DWURNIK

                        Foto Krzysztof Gierałtowski                                                        

JEST ULUBIONYM MALARZEM ministra kultury Piotra Glińskiego – doniosły media! Tego się nie spodziewałem, a to dlatego, że po ujawnieniu preferencji pana ministra i stosownych decyzjach administracyjnych na terenie teatru, filmu, mediów narodowych (co spowodowało ogromną wrzawę, protesty itp) ujawnienie osobistych gustów i to w dziedzinie tak nieokreślonej jak sztuka współczesna, w ogóle sztuki wizualne, wydawało mi się, jest dla polityka zbędne, jest typowym „szukaniem guza”. Jest ryzykiem, którego, jeśli nie ma koniecznej potrzeby, po prostu się unika. Chyba że? ma znaczyć! Jeśli tak,

 to powstaje tu ciekawa sytuacja. Minister Gliński od progu swej kadencji, a faktycznie dużo wcześniej, proklamował politykę Dobrej Zmiany, coś w rodzaju narodowej rewolucji kulturalnej, a jak powiedział, „sprecyzował”(?) Zwierzchnik narodu w Krynicy, kontrrewolucji. Jednym z najbardziej wyrazistych narzędzi tej nowej polityki kulturalnej, rozdzielających środki finansowe, było wyrzucenie starych i powołanie nowych zespołów eksperckich w  MKiDN. Znaleźli się w nich m.in. Monika Małkowska i Zbigniew Maciej Dowgiałło. Skąd tam się wzięła Małkowska, wiadomo: za wykrycie mafii, która rządzi polską sztuką współczesną, z czym minister się zgodził, odpowiadając w Sejmie na interpelację i przyznając, że „mafia najprawdopodobniej funkcjonuje” i obiecał wdrożenie odpowiednich ozdrowieńczych działań. Co do Dowgiałły, sprawa jest bardziej skomplikowana: autor głośnego obrazu Smoleńsk (pisaliśmy o tym, patrz / Sztuka pro kontra/ Biznes Smoleńsk/25.04.2012.), nazywa zwyczajnie swe dzieło arcydziełem. Wolno mu. Startował bezskutecznie z list PIS do Rady dzielnicy Ochota w Warszawie pod hasłami  m.in. „Wielka, wspaniała, uczciwa Warszawa” i „Zaprzestania finansowania lewackich i antypolskich organizacji oraz teatrów i galerii promujących satanizm”.  A na Twitterze precyzuje: „Atak czerwonych szczurów, bolszewickich pomiotów, zdrajców Ojczyzny na Polskę (trwa  przyp. m.)”. „Wściekła napaść zdrajców Polski i lewackich, ubeckich gnid na mój obraz Smoleńsk, świadczy tylko o wielkości tego arcydzieła malarstwa”.

 Wicepremier i minister Piotr Gliński, po wyznaniu swej wielkiej admiracji do twórczości Edwarda Dwurnika, powinien więc czym prędzej, wręcz natychmiast, powołać go i dołączyć do Dowgiałły i Małkowskiej! Ale jednak, jak dotąd, tego nie robi. Dlaczego? Przecież czas nagli, a szkody czynione sztuce polskiej pogłębiają się! Jednak zbyt śmiałe domysły powodów kunktatorstwa ministra i interpretacje tego faktu, mogą prowadzić na manowce. Na razie na pewno nie wiemy nic.

 Dwurnik jest wybitnym malarzem, uważam tak nie od dziś, co łatwo mogę udowodnić. Czy to oznacza, że mam taki sam gust jak minister Gliński? Horror! Przypomnę, że Aleksander i Jolanta Kwaśniewscy byli jeszcze większymi wielbicielami obrazów Dwurnika, przyozdabiając nimi Pałac Prezydencki (i wyrzuconymi  stamtąd, w ramach dobrej zmiany, na zbity pysk). Czy byli i są tą samą orientacją co minister Gliński i ja? Wesołe!

 Mainstream polskiej sztuki (nie powiem salon) na hasło Dwurnik zatyka nos. Czy to oznacza, że jest wyższą kategorią, sortem? Śmieszne! Czy są wśród nich  nawiedzone ciotki, hochsztaplerzy i różne wykreowane miernoty? Oczywiście (służę nazwiskami ), ale to o niczym nie stanowi.

 Dwurnik jest przekonany, że jest najlepszym polskim malarzem. Bezkonkurencyjnym. Znów, wolno mu!

 Jest kapryśny i arogancki, megalomański, przewrotny i nielojalny wobec przyjaciół, lży i poniewiera ,gdzie może, swych kolegów artystów, często uznanych i wartościowych. Zmyśla i kłamie, gdy mu się wydaje, że przyniesie mu to korzyść. Jest snobem. Potrafi namalować portret swego (jak mniemam) idola, Andrzeja Wajdy z siedzącymi mu na kolanach Beatą Tyszkiewicz i Krystyną Zachwatowicz, z wypuszczonym ze spodni penisem, sprzedać obraz do Słupska i cieszyć się jak dziecko, że zreprodukowano go w dużym nakładzie kalendarzy.

 Dwurnik jest bogaty. Potrafi o swych porschach, mercedesach, willach, gadać godzinami. Namalował tysiące obrazów, dziesiątki tysięcy rysunków. Jest  p r a c o h o l i k i e m, tytanem pracy, jedynie to bezspornie da się o nim powiedzieć. Wszystko reszta to magma, którą się sam z lubością otacza.

 W jednym z niezliczonych wywiadów, których udzielił, raz tylko, mimochodem, wymienia Picassa. Gdyby nie był głuptasem, trzymałby się tego porównania  Picassa z własną twórczością stale i za wszelką cenę! Wyłącznie z nim by „się ścigał” i kolegował, jedynie jego towarzystwo uznawał, bo ma na to autentyczne „papiery”! A tak?  Nurza się tylko w bezrozumnej logorei.

 Jest słynny, popularny, najlepiej sprzedający się na aukcjach (co boli tak wielu) , chce otwarcie być celebrytą (oto ideał!). Może imponować i imponuje. Nie dziwię się, że minister Gliński mógłby się z nim zaprzyjaźnić. Z najlepszym żyjącym polskim malarzem? Czemu nie. Ale to jednak, mimo wszystko, coś innego niż Dwurnik jako urzędnik ministra, siedzący w komisji rozdzielającej środki, realizujący nową, narodową do trzewi, politykę kulturalną państwa. Wzorotwórczy? Jednak, coś tu zgrzyta.

 Jest dla mnie charakterystyczne, gdy Dwurnik mimo całej swojej fanfaronady, niejednokrotnie odwołuje się do opinii  o swej robocie wyrażonej przez Józefa Czapskiego , że maluje „smołą i atramentem”, a Eugeniusza Eibischa, że „drutuje” swoje rysunki. Świadczy to o tym, że pod maską błazna Dwurnik czuje i rozumie głęboko, tylko on, czym różni się farba od koloru, co dla zwykłego śmiertelnika jest niedostępne. Jak to pokazać na obrazie, uwiecznić wrażliwość w rysunku? Widać, że on się z tymi problemami zmaga, że one go zajmują  poważnie, w przeciwieństwie do głupot, które tylko gada, plecie i gada. Niestety, taki to umysł i charakter, po prostu.

 

Póki co, wyobrażam  sobie taką scenę, gdy nasz Mistrz (nie zaprzecza, że jest mistrzem) wizytujący swego ministra-przyjaciela w Pałacu Potockich przy Krakowskim Przedmieściu, (który – mówiąc nawiasem – gdyby chciał, mógłby sobie kupić) rozparty w fotelu rzuca od niechcenia: – Wiesz Piotrze, tu w salonie, za twoimi plecami, musi zawisnąć mój świetny obraz „Sześćdziesiąt masturbujących się kobiet na przystanku autobusowym”. I to bez dyskusji!

 

                                                         Andrzej Skoczylas

 

PS Właśnie przejrzałem dopiero co wydany wywiad rzekę Małgorzaty Czyńskiej (rocznik 1975) z Edwardem Dwurnikiem (rocznik 1943) pt. „Moje królestwo”. Może warto będzie do tej rozmowy wrócić? Zobaczymy. A.S.

 

 

BAUMAN/BAŁKA

   Leży przede mną zielonkawo-szara książeczka. BAUMAN/BAŁKA. Druk bibliofilski, 300 egzemplarzy (mój 176). Wydawca Narodowe Centrum Kultury 2012. Podarował mi ją zdesperowany i zniechęcony, zasłużony artysta – może ty coś z tego zrozumiesz.

   Mirosław Bałka jest światowej rangi artystą wymienianym jednym tchem obok Krzysztofa Pendereckiego, nawet przez gazety kierowane do myślącej części opinii publicznej. To już się stało, lecz prosi się jednak o jakieś wyjaśnienie, natomiast Zygmunt Bauman rekomendacji nie wymaga, należy do wąskiej grupy niekwestionowanych światowych autorytetów w dziedzinie humanistyki i filozofii. Co połączyło tych panów, czego efektem jest zielona książeczka? Wygląda, że zachwyt i przeżycie złożoności świata. Oraz Dzieło Bałki.

   A więc Zygmunt Bauman doznał szoku, stykając się, powiedzmy tak, organoleptycznie, z dziełem Bałki w CSW Zamek Ujazdowski w 2011, dopiero na wystawie ( nazwanej w książeczce doświadczeniem) fragment. Nie przeszkodziło mu to jednak -jak widać – wiedzieć o nim  w s z y s t k o, kiedy pisał wyczerpujące eseje do katalogów artysty: 17×23,5×1,6, White Cube, Londyn (2008), How It Is, Tate Modern, Londyn (2009).

   „(…)po wystawie fragment w CSW Zamek Ujazdowski był Pan wówczas moim przewodnikiem – mówi Bauman – błąkałem się w oszołomieniu. Dopiero kiedy wróciłem z tej wystawy, uświadomiłem sobie. że przeżyłem w toku wędrówki po Zamku moment olśnienia.”

   Zielona książeczka jest dialogiem, spotkaniem dwóch tuzów. Skoro jeden jest niekwestionowanym autorytetem ulegającym olśnieniu wymową dzieła drugiego, swego rozmówcy, to uprawniony jest tu chyba ich równy status. Zdaniem wydawców spotkaniem porównywalnym z dialogiem filozofa Jean-Luc Nancy z malarzem Simonem Hantaim, mającym ilustrować dzieło ich przyjaciela Jacques’a Derridy Le Toucher, Jean-Luc Nancy, czy relacjami Jean-Francois Lyotarda z Danielem Burenem, Valerio Adamim, Barnettem Newmannem i innymi luminarzami.

   Przypomina mi się tu, nieco tylko a propos, wydarzenie sprzed lat, gdy  młody, ambitny malarz F. zwrócił się do mocno sędziwego już profesora Bohdana Suchodolskiego (przypadkowo będącego wówczas przewodniczącym PRON) z prośbą o napisanie mu wstępu do katalogu wystawy. Cóż, profesor Suchodolski uprzejmie napisał (bo nie musiał oglądać), nikt tego nie musiał czytać bo i po co, wystarczało natomiast to jako akceptujący znak firmowy dla publicity i jako uzasadnienie dla ekspozycji na weneckim biennale. Metoda jest więc znana od dawna i skuteczna, przy tym nieopatentowana ( przyp. mój – AS)

   Mirosław Bałka zmotywowany tak entuzjastycznym odbiorem swego dzieła, udał się do Leeds, miejsca pobytu Zygmunta Baumana, by uzyskać tam potwierdzenie jakości swych racji w dialogu z Myślicielem ( więc; sam myślę itd.) Przywiózł  z sobą swoje dzieło: reprodukcję ściany ze swej pracowni wypełnionej notatkami, szkicami pomysłów, skojarzeniami, dokumentami, reprodukcjami, znakami.

   Aranżacja Bałki pt. How It Is  w Hali Turbin Tate Modern w Londynie, należy bez wątpienia do najważniejszych, najbardziej prestiżowych i nobilitujących prac artysty. To jest najwyższa półka.(Choć mógłbym sobie wyobrazić tam np. Obieranie ziemniaków, jak miało to miejsce w Zachęcie, a przy możniejszym kuratorze, i w Tate Gallery. Czemu nie?)

   Sam mówi o swej pracy: „- Chodziło mi o dotknięcie istoty świadka. Ludzie, którzy tam weszli, stawali się świadkami. Oni nie byli widzami. Można to było osiągnąć jedynie w efekcie ulotności How It Is, które stało w Hali Turbin tylko przez pół roku. W tym jednym konkretnym miejscu. Niepowtarzalne. Tylko ci, którzy tam byli, mogli tego doświadczyć. To było coś więcej niż widzenie i zobaczenie – to było wejście i doświadczenie.(…)”

   BAUMAN   „(…) Zamknąć oczy na byt, żeby dostrzec bycie. Oczy szeroko zamknięte! W moim przekonaniu buduje Pan swe dzieła wokół odbiorców. Tak naprawdę dziełem stają się ich przeżycia. To wielkie długie pudło w Tate Modern, ten tunel, było tylko narzędziem produkcyjnym dla pewnego doświadczenia. Dziełem sztuki,wielkim dziełem sztuki było wejście ludzi po rampie do wnętrz tego ciemnego kontenera, ich bycie w tych wielkich grupach ludzkich bardziej przeczuwanych niż odczuwanych (…) „  Profesor przeczuwa jednak, że jego wywód może mieć słabe strony,sięga więc po świadectwo Hannah Arendt na temat sztuki – przyp. m. – AS  „(…)okazuje się, że kryterium, dzięki któremu można odróżnić wielkie dzieło sztuki od niedzieła, – mówi Hannah Arent – jest takie, że wielkie dzieło sztuki zachwyca jeszcze po upływie trzystu, czterystu lat czy nawet dłużej. Pańskie dzieło zostaje w przeżyciu i odbiorcy jako świadkowie mogą je przekazać dalej (…)”. 

   Teraz nie może być już wątpliwości przy takich kryteriach co jest dziełem, wielkim dziełem, prawdziwym itd. – przyp. mój – AS

   BAUMAN  – „A ten, co tutaj robi?”

   BAŁKA   – ” To jest odcięta głowa Holofernesa, tuż obok wycinek prasowy z Ulrike Meinhof i Ulrike Meyfarth. Ta druga, sportsmenka z NRD, ( błąd, była to reprezentantka RFN – przyp. mój- AS), na olimpiadzie w 1972 w Monachium wygrała konkurs w skoku wzwyż. Ponieważ ja także skakałem wzwyż, była bohaterką mojej młodości, sympatią. Ale zestawienie ich dzisiaj jakoś mnie niepokoi.Podobnie jak zbieżność nazwisk Meyfarth i Meinhof i jeszcze ten rok 1972: masakra na igrzyskach w Monachium i aresztowanie członkini RAF. Odcięta głowa Holofernesa i przekrzywiona, trzymana przez policjantów głowa Ulrike Meinhof (…)”

   BAUMAN   „(…) Co tu na przykład robi ta fontanna, którą widzę na ścianie?

   BAŁKA   O! Fontanna jest dla mnie bardzo ważna – jak woda. To projekt inspirowany wizytą w Brzezince, wykonany na podstawie zrobionego tam zdjęcia.

   BAUMAN   Ale to jest komin!

   BAŁKA   Tak, to są kominy, pozostałość zniszczonych drewnianych baraków.

   BAUMAN   A to na górze, to co to jest? Jakby wytrysk wody.

   BAŁKA   Tak, wytrysk wody, który dorysowałem. To projekt rzeźby: komin ze starej cegły, z którego wypływa woda

   BAUMAN   Czysta woda zamiast brudnego dymu. Znowu gest kopernikański, rzeczywiście.

   BAŁKA   Ale z drugiej strony: taki komin jest formą falliczną. Ta woda nie jest czysta. To jakby czarna sperma: rodzaj negatywu, a więc nie-życie.(…).

                                             *

   BAUMAN   „(…) W innej książce Didi-Hubermana, zatytułowanej Przed obrazem, jest znakomita analiza fresku Fra Angelico z klasztoru Świętego Marka we Florencji, przedstawiającego Zwiastowanie.(…) Jest anioł, Maryja i na uboczu postać świętego Piotra. Anioł i Maryja mają zaciśnięte usta. Nie rozmawiają ze sobą. A przecież Zwiastowanie Pańskie kojarzy się nam z mową. Tam nikt nic nie mówi,nie pada żadne słowo. To właśnie – jak objaśnia Didi-Huberman – jest sposób przekazania tajemnicy. I tak tajemnicy niepokalanego poczęcia nikt nie przeniknie, nie ma tu zatem o czym mówić. Anioł zwiastuje przez swe milczenie.(…)Jak w ostatnim zdaniu Traktatu logiczno-filozoficznego Ludwiga Wittgensteina: „O czym nie można mówić o tym trzeba milczeć”. Ja bym tu dodał: ten nakaz milczenia dotyczy tylko słów. Posługując się obrazami, Fra Angelico i Bałka milczeć nie muszą, nie mogą(…)”

    A np. Jagiełło z Bitwy pod Grunwaldem Matejki milczeć może, jest spokojny, pewnie dlatego, że zna jej wynik z corocznych rekonstrukcji…(przyp. mój – a.s.)

                                            *

   BAŁKA   „(…) W 1990 roku zrobiłem taką rzeźbę Penguin Lamp. Wówczas były w użyciu kosze na śmieci w kształcie pingwina (…) zdecydowałem się na ten przewrotny gest: umieściłem żarówkę na dnie kosza na śmieci. Podłączyłem światło i zamieniłem kosz na śmieci w lampę. (…)”

   BAUMAN   To, że można manipulować znaczeniami słów i znaczeniami rzeczy, to stosunkowo nowy wynalazek. Kiedyś kosz na śmieci był koszem na śmieci. Kropka. Odkąd pojawił się Marcel Duchamp, nie jesteśmy już tych samych tożsamości rzeczy wcale tak pewni.(…)”

                                             *

   BAUMAN   „(…) Pisząc o How It Is byłem nieustannie rozchwiany między pozytywnym biegunem odnajdywania wspólnoty ludzkiej w ciemnościach kontenera a poczuciem potwornego zagrożenia, którego nawet ta wspólnota nie jest w stanie zneutralizować czy znieść. Znalezienie się w tak absolutnej ciemności w centrum tętniącego życiem i światłem Londynu, to był szok. Ta ciemność była – moim zdaniem – Pańskim głównym materiałem artystycznym. Ciemność jest jednak materiałem nietrwałym. Jest pokrewna milczeniu i oczom szeroko zamkniętym. Z jednej strony pojawia się więc strach przed nieznanym, z drugiej – wszystko może się zdarzyć, mamy zatem do czynienia z wielką szansą niezwykłego przeżycia.

   BAŁKA   Milczenie też jest materiałem nietrwałym.

   BAUMAN   Ale raz przez Pana zainstalowana ciemność tam właśnie tkwi przez cały czas artystycznego przeżycia, jak zaciśnięte wargi Archanioła i Maryi u Fra Angelico.(…)”

                                              *

   Z nieznanych powodów w tym właśnie kontekście, książeczki, profesor Bauman częstuje nas smakowitą przypowieścią o Mojżeszu i rabbim Akibie: „(…) Mojżesz był wielce świątobliwym i zasłużonym człowiekiem; w nagrodę usadził go Bóg po śmierci po swojej prawicy. Zabierał go też często na przechadzki. W czasie którejś z nich poprowadził Bóg swego faworyta pod wzgórze, na którym siedział rabbi Akiba, wielce szanowany w tych czasach mędrzec, otoczony dwunastoma tysiącami uczniów wsłuchanych w niego, wyłapujących każde jego słowo, wyraźnie oczarowanych jego mądrością (…) Mojżesz słuchał. Słuchał najpierw zakłopotany, a potem znudzony, wreszcie nie wytrzymał i poskarżył się Bogu: „O czym on mówi?! Nic z tego nie rozumiem!” W tym momencie Akiba skończył wykład i udzielił głosu słuchaczom.Jeden z wielbicieli oczarowanych mądrością mistrza spytał: „Powiedz mi, Wielki Rabbi, skąd to wszystko wiesz?”. Na to Akiba: „Dowiedziałem się tego wszystkiego od naszego nauczyciela Mojżesza.” (…)”

   Przyznać trzeba, że profesor Bałka (jest przecież profesorem, a może nawet doktorem na ASP) rewanżuje się nie mniej wymowną nauką: „(…) przypomniała mi się inna przypowieść, buddyjska. Pewien mistrz buddyjski miał ucznia, który chciał go bardzo naśladować. Wykonywał wszystko, co on. Chciał być dokładnym odpowiednikiem mistrza. Mistrz zawsze chodził, jak to mnich buddyjski, z kijem. Widząc poczynania ucznia, powiedział mu, że dla niego mistrzem jest ten kij, z którym chodzi. Mówił, że zawsze kroczy za nim i go po prostu naśladuje. Jeżeli więc uczeń chce stać się mistrzem, to powinien naśladować kij, a nie jego, bo to kij jest mistrzem i przewodnikiem. Po krótkim czasie uczeń znalazł sobie kij i zniknął (…)” 

                                                      ____________________


   Kiedyś Muammar Kadafi ogłosił swoją Zieloną książeczkę – zbiór zasad i norm regulujących wszystkie sfery życia człowieka. Ustrój, moralność, cel życia, relacje z Bogiem i jago namiestnikiem na ziemi. Zawarte w niej zostały wszystkie pytania i wszystkie odpowiedzi.

   Sięgając po zielonkawo-szarą książeczkę BAUMAN/BAŁKA koniecznie chciałem się dowiedzieć nie jak żyć, tylko, co jest dla mnie równie ważne, dlaczego dzieło Bałki zachwyca, choć mnie nie zachwyca. Odpowiedzi nie znalazłem w książeczce lecz u Gombrowicza: „Jak to nie zachwyca Gałkiewicza, jeśli tysiąc razy tłumaczyłem Gałkiewiczowi, że zachwyca” – woła profesor Bladaczka. A w ogóle: „Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba”.

                                                                Andrzej Skoczylas

rzecz gustu

                                                                                              3 maja 2016

Wobec zalewu informacji o upamiętnianiu, odsłanianiu kolejnych tablic, nagrobków, pomników Lecha Kaczyńskiego i ofiar Smoleńska, rozpętanej przed sześcioma laty, a – dzięki stalowej woli prezesa – niesłabnącej z biegiem czasu, lecz wciąż potęgującej się jak Polska długa i szeroka, chciałbym wtrącić kilka słów o czymś innym, o guście.

Przecież wszystkie te upamiętnienia, pomnikowe dokonania istniejące i projektowane, mają swój zamysł i wynikającą z niego formę plastyczną. (Wyjąwszy oczywiście występy prezesa z okazji kolejnych miesięcznic, które należą już do innego porządku – audio. Budzącego dreszcz grozy przez swe skojarzenia, w tym czy w uniesieniu nie spadnie aby z taboretu, ale jednak jeszcze tylko dźwiękowego).

Pomnikowe pospolite ruszenie ma formę sugestywną lub nie, mniej lub bardziej dramatyczną, natrętnie wypełniające sobą publiczną przestrzeń na skalę horyzontów człowieka (może nadczłowieka?). Ma też do dyspozycji (nieświadomie) formę i kształt karykatury, nieudolności, prymitywizmu agresywnego chamstwa dopinającego swego celu. I to trwałego, w założeniu „na zawsze”, d z i e ł a. W domyśle, dzieła sztuki.

                                              *

O gustach się nie dyskutuje – mówi popularne porzekadło. Myślę, że grzeszy ono bardziej efekciarstwem niż głębią, bo jego funkcją użytkową, „codzienną” jest tak zwany święty spokój. OT, żeby państwo w salonie, a panowie pod budką z piwem, jak się kiedyś mówiło, nie dali sobie po buzi. I to jeszcze z tak błahych powodów jak różnice gustów!

O gustach się nie dyskutuje, bo się je ma…lub nie. Wolę tę druga wersję porzekadła, chociaż powstaje tu problem – co robić z gustem, który staje się p a n u j ą c y, wszechogarniający? A przy tym jest fatalny, prostacki, ciemny. Nie dyskutować? A może jednak dyskutować, tylko z kim? Nie robić nic?

                                              *

Głaz narzutowy z przytwierdzoną do niego spiżową tablicą z wizerunkiem poległego Lecha Kaczyńskiego przed Corazziańską fasadą warszawskiego ratusza, stał się nie tylko faktem medialnym, ale własnością zbiorową, społeczną. Pomijając już okoliczności jego postawienia (po kryjomu i samowolnie), stał się chcąc nie chcąc inwestycją wzorotwórczą! Tu zaczynają się schody… Jako mieszkaniec Warszawy czuję się tym „dziełem” poniżony, zdruzgotany. Bo przecież, w jakimś sensie czuję się współodpowiedzialny za analfabetę, za to, że w ogóle pojawił się jako autor tego „dzieła” dyletant, pomyleniec! Ostatnio nawet ujawnił się z imienia i nazwiska, posiadając, oprócz świetnego samopoczucia i dumy z dzieła swego życia, dokonania w postaci zaprojektowania pawilonów handlowych przy Juliana Marchlewskiego, aktualnie Jana Pawła II.

Jakkolwiek daleki już jestem od wszelkich misji i tym bardziej upodobań edukacyjnych (świadom przestrogi filozofa, że „pouczanie młodszych jest po prostu impertynencją”) to gotów byłbym, zwłaszcza wycieczkom szkolnym, które powinny tu ciągnąć niekończącym się strumieniem – pokazywać,dotykając palcem jak wygląda, i dlaczego właśnie tak, m a s z k a r o n  u p a m i ę t n i a j ą c y sprzed ratusza. Dlaczego obraża wszystkie kryteria estetyczne; ładu, smaku, tradycji europejskiej. I jest ponurym kiczem

   Nawiasem mówiąc, kamienie polne, otoczaki i głazy pobielone wapnem, zaczynają być obowiązkowo stosowane przez właścicieli, nowych finansowych nababów, jako bardzo piękne, „takie polskie” ozdoby podjazdów do ich bukolicznych, wiejskich rezydencji ze skromniuteńkimi portykami, kolumnadami z korynckimi kapitelami, gazonami i innymi podobnymi oryginałami.

                                              *

Od kilku już lat obserwuję aktywność Jana Pietrzaka, który chce przekonać ogół obywateli (nie wiem, może tylko patriotów polskiego, odpowiednio udokumentowanego pochodzenia) do swej idei postawienia w Warszawie Łuku Triumfalnego dla upamiętnienia Bitwy Warszawskiej 1920.

Długą drogę przeszedł Pan Janek. Od współtworzenia z Jonaszem Koftą Egidy, której był organizatorem i bez którego ona by nie powstała, do dzisiejszego zaprzysięgłego piewcy „dobrej zmiany”. Jego talenty – pełnego werwy swojskiego wodzireja, co to potańczy, pośpiewa, ułoży kuplety, zagra na gitarze, słowem swój chłop, kolega z wojska, który poza tym wszystko potrafi załatwić z towarzyszami z KW czy KC – to było nieocenione w latach 60. To banał, że nasz Pan Janek nie broczył krwią po razach zadanych mu przez komunę. Na deskach Opola czy festiwalu piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu potrafił jak nikt rozhuśtać, rozbujać widownię. Teraz latami ten swój obciachowy kawał życiorysu odreagowuje, ale ile można! Wymyślił więc Łuk Triumfalny dla Warszawy. Bardzo dobrze. całkiem świeżutki pomysł, w Polsce nie używany. A że zalatuje tym z Paryża?  Mówi się trudno – nasz będzie zaporą przeciw bolszewizmowi! Prawdziwie piękne, oryginalne upamiętnienie. Symboliczne, ale kto wie, może być niebawem praktyczne, bo łatwo przecież przeistoczyć Łuk w antyputinowską barykadę.

Tyle że są kłopoty, przede wszystkim brak lokalizacji. Warszawski magistrat wciąż wykazuje brak entuzjazmu do inwestowania i nie chce wyznaczyć terenu pod budowę. A Pan Janek chciałby postawić Łuk najlepiej na Osi Saskiej, na miejscu „Ubelisku”, może w Saskim Ogrodzie, bądź między Hotelem Europejskim a Sztabem Generalnym (jak to pięknie i ideowo brzmi), obok pomnika Marszałka Piłsudskiego (zwanego pomnikiem dziadka parkingowego), wreszcie choćby na Krakowskim Przedmieściu albo na Pradze, po „czterech śpiących”, których pięknym fortelem z budowa metra, Hanna Gronkiewicz – Waltz odesłała w niebyt. A więc miejsca są, ale brak gotowości do CZYNU, na miarę legionów. Podobnie jak fundatorów do sfinansowania tego patriotycznego wzmożenia. Natomiast rekonstruktorzy są, nawet coraz liczniejsi, ale…to jednak nie to.

Widząc te niezasłużone, z niewdzięczności wynikające kłopoty Pana Janka, publicznie zaproponowałem rozwiązanie: Łuk Triumfalny na lawecie! Mógłby być wykonany z odpowiednio lekkich materiałów (np. papier mache, styropian) nie tracąc nic z niezbędnego mu monumentalizmu i godności (przecież nikt nie będzie go chciał przewracać). Czujne oko pomysłodawcy umiałoby tę wielkość wyznaczyć. Całość należałoby ustawić na odpowiednio obszernej platformie na kołach (lub gąsienicach) i jazda! Do najbardziej zagrożonych miejsc; na Krakowskie Przedmieście przed Pałac, na Pragę ( Na Pragie! Na Pragie! – wołali bohaterowie Wiecha), pod Radzymin, miejsce prawdziwego Cudu nad Wisłą – słowem, wszędzie tam, gdzie akurat jest pilnie potrzebny.

      Techniczne ograniczenia, jak szerokość ulic czy czasowe przenoszenia trakcji tramwajowych, dałoby się łatwo pokonać, co udowodniono w Brzegach, przenosząc nawet linię wysokiego napięcia dla Krakowa. 

                                                *

Parę dni temu prezes obwieścił, że za dwa lata na Krakowskim Przedmieściu stanie pomnik Świętej Pamięci Prezydenta Rzeczypospolitej Lecha Kaczyńskiego. I drugi, pozostałych  ofiar Smoleńska. Nic to, że podnoszone są jakieś wątpliwości, są one bzdurne oczywiście, jak konserwatorskie czy podobne. Pomniki staną i już! Ale ciekawe, po raz pierwszy z ust prezesa usłyszeliśmy, że „weźmie się pod uwagę względy artystyczne”. Jedynie domyślam się, bo nie mam dowodu, skąd słowo artyzm, względy artystyczne, wzięło się w w y t y c z n y c h  prezesa do narodu. Zobaczymy, co to znaczy. Gusty można kształtować! Czasem daje to efekty, czasem nie…Zawsze będzie można powiedzieć; o gustach się nie dyskutuje

 

                                                          Andrzej Skoczylas



 



…i spływa jak po kaczorze

po nim, po niej, po nas.

Przychodzi mi to do głowy, by wyrazić nieprzenikalność, impregnowanie… na wszystko. Sprawa dotyczy problemu podstawowego. acz w potocznym odbiorze dotyczącego być może zmartwień jakichś pięknoduchów, elit, słowem drobnej części społeczeństwa. Uważam, że jest przeciwnie! Chodzi mi o edukację artystyczną, estetyczną, szerzej kulturalną naszego narodu.

Uprawiamy przez dziesięciolecia edukowanie, misyjne wręcz „podnoszenia na wyższy poziom mas”. Rozbudowujemy, wciąż i stale mnożymy systemy szkolnictwa. Od szczebla podstawowego przez ciągle rosnącą sieć szkolnictwa wyższego, w tym specjalistycznego, jak akademie sztuk i wydziały humanistyczne niezliczonych uczelni publicznych i prywatnych. A media, które niemal wszystkie mają wpisaną w swą misję popularyzacje  najwyższych wartości, wśród nich oczywiście artystycznych i humanistycznych czerpanych z największych dokonań naszej cywilizacji. A muzea? A internet, otwarte granice? I jaki mamy efekt wszystkich tych działań? Żaden! Pod względem kulturalnym, panujących gustów, znajdujemy się jako społeczeństwo na poziomie kamienia łupanego, przytłoczeni emblematem chamstwa, jako stylu dominującego, przygniatającego wszystko dookoła natrętnością, nachalnością  o takimże obliczu. Przytoczę tylko trzy „kwiatki” z tej otchłani.

W kuluarach Sejmu RP otwarto wystawę portretów ofiar katastrofy smoleńskiej. Słyszę oto, jak prominenci władzy prześcigają się w hołdach, zachwytach i komplementach dla twórczyni tych wiekopomnych dzieł sztuki. Jak jej dziękują za artystyczny, imponujący trud. Niepojęte dla normalnego człowieka rozkoszowanie się, wręcz wpadanie w trans zachwytu nad kiczem! Kiczem ponurym, złowieszczym, triumfującym. Ta pani „artystka” być może wierzy, że jest koleżanką Caravaggia i maluje jak on (podobnie jak przekonani są o tym, że też tak malują, jej koledzy po fachu z Rynku Starego Miasta w Warszawie). Ma do tego prawo. Ale co na to decydenci, jednak wyższej wydawałoby się kultury, którzy powinni  umieć rozpoznać kicz, szmirę, tandetę? NIC! Im TO SIĘ PODOBA – taki mają gust! Dla mnie to hańba, żeby w najbardziej prestiżowym miejscu państwa zawisły wypociny, owoc dewocyjnej maligny, nazwane w dodatku dziełami sztuki – dla nich, to okazja do wzniosłej normalki, „dobrej zmiany”, wygranej. Wstyd to mało, mnie obywatelowi, tysiąc razy za mało powiedziane. Tym bardziej, że w tym samym czasie oglądam migawki z kuluarów Parlamentu Europejskiego w Strasburgu a tam, na ścianach, Marc Rothko, Lucio Fontana i inni luminarze… Płakać się chce ze wstydu i bezsilności. 

Katedra Polowa Wojska Polskiego, szlachetna klasycystyczna budowla, już za ordynariatu biskupa Leszka Sławoja Głódzia, dzięki jego aktywności, niczym ojca Rydzyka i komitywie ze ZBOWiDEM, zaczęła obrastać „estetyką” kiczu, z niczym nieporównywalną, stając się jej podręcznikowym przykładem. Te kotwice, śmigła, tablice „Synowi oficera” (za życia Jana Pawła) nagrobki i kolejne „ulepszenia” składają się na wciąż wzbogacaną skarbnicę kiczu i złego smaku. Boję się, że nie ku chwale Bożej i nie ku przestrodze przyszłych pokoleń.

Licheń, Chrystus ze Świebodzina, dopinają tę klamrę uniesień duchowości Polaka, ale paradoksalnie, zwieńczenie znajdując w setkach już wzniesionych i tysiącach dopiero projektowanych do wzniesienia pomnikach Lecha Kaczyńskiego. Perspektywa dla wreszcie rdzennie naszych, prawdziwie pięknych dzieł sztuki wydaje się nieskończona! Będziemy z nich słynni i na pewno nareszcie podziwiani w całym świecie. 

                                                Andrzej Skoczylas   

„wzięły się za piże”, przy okazji

…Story jest prosta jak drut: kilkanaście dni temu Gazeta Stołeczna piórem Romana Pawłowskiego doniosła, że minister Gliński powołał zespól ekspertów z Moniką Małkowską, a ten bezwzględnie i nieodwołalnie, odrzucił wszystkie wnioski o sfinansowanie zakupów dzieł sztuki współczesnej, które -jak co roku -składane są przez muzea i podobne instytucje i galerie z całego kraju. I że skandal to niebywały.


W wielkanocnym numerze „DO RZECZY”, Monika Małkowska udzieliła kluczowego wywiadu, wisząc na szafie pod sufitem. Przypomniała więc, że jest autorką przełomowej publikacji „Mafia bardzo kulturalna”(sprzed roku), która wstrząsnęła naszym światem sztuki i mediów wizualnych. Tyle że, niestety, została ona przemilczana, przez tę że mafię, układ i jego macki, które -jak wiadomo- sięgają wszędzie. Sama zaś autorka, wybitna przecież publicystka i krytyczka sztuki (jak sama mówi, napisała 10 tysięcy tekstów ) padła ofiarą zmowy milczenia, a przy tym rugowania z radia i programów telewizyjnych, funkcji profesorskich (ASP), gazet itp , aż do doprowadzenia wręcz na skraj egzystencji. No i oczywiście, skazana na ostracyzm  środowiska. Trudno już o więcej plag. A za co? A za odkrycie prawdy o mechanizmie systemu, mafii, która dławi od lat polską sztukę. Kto zawiaduje tym nieludzkim systemem? Oczywiście, nie wymieniona z nazwiska ale wszystkim wiadomo – Anda Rottenberg.

Wygląda mi, że panie nie za bardzo za sobą przepadają i tu mamy wyjaśnienie wszelkich „przełomów”, konfiguracji „układów” i obrzucania się aktualnymi (bo koniunktury zmienne), mafijnymi komplementami. Zaś minister Gliński wprawną ręką, w ramach „dobrej zmiany”, wyposażył, (w nagrodę za równie dobre sprawowanie się) Monikę Małkowską w moc i środki finansowe czynienia dobra dla sztuki narodowej, a na razie, (jej rękami) pozbawiając tychże środków „określone kręgi” zbliżone do targowicy, anilizmu (neologizm prezesa wszech czasów – A.S.),narodowego zaprzaństwa.

Małkowska obecnie stawia na wartości (samokrytycznie przyznając, że dopiero w 2014 w drodze do Stambułu, jak Mahomet z Mekki do Medyny, doznała objawienia, że dotąd tkwiła w błędzie, w „układzie”) i odtąd już będzie tylko po stronie prawdy. W swym wiekopomnym tekście przytacza nazwiska artystów niedocenianych a faktycznie unicestwionych przez układ, jak: m. in.Zbigniew Gostomski, Izabella Gustowska, Marek Chlanda albo skazanych na zapomnienie jak m. in. Jan Berdyszak, Andrzej Dłużniewski, Eugeniusz Markowski, Jacek Sienicki, Włodzimierz Borowski, Zbigniew Dłubak.

Dziesięć lat temu, po ukazaniu się dzieła Andy Rottenburg „Sztuka w Polsce 1945-2005”, (pełnym szkolarskich, kompromitujących również recenzenta prof. Marię Poprzęcką, błędów, zmuszających do wycofania części nakładu i dodruku z poprawkami ), opublikowałem listę polskich wybitnych artystów, których istnienia, życia, twórczości, nasza guru teorii i krytyki artystycznej, w swym dziele po prostu nie zauważyła,(co jest swoistym horrorem, wołającym o pomstę do nieba). Zawiera ona 85 nazwisk, z których wymienię tylko część, (bez uszeregowania wielkością znaczeń i dokonań): Hanna Rudzka-Cybisowa, Henryk Musiałowicz, Jacek Puget, Wojciech Sadley, Adolf Ryszka, Roman Artymowski, Mieczysław Berman, Wacław Taranczewski, Stanisław Teisseyre, Tadeusz Kulisiewicz, Alfons Karny, Eugeniusz Geppert, Jerzy Duda Gracz, Wiesław Garboliński, Franciszek Strynkiewicz, Marek Oberlander, Benon Liberski, Franciszek Starowieyski, Igor Mitoraj, Antoni Kenar, Jan S. Wojciechowski, Marian Wnuk, Jan Spychalski, Władysław Jackiewicz, Leon Michalski, Mieczysław Wejman, Wojciech Zamecznik, Tadeusz Trepkowski, Wojciech Jastrzębowski, Eugeniusz Eibisch.

Wydawałoby się, że skazanie tych twórców jako „niebyłych” i to w opracowaniu mającym ambicje naukowe, nie mówiąc już o dydaktycznych, jest niemożliwe. Nieprawda, w rękach właściwego fachowca nie takie cuda są możliwe.

Wniosek prosty jak na początku – bez względu na to, który z wampirów rej wodzi, który jest większym szkodnikiem, sztuka nasza jakoś istnieje i istnieć musi. Mam nadzieję.

                                                               Andrzej Skoczylas   

                                                           

” Nikt nic nie wie” (dokończenie)

[8.]          Czy jeżeli umiem namalować obraz tak samo jak artysta, to jestem artystą?

Z problemem zmaga się autorka albumu i projektodawczyni wydawnictwa Kamila Bondar.

– Sypiąc przykładami belgijskiego artysty- nieartysty, wykonującego swe rzeźby za pośrednictwem komputera w Carrarze, w której nigdy nie był, Pawła Althamera tworzącego ze współmieszkańcami swoje dzieła, które sygnują wszyscy uczestnicy, czyli stają się automatycznie artystami, i innych, dochodzi do zbożnych i słusznych konkluzji:

„(…)Świat sztuki nie oczekuje dziś zatem od artystów, żeby sami własnoręcznie wykonywali swoje prace.(…)Tak więc z faktu zrobienia czegoś tak samo jak artysta, nic jeszcze nie wynika,(…)Ważny jest pomysł. Oczywiście nie tylko.(…)Ja jednak mam ochotę odpowiedzieć na to pytanie inaczej: jeśli umiesz (podkreślenie moje) namalować coś tak jak artysta, zrób to, spróbuj.(…)” 

                – Wtedy, zanim przystąpisz do pracy, już jesteś artystą – dopowiem. Tylko po co, jak już jesteś,  masz jeszcze starać się być artystą?

[9.]          Jak odróżnić sztukę od tego, co wygląda jak sztuka?

Subtelnie poucza Sebastian Cichocki, kurator; „(…)Patrząc na świat, używajmy do woli wiedzy i wrażliwości, którą zdobyć możemy…no właśnie, w kontakcie ze sztuką. Bardzo możliwe, że zaprawieni w rozpoznawaniu i tropieniu współczynnika sztuki ujrzymy w nowym świetle na przykład międzygatunkową współpracę pszczelarza z pszczołą czy wirtuozerię hackerskiego ataku na rządowe serwery! Niezmiernie ważną kwestią pozostaje tutaj doświadczenie, obycie się (czy też opatrzenie) ze sztuką w jej najprzeróżniejszych formach. Im więcej jej oglądamy, doświadczamy, tym bardziej prawdopodobne, że odpowiedź na pytanie Jak odróżnić sztukę od tego, co wygląda jak sztuka? wyda nam się nie tyle nawet łatwa, co…nieistotna.”

                 – Jasne!

[10.]           Jak zacząć kolekcjonowanie sztuki?

Radzi, nęci, oręduje Marta Czyż, kuratorka:„Choć nie każdy w to uwierzy, kolekcjonowania nie trzeba zaczynać od sprawdzenia zawartości portfela.(…)Warunki są zawsze do uzgodnienia, spłata nie ma rygorystycznych terminów.(…)Można się też targować.(…) Naczelną zasadą każdego, szczególnie początkującego kolekcjonera jest orientuj się.(…)W galeriach wszystkie pytania są zawsze mile widziane, a odpowiedzi można wysłuchać w komfortowych warunkach – przy kawie na galeryjnej kanapie, w otoczeniu prac i katalogów.(…)Kształtowanie kolekcji jest procesem – fascynującym, rozwijającym, często nieprzewidywalnym. Pierwszy zakup to moment historyczny(…)Jest jak pierwsza miłość – potrafi złamać serce.(…)Udanych zakupów!”

                 – Rzeczywiście, momenty historyczne są na wyciągnięcie ręki…

[11.]           Czy trzeba coś umieć, żeby zostać artystą?

Rozstrzyga ostatecznie Jakub Banasiak, SZUM: „(…)Duchamp dokonał przewrotu o iście kopernikańskiej skali, ponieważ zniósł kryterium kunsztu, maestrii technicznej, stylu itp., zastępując je innymi – autorefleksją(…) Na zadane w tytule pytanie należy więc odpowiedzieć następująco: jeżeli coś oznacza reguły obrazowania związane z tradycyjnymi hierarchiami artystycznymi, to artysta nie musi tego umieć, i to od dłuższego już czasu.(…)”

                – Mamy więc spokój. I to od dłuższego już czasu.

[12.]           Czy sztuka jest w Polsce potrzebna?

Całościowo ujmuje problem, jak to profesor, Maria Poprzęcka: „(…) Najwyraźniej tak, skoro jest wszędzie i jest jej dużo.(…)

Problem sztuki Polsce potrzebnej nie jest zatem problemem artystycznym. Jest problemem społecznym wynikającym ze sprzeczności w łonie demokracji. Osobiście jestem najdalsza od elitystycznej wyższości wobec tego co uważam za niesztukę. Szanuję potrzeby zdobienia mieszkań i domów (…)Niechże własna przestrzeń życiowa będzie przestrzenią wolności! Lecz czy to znaczy róbta co chceta?(…)

Czy ludzie sztuki ukształtowani przez posłannictwa modernistyczne nie powinni realizować misji edukacyjnych, uczyć estetyki życia codziennego, wciągać do uczestnictwa w wysokiej kulturze? (…)wiemy, jak łatwo taka edukacja może stać się dokonywanym z pozycji dominującej płaskim dydaktyzmem (…)Pouczającą przestrogą jest przykład oprotestowanego przez mieszkańców muralu z Czarnym kwadratem Kazimierza Malewicza, (…) Pomysłodawcy wykazali się nie tylko całkowitym brakiem wyczucia społecznego kontekstu, ale także arogancją wobec mieszkańców, którym chcieli życie urządzać. Takie wydarzenia powinny skłaniać ludzi sztuki do refleksji i pokory, a nie do stygmatyzowania tych, których powinny uczyć. Przypadek nieudanej implementacji sztuki wysokiej w społeczeństwie nie powinien zwalniać z działań edukacyjnych(…)                        

Nadzieją są tu muzea (…)Nie można oczekiwać natychmiastowych rezultatów. Zwłaszcza w kraju, w którym dramatycznie brak dobrych wzorców(…)

              – I jeśli się ostatecznie zerwie z elitystyczną wyższością nad tym co się uważa za „niesztukę”.

[13.]                  Czy artyści żyją ze sztuki?

Uchyla rąbka tajemnicy Karol Sienkiewicz, niezależny krytyk, działacz Obywatelskiego Forum Sztuki współczesnej:„Nie wszyscy, a jeśli już, to nie zawsze w stu procentach.(…)

Na przykład taki Mikołaj Biberstein, mój przyjaciel. Wprawdzie niemal nie wystawia swoich prac, ale to tak zwany prawdziwy artysta, artysta życiowy. Ostatnio wystąpił w filmie Katarzyny Górnej Portret artysty romantycznego. Gdyby nie on, artystka sama by takiego bohatera nie wymyśliła. Mikołaj jest właściwie współautorem filmu. Gra w nim siebie. Na początku filmu bardzo długo się budzi. Potem robi różne dziwne rzeczy, na przykład wciela się w Prometeusza, kładąc się półnago na dachu bloku i obkładając surowym mięsem, w oczekiwaniu na to, że przylecą ptaki i je podziobią. Co się nie dzieje.. Mikołaj na filmie nie rozstaje się z butelką wódki, obiera buraki na przetwory (sprzedawał je na warszawskich jarmarkach pod szyldem Pan Burak), a na końcu trafia do zatłoczonego baru, w którym warszawscy bywalcy rozpoznają Cafe Amatorską. Przysypiając przy stole, śpiewa Bella ciao.(…)”

                 – bella ciao, ciao, ciao… 

[14.]  Na czym polega przyjemność z kolekcjonowania sztuki?

Zwierza się Krzysztof Nowakowski, dyrektor korporacji, kolekcjoner: „(…)Kolekcjonowanie to forma uzależnienia i myślę, że wielu kolekcjonerów przeżywa je podobnie jak ja – jako miłość, ale czasem i ból. Dawno już przekroczyłem zarówno rozsądny budżet, Jak i rozsądną liczbę dzieł, które mógłbym powiesić na ścianach w domu i biurze.(…) Jak mówi moja znajoma, wybitny kurator i menedżer muzealny, z czasem każda większa kolekcja kolekcja lub jej część trafia do zbiorów publicznych. Z przyjemnością tę myśl zaczynam pielęgnować.”

[15.]              Czy istnieją znani artyści, którzy nie wystawiają w muzeach?

TAK – potwierdza pośrednio, Ewa Łączyńska-Widz, historyk sztuki, kuratorka,:Artyści i muzea to jedne z ogniw, łańcucha, który nazywa się obiegiem sztuki. Pozostałe ogniwa to:dzieła, uczelnie artystyczne, galerie prywatne i publiczne, rady programowe, kolekcjonerzy, kolekcje, mecenasi, ministerstwa kultury, kuratorzy, krytycy, magazyny i media branżowe, targi sztuki, biennale, konkursy artystyczne, rezydencje, stypendia.(…) Choć istnieje uniwersytecka dziedzina humanistyki pomagająca sztukę opisać – historia sztuki, to ciągle pojawiają się zjawiska artystyczne, które sprytnie (podkreśl. moje) się temu opisowi wymykają”

Wymieńmy spryciarzy w kolejności ich pojawiania się w eseju  E. Ł.-W.: Norman Leto, Christian Boltanski, Vincezo Agnetti, Anastazy B. Wiśniewski, Ewa Szczyrek, Banksy, Ai Weiwei, Paweł Althamer, Monika Sosnowska, Roman Stańczak, Katarzyna Przezwańska, Suzan Philipsz, oraz:

„(…) Wyjście w Polskę Honoraty Martin. Artystka w lipcu 2013 roku wyszła z domu w rodzinnym Gdańsku i przez półtora miesiąca szła samotnie, bez celu, finalnie dochodząc do Wrocławia.(…) Było realizacją utopijnego pragnienia wyjścia i zostawienia wszystkiego na jakiś czas.(…)

Sztuka nie potrzebuje ścian muzeów, poza nimi także się rozwija, i to wielowątkowo.”

                 – Przesada. „Wyjście” to wcale nie utopia tylko wyjście. A muzea przed spaleniem, mogą jeszcze postać.

[16.]              Czy sztuka musi być ładna?

Kropkę nad i stawia Klara Czerniewska, autorka, redaktorka, tłumaczka tekstów o sztuce: „Oczywiście, że…nie musi. Przede wszystkim dlatego, że pojmowanie i przeżywanie piękna jest czymś wysoce subiektywnym. Jak mówi angielskie przysłowie: Beauty lies in the eyes of the beholder.(…)”

                        – Se non e vero…

 

                                           Andrzej Skoczylas



„Nikt nic nie wie!” [1]

Ukazał się był właśnie ślicznie wydany album pt. SZTUKA W NASZYM WIEKU. Wytwórcami tego dopieszczonego pod każdym względem dzieła edytorskiego są pospołu Fundacja Sztuki Polskiej ING (Bank Śląski) i Zachęta Narodowa Galeria Sztuki.                                     

       Nakład 3000 egzemplarzy, cena 85 PLN (a więc przystępna, jak na  dzieło popularyzatorskie), zawiera 113 kolorowych reprodukcji dzieł sztuki 74 artystów, zgromadzonych przez obie te instytucje.

Przede wszystkim jednak składa się z szesnastu miniesejów, może lepiej powiedzieć – wynurzeń, naszych wybitnych ekspertów od sztuki aktualnej jak Dorota Jarecka, prof. Maria Poprzęcka, oraz mniej znanych specjalistów, ale nie mniej ambitnych i kompetentnych niż luminarze.

Całe to szacowne grono udziela odpowiedzi na kokietliwe, to znów retoryczne, bywa frywolne, czasem naiwne, zatroskane pytania: jak sobie radzić ze sztuką współczesną. Niżej przytoczę każde z tych pytań, wybrany przeze mnie cytat z autorskiego tekstu, oraz ewentualny komentarz własny.

[1.]              Dlaczego na wystawach sztuki współczesnej jest tak mało obrazów?

Odpowiada Hanna Wróblewska, dyrektorka ZACHĘTY: „(…)Dziś artysta nie tylko musi negocjować swoją pozycję w społeczeństwie – by być widzianym, słyszanym i uznanym – ale także rolę samej sztuki.(…)Ja się więc nie martwię, gdy na wystawie sztuki współczesnej nie znajduję obrazów. Pod warunkiem, że znajduję tam sztukę(…)”.

        –  Mój komentarz: A jak nie ma wcale za mało obrazów i nie można znaleźć sztuki, to co – zapytam?

[2.]             Kto i jak decyduje o tym, że coś jest dziełem sztuki?

Wyjaśnia Dorota Jarecka: „O tym, co jest dziełem sztuki, decyduje grupa złożona z szefów następujących instytucji: Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Fundacja Galerii Foksal, Raster, Zachęta i Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, MOCAK w Krakowie, Muzeum Sztuki w Łodzi, plus Anda Rottenberg.(…)”

         –  To oczywiście gryząca ironia p.Jareckiej, ale już następne kwestie zwiastują dramatyzm sytuacji                                                    „(…)Jeśli moja koleżanka uważa, że obieranie ziemniaków w Zachęcie nie jest dziełem sztuki, niewiele mogę z tym zrobić.(…) Dla mojej koleżanki Julita Wójcik nie jest żadną artystką. Ja zaś będę się upierała, że jest artystką, i to wybitną. (…) nie pozostaje nic innego, jak stanąć na przeciwko siebie, odbezpieczyć pistolet i pozabijać się nawzajem.(…) Bo jakoś tak się dzieje, że coś jest uznawane za sztukę, a coś innego nie.(…) W związku z tym pytanie: „Kto decyduje?” jest źle postawione i prowokuje zwodnicze odpowiedzi. Nikt nie decyduje.” 

          –  Bez komentarza. Wystarczy.

[3.]              Co trzeba zrobić, żeby rozumieć dziś sztukę?

Trop wskazuje Iwo Zmyślony:„(…) W tej sytuacji tytułowe pytanie można odczytać w sposób czysto praktyczny: do kogo mamy się zwrócić? Odpowiedź jest w pewnym sensie banalna: tak jak w każdej branży pomocy należy oczekiwać od osób, które zajmują się tym profesjonalnie i które nawzajem ewaluują swoje kompetencje.(…)”

              –  Zgadzam się w pełni. Trzeba tylko wyczekać momentu, gdy osoby te akurat nie ewaluują nawzajem swoich kompetencji. Nie jest to dziś łatwe.

[4.]              Co decyduje o cenie dzieła sztuki?

Porad udziela kurator, galerzysta Dawid Radziszewski: „(…) Wyobraźmy sobie malarza, który (…) Nie ma żadnej historii sprzedaży, a mimo to trzeba jakoś ustalić cenę jego prac. Uważam, że cena za pierwsze sprzedane dzieło sztuki nie powinna przekraczać tysiąca euro, (…) Jeśli potwierdzi się intuicja galerzysty i prace artysty rzeczywiście zaczną się sprzedawać, wtedy cenę można nieznacznie podnieść.(…) Ogólnie rzecz biorąc, obawy pytających o kształtowanie się cen są uzasadnione w tym sensie, że negatywne zjawiska faktycznie istnieją. Są jednak marginesem,(…) Można je zresztą łatwo ominąć – im więcej będziemy czytać i chodzić na wystawy, tym trudniej będzie nas nabrać.(…)”

           –  (Wszystkie podkreślenia moje.) Słowem – lepiej jeśli będziemy mądrzejsi niż mniej mądrzy.

[5.]                Czy istnieje sztuka popularna? 

Argumentuje Szymon Żydek:„(…) Kilka miesięcy temu świat obiegła wiadomość, która dla potencjalnych użytkowników sztuki popularnej stanowi jasny punkt na widnokręgu. Portale i serwisy internetowe podały elektryzującą informację – komputery uzyskały świadomość i zaczęły malować.(…) Jeżeli komputerowe sieci neuronowe w procesie interpretowania obrazów mogły uzyskać samodzielność i zacząć tworzyć swoje własne malowidła, to dlaczego podobny mechanizm nie miałby dotyczyć wszystkich odwiedzających wystawy w galeriach i muzeach sztuki współczesnej?

             –  To jest niepodważalny i rozstrzygający dowód na istnienie sztuki popularnej. Dziękuję.

 [6.]             Czy artyści nas oszukują?

Zwierza się Łukasz Gorczyca, Raster: „(…) Rzecz działa się po jakimś wyjazdowym wernisażu, już grubo po godzinach, w atmosferze międzyśrodowiskowej integracji wspomaganej ułatwiającymi ten proces napojami. Po kilkugodzinnych nieskutecznych zabiegach znajomy artysta z rozpaczliwą  rezygnacją w głosie zwierzył się z całkowitego niepowodzenia w szczerej próbie poderwania bawiącej się z nami kuratorki. Powód wyglądał w istocie beznadziejnie:” Ona myśli, że nie chodzi mi o nią, tylko o względy instytucji, w której pracuje.(…)”

              –  Już widzę tę realistyczną scenę, gdy nawalony artysta deklamuje niczym wytrawny biurokrata swoją erotyczną formułkę. Co do kuratorki, musiała to być osoba potężna wpływami, zarzucana ofertami więc może lekko zblazowana i nieco nieufna do ubiegających się o jej względy licznych amantów. Niech Gorczyca odwróci sytuację i wyobrazi sobie siebie, że robi do niego oczko, sugerując niebiańskie rozkosze naskórkowe, np Natalia LL czy Ewa Partum. Czy mimo pewności i przekonania o własnym męskim seksapilu, nie przyszłoby mu na myśl, nie zapaliła się czerwona lampka, że może posłużyć jako narzędzie, że może być wykorzystana jego wysoka pozycja w artworldzie i  kluczowego decydenta w naszym układzie artystycznym? I że, z wielkim żalem, jak wspomniana kuratorka (nie zgadnę, która) musi wziąć na wstrzymanie? Zwyczajnie, nie może dać się uwieść artystce, by nie zostać oszukanym.

„(…) Czy artyści nas oszukują? Jest w tym dylemacie na swój sposób proste i wcale nierzadkie freudowskie nieporozumienie – ktoś, kogo podejrzewamy o oszustwo, zwyczajnie próbuje nas uwieść.”

                 –  To jest właściwa puenta. 

[7.]            Czy dzisiejsi artyści potrzebują natchnienia?

Normuje Oskar Dawicki, artysta: ” O tak! O tak! O tak! O tak! O tak! O tak!    O tak! O tak! O tak! O tak! O tak! O tak! O tak! O tak! O tak! O tak! O tak!     O tak! O tak! O tak! O tak! O tak! O tak! O tak! O tak! O tak! O tak! O tak!     O tak! O tak! O tak! O tak! O tak! O tak! O tak! O tak! O tak! (~)”       

                                                       Cdn

                                                                   Andrzej Skoczylas

Libre arbitre!

   Zmarł David Bowie, wielka postać współczesnej kultury, artysta multimedialny poruszający i zapładniający swą twórczością miliony odbiorców.

   Wśród licznych komentarzy, jakie się z tej okazji pojawiły, omawiających fenomen-Bowie, najbardziej trafia mi do przekonania jego charakterystyka jako wielkiego nowatora, eksperymentatora. Przy tej też okazji wydaje mi się warta zastanowienia się jest funkcja eksperymentu, opozycji: eksperyment i nowatorstwo, ich symbiozy i znaczenia w sztuce (ale nie tylko) może szerzej, w całej naszej cywilizacji i kulturze.

   Sztuka nowożytna, obejmująca czas od początku XX wieku, określana też jako nowoczesna, przeniknięta jest eksperymentem. Jest wręcz eksperymentu synonimem. Podobnie jak jest synonimem nowatorstwa. Na przykład barbizończycy, finezyjnie ulepszali swe pejzaże, udoskonalali je zbliżając się do ideału natury, ale nie zrywali z nią. Podobnie jak impresjoniści, choć ci już większym stopniu i radykalniej rzucili wyzwanie gustom i przyzwyczajeniom widza, ale nie był to przełom taki, jaki spowodował kubizm, gdy pojawiło się kapitalne pytanie: – CO OBRAZ, dzieło, kreacja PRZEDSTAWIA, wyobraża? Od tego dziejowego momentu poprzez konstruktywizm, abstrakcję i dalsze izmy do sztuki nowej, najnowszej i aktualnej, to pytanie, w gruncie rzeczy, pozostaje otwarte.Tym samym niejako dające pole do eksperymentu i nowatorstwa w sztuce.

   Oczywiście, to nie eksperyment i nowatorstwo jest impulsem do powstawania dzieła sztuki, ale w różnym nasileniu, na przestrzeni już ponad wieku, kreowaniu dzieła towarzyszy. Rzecz w tym, że jako zjawisko bezspornie występuje, choć nie zawsze jest tak wyodrębniane i nazywane.

   Nie chcę mówić o kryzysie w sztuce czy kryzysie sztuki. Odkąd pamiętam  istniał on zawsze, bez względu na to, czy tak było naprawdę czy nie, ale to odrębny temat. Natomiast nowatorstwo i eksperyment w sztuce współczesnej jest niewątpliwie podstawą, paliwem dla wielkich kwantyfikatorów wywołujących poczucie kryzysów. W podłożu tych stanów leży poczucie bezradności, braku „narzędzi” (często prowadzące do frustracji i katastroficznych sądów) w ocenianiu wydarzeń i zjawisk artystycznych.

   Eksperymentowanie w sztuce, zwłaszcza dziś, nie jest na topie, nie jest uwypuklane i akcentowane. Dlaczego tak się dzieje, upatrywałbym w przekonaniu twórców i mas ich naśladowców, w ambiwalencji słowa eksperyment, eksperymentator. Co przecież znaczy również, popełniający błędy, naprawiający je! W słowach eksperyment, nowatorstwo, zawarty jest również charakterystyczny dualizm – omija się  niewygodne na danym etapie złożone znaczenia tych słów, przestawia ich sensy i kolejność. Nikt nie chce przyznać, że może popełnić błąd bo przyznałby, że nie jest demiurgiem, a tego w obecnym sezonie się nie nosi.          

(Przypomnę dla porządku, że sztuka w Polsce Ludowej, zwłaszcza ta po   Październiku, używała dość powszechnie prawa do eksperymentu jako alibi by w ogóle móc się rozwijać, bo władza z kolei, na eksperyment musiała przymykać oko w imię „postępowych” pryncypiów. Stąd mieliśmy np. Kantora, Hansena, Fangora, Abakanowicz i innych).

   Picasso mógł w poczuciu swej wielkości obwieszczać światu: – Ja nie szukam (w znaczeniu poszukiwania środków wyrazowych, metodą prób i błędów), ja znajduję! Choć wiadomo, że publiczne pokazanie się jego dzieła było wręcz podręcznikowym, socjologicznym eksperymentem: – chwyci czy nie chwyci?! Natomiast Beuys, na światowej scenie medialnej po prostu spokojnie stwierdza: Jestem dziełem sztuki.Ten komunikat otwiera i zarazem zamyka esencję zjawiska Beuys – z tym się nie dyskutuje, to istnieje.

   Picasso był wielkim nowatorem i eksperymentatorem zarazem, bo był pierwszy! Nikt przed nim takiej sztuki nie robił (mimo Braque’ a et consortes, w tej liczbie naszego sentymentalnego Tade Makowskiego). Natomiast miał rzeszę naśladowców (na tym też polega jego wielkość). Ulepszanie obrazu przez samego Picassa, a także niezliczonych jego imitatorów, jest nonsensem. A jednak jego naśladownictwa na masową skalę i na najróżniejsze sposoby, są uprawiane do dziś. Ot, paradoks. 

   Beuys był NOWATOREM. Udowodnił, że każdy może być artystą. Nikt przed nim tego nie zrobił. Samo ukucie terminu konceptualizm, sztuka pojęciowa, było jedynie konsekwencją, praktycznym narzędziem w jego „artystyczności”. Tysiące tysięcy podążających jego drogą napotyka jednak na kompleks: naśladownictwo – samounicestwienie – unieważnienie (bo przecież skoro każdy jest artystą ,to nie naśladowcą. To tylko pierwszy z brzegu przykład tego kompleksu). A BEUYS jest jeden.

   Niebieski pasek Edwarda Krasińskiego jest dziełem sztuki. W kontekście MoMa czy Tate Galery, niewątpliwie, ale u mnie w domu (zob. blog Kolor, funkcja i forma z 1 lutego 2012) przylepiony przez Edzia na szafie – też? Oczywiście, tyle że, kontekst jest inny, który stanowi o wszystkim. w tym o jego nośności społecznej i wywyższeniu autora.

   Roman Opałka i jego obrazy liczone były wynalazkiem, odkryciem. Są prekursorskie spełniając wybornie kryterium nowatorstwa. Nie nadają się jednak do naśladownictwa choćby z powodu zaklętego w nich czasu decydującego o wszystkim, a jednak przebijają się z wolna na światową giełdę jako dzieła jednego z bardzo nielicznych, naszych artystów. W przeciwieństwie np. do Józefa Robakowskiego, którego kultowy, jak pisze recenzentka GW, „Widok z okna” (automatyczna rejestracja przez kamerę upływającego czasu) nigdy kultowy nie będzie, bo inni byli przed nim a o jego dziele nic nikt nie wie, i boję się, nie będzie wiedział.

   Z obecnej polskiej sztuki, na serio wg mnie, już zaistniał i ma szanse swą pozycję umocnić jedynie Zbigniew Libera.Jest autorem kreacji „Obóz koncentracyjny z klocków Lego” zawierającej przekaz oryginalny, nowatorski, jasny, estetyczny w słowa tego podstawowym znaczeniu, moralizatorski, bogaty w nieograniczone wręcz możliwości interpretacyjne, polityczny wreszcie (kłania się Courbet i Picasso) i jako taki nasycony symboliką, również użytkową. A jest to lista cech daleka od wyczerpania

   David Bowie sprzedał 120 milionów albumów swojego image’u foniczno-wizualno-dizajnerskiego. Pokazał drogę, którą porwał swych fanów, a to daje Panteon. Może nieśmiertelność.

                                                         Andrzej Skoczylas 

PS Libre arbitre – wolna wola _____________________________________________________________________

Pod kreską i by nie brudzić rąk.

   Z okazji tematu dnia, zawłaszczenia Telewizji przez PIS i to w wydaniu najczarniejszym z czarnych, śmieszą mnie nadzieje poczciwych lemingów, że może trzeba poczekać na efekty dobrej zmiany, może się jakoś wszystko ułoży, że nie można krytykować nowej władzy zanim cokolwiek zrobiła, bo przyzwoitość tak nakazuje postępować, bo a nuż, Telewizja Narodowa pokaże znośny program itd, etc. Śmieszna i ponura zarazem jest naiwność, ślepota i mówmy wprost – głupota „drugiego sortu”, który nie widzi, że Naczelnik wygrał bitwę, można ją nawet nazwać cudem nad Wisłą i że tylko oto chodziło!. Nie była to bitwa o to żeby TV była lepsza,(bo to się okaże lub nie, za parę lat), ale żeby była nasza, czyli jego, Ojca narodu nowatora, eksperymentatora może i zbawiciela (Jarosław Polskę zbaw)! I „w tym temacie” wszystko już się stało – odbył się triumf nad wrogiem,  odtrąbiono koniec, sprawa zamknięta. Najwyżej Janek Pietrzak postawi stosowny Łuk Triumfalny, w wersji właściwej, napoleońskiej.

   Biedna opozycjo, trzeba poszukać innego pola bitwy. I ją wygrać! Bo inaczej będą jak w banku akcje priopriacyjne i Bereza. Może tylko będzie się inaczej nazywała.                    

                                                                                          a.s. 

 

Kaczyński, KOD, PO, Nowoczesna: co dalej?

To pytanie zadają sobie chyba wszyscy aktorzy tej kiepskiej sztuki, która rozgrywa się w sejmie, mediach, na ulicach i gdzie tam jeszcze, tyle że głośno tylko lemingi (PO, KOD) i ich medialna obsługa… 0dpowiedzi nie dają żadnych nawet ci, którzy nadają w tym dobranym towarzystwie ton: Żakowski, Paradowska, „GW” itd. 

Przyszło mi do głowy, żeby spróbować ich wyręczyć, bo ani z lemingami ani, oczywiście, z PIS nie mam nic wspólnego i być może dlatego mam szanse zobaczyć to i owo wyraźniej.

Kaczyński, rzecz jasna, o nic nikogo  nie pyta, bo jest u siebie Napoleonem, a plan ma ułożony i realizuje go per fas et nefas. Wojsko ma gorszego sortu i strzela bardzo niecelnie. Ale wódz jest człowiekiem inteligentnym, więc  – po dużym zaskoczeniu i zdenerwowaniu udanym debiutem KOD pod Trybunałem – uważnie śledzi kolejne zbiórki oraz sondaże. Być może jeszcze nie bardzo go poruszył ten pierwszy, w którym PIS ustąpił miejsca Nowoczesnej, ale jeśli to się powtórzy w zaufanych sondażowniach? Trzeba będzie zrobić oczywiście, nie jakiś krok wstecz, ale krótką przerwę w galopie, by dać czas na podciągnięcie dalszych szeregów i pełne zrozumienie geniuszu wodza. A i przeciwnicy muszą się skruszyć i oswoić z „dobrymi zmianami”. 

KOD zadebiutował zaskakująco dobrze pod batuta nikomu nieznanego Kijowskiego i czeka na dalsze potknięcia, błędy i głupstwa PIS, który – jak liczą – zaplącze się w swoich „rewolucyjnych” decyzjach sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem (wolne media itd). I że nie zdąży z 500+. Wtedy manifestacje będą kwitły co tydzień i zacznie się na serio mówić o  majdanie. Na razie mówi się o niepłaconych przez samozwańczego lidera KOD alimentach. Jeśli PIS opanuje radość z odzyskanego śmietnika, jeśli creme de la creme posłów (patrz: posłanka Pawłowicz et consortes)przestanie się wydzierać i ogólnie weźmie na wstrzymanie, KOD uwiędnie, a po krótkiej przerwie będzie można znów ostrzej ściągać cugle!

Najgorsza przyszłość przed PO, ze Schetyną lub bez, bo partia konto ma ciężko zaszargane, a entuzjazmu i przywódcy brak! Myślę, że PO już się nie podźwignie, bo nie pozwoli na to Nowoczesna, która ma i lidera i czyste konto, power i zapał do boju, a program? Jak ulał dla lemingów!

Przegrupowanie jeszcze chwilę potrwa, bo PO ma ponad 130 posłów, którzy muszą znaleźć dla siebie – nazwę to delikatnie – swoje nowe miejsce w dobrym miejscu. Na nic się zdadzą wychwalane talenty manipulatorskie niedawnej ofiary Tuska…

A cała obsada spektaklu będzie wbijać oczy w sondaże, bo do prawdziwego sprawdzianu jeszcze sporo czasu.

Nikomu niczego nie życzę!

                                                      joanna s. 


Rzepliński pękł?

Coś mi się wydaje, że niestety tak…Ta rozmowa w cztery oczy z prezydentem, a nawet samo zaproszenie do pałacu stawia wiele pytań. Oczywiście ewidentny paraliż TK jest dla wszystkich (łącznie z Prezesem) niewygodny i warto by zamknąć ten front, na którym Unia już stoi, bo musi i bierze profilaktycznie ibuprom.

Do jakichś ustaleń doszło, czego skutkiem jest przełożenie na święty nigdy posiedzenia w sprawie uchwał sejmowych, które miało się odbyć już 12. Chodzi o to, by w jakiś niekonfliktowy sposób uzupełnić skład TK, tak by mógł w ogóle w miarę spokojnie orzekać. Być może przeszedł wariant Kukiza, by wprowadzić małą zmianę do Konstytucji ( zamiast 15, 18 sędziów TK).

Dowiemy się tego niedługo…Jak pan się czuje, panie prezesie TK?

                                                       joanna s.

PS. Nie zgadzam się z konkluzją joanny s. – Prezes Polski osiągnął już to co sobie w planach założył – rozp… ostatecznie i nieodwołalnie Trybunał. Koniec, kropka, zadanie wykonane! Dalszego ciągu w tym temacie – jak mówił nieoceniony klasyk – nie będzie! Tak jak oddał narodowi TV. Tu nieważne czy strzec interesu narodu będzie p. Kurski czy inny Błaszczak, byleby pluralistycznie i nieodwołalnie. C(o) b(yło) d(o) o(kazania). I nie do odwrócenia. a.s.