, jak nie zaprotestują przeciw tej koszmarnej ustawie. Namawiam kobiety do odmawiania zwłaszcza obrońcom życia, ale i zwykłym tchórzom. Wzywam zakonnice, kleryków płci obojga , a nawet „gospodynie” proboszczów do solidarności z innymi kobietami! A feministki niech udowodnią, że też potrafią robić coś innego niż wspinać sie na platformy, wykrzykiwa hasła i drapować się w szaty wiecznie pokrzywdzonych bohaterek dramatów! Oraz, że miewają poczucie humoru…

                                                             joanna s.     

Kopnąć Wajdę? Nic prostszego!

„Powidoki”, najnowszy film Andrzeja Wajdy, jest już polskim kandydatem do Oscara.Został zgłoszony przez Instytut Sztuki Filmowej, instytucję na razie jako tako niezależną. Oczywiście lepiej by było, gdyby zgłoszono „Smoleńsk”, wzbogacony o apel poległych autorstwa ministra obrony narodowej…Ale cóż, świat się nie kończy, poczekamy.

Tymczasem będziemy wyniośle spoglądać na tego hochsztaplera, który mieni się reżyserem i będziemy udawać, że nie wiemy, że w tym roku ukończył dziewięćdziesiątkę, a – o dziwo!- nie jest miłośnikiem „dobrej zmiany”, bredzi coś o swobodach twórczych…Byłby już czas nabrać rozumu!

A jeśli nawet nie wie, o co chodzi,bo za stary dla naszej nowej prężnej ekipy, to go przeczołgamy i może wreszcie coś pojmie!

Po cholerę takiemu urządzać jubileusze? Szkoda nawet wody mineralnej…

I oczywiście, ani prezydent Duda, ani premier Szydło, ani minister Gliński nie zaprosili Jubilata, bo po co i dlaczego?

Andrzej Wajda przeżywał różne upokorzenia w ciągu dziesięcioleci swojej twórczości, ale żadna władza,łącznie z komuną, nie poważyła się na coś porównywalnego.

A jeszcze ten najnowszy film o niejakim Władysławie Strzemińskim (kto to taki?)! Pewnie jakiś lewak prowokator…Nam ze sobą nie po drodze i tyle.

Nie po raz pierwszy film Wajdy został zgłoszony do Oscara. On sam przez całe swoje życie prowadził Polaków z lustrem po gościńcu, powodował najgorętsze dyskusje, spory, odżegnywania od czci i wiary. „Kanał”, „Popiół i diament”, „Ziemia obiecana”, „Człowiek z marmuru” otworzyły oczy milionom widzów na całym świecie na to, że istnieje taki kraj jak Polska, z wyjątkowo pogmatwaną historią, zwykłymi i niezwykłymi ludźmi, którzy chcą, ale nie mogą sami wyjść na wolność („Kanał”). W końcu im się udaje, ale wolność –  jak się okazuje – nie jest lekiem na całe zło.

Co dziś rzuca się w oczy. Historia ma być pisana od nowa w stylu heroicznym , a jej twórcami mają być wielbiciele żołnierzy wyklętych i prawdziwych Polaków.

W tej „wizji” Wajda oczywiście się nie mieści. Kiedy oddawał swoje pamiątki rodzinne powstającemu w Gdańsku Muzeum historii II wojny światowej, zapytano go, czy widzi jakieś pozytywne strony wojny. „Przeżyłem wojnę, ale nie widzę żadnych” – odparł.W nowym salonie oczywiście nie może być dla niego miejsca!

                                                                        joanna s.