
Foto Krzysztof Gierałtowski
JEST ULUBIONYM MALARZEM ministra kultury Piotra Glińskiego – doniosły media! Tego się nie spodziewałem, a to dlatego, że po ujawnieniu preferencji pana ministra i stosownych decyzjach administracyjnych na terenie teatru, filmu, mediów narodowych (co spowodowało ogromną wrzawę, protesty itp) ujawnienie osobistych gustów i to w dziedzinie tak nieokreślonej jak sztuka współczesna, w ogóle sztuki wizualne, wydawało mi się, jest dla polityka zbędne, jest typowym „szukaniem guza”. Jest ryzykiem, którego, jeśli nie ma koniecznej potrzeby, po prostu się unika. Chyba że? ma znaczyć! Jeśli tak,
to powstaje tu ciekawa sytuacja. Minister Gliński od progu swej kadencji, a faktycznie dużo wcześniej, proklamował politykę Dobrej Zmiany, coś w rodzaju narodowej rewolucji kulturalnej, a jak powiedział, „sprecyzował”(?) Zwierzchnik narodu w Krynicy, kontrrewolucji. Jednym z najbardziej wyrazistych narzędzi tej nowej polityki kulturalnej, rozdzielających środki finansowe, było wyrzucenie starych i powołanie nowych zespołów eksperckich w MKiDN. Znaleźli się w nich m.in. Monika Małkowska i Zbigniew Maciej Dowgiałło. Skąd tam się wzięła Małkowska, wiadomo: za wykrycie mafii, która rządzi polską sztuką współczesną, z czym minister się zgodził, odpowiadając w Sejmie na interpelację i przyznając, że „mafia najprawdopodobniej funkcjonuje” i obiecał wdrożenie odpowiednich ozdrowieńczych działań. Co do Dowgiałły, sprawa jest bardziej skomplikowana: autor głośnego obrazu Smoleńsk (pisaliśmy o tym, patrz / Sztuka pro kontra/ Biznes Smoleńsk/25.04.2012.), nazywa zwyczajnie swe dzieło arcydziełem. Wolno mu. Startował bezskutecznie z list PIS do Rady dzielnicy Ochota w Warszawie pod hasłami m.in. „Wielka, wspaniała, uczciwa Warszawa” i „Zaprzestania finansowania lewackich i antypolskich organizacji oraz teatrów i galerii promujących satanizm”. A na Twitterze precyzuje: „Atak czerwonych szczurów, bolszewickich pomiotów, zdrajców Ojczyzny na Polskę (trwa przyp. m.)”. „Wściekła napaść zdrajców Polski i lewackich, ubeckich gnid na mój obraz Smoleńsk, świadczy tylko o wielkości tego arcydzieła malarstwa”.
Wicepremier i minister Piotr Gliński, po wyznaniu swej wielkiej admiracji do twórczości Edwarda Dwurnika, powinien więc czym prędzej, wręcz natychmiast, powołać go i dołączyć do Dowgiałły i Małkowskiej! Ale jednak, jak dotąd, tego nie robi. Dlaczego? Przecież czas nagli, a szkody czynione sztuce polskiej pogłębiają się! Jednak zbyt śmiałe domysły powodów kunktatorstwa ministra i interpretacje tego faktu, mogą prowadzić na manowce. Na razie na pewno nie wiemy nic.
Dwurnik jest wybitnym malarzem, uważam tak nie od dziś, co łatwo mogę udowodnić. Czy to oznacza, że mam taki sam gust jak minister Gliński? Horror! Przypomnę, że Aleksander i Jolanta Kwaśniewscy byli jeszcze większymi wielbicielami obrazów Dwurnika, przyozdabiając nimi Pałac Prezydencki (i wyrzuconymi stamtąd, w ramach dobrej zmiany, na zbity pysk). Czy byli i są tą samą orientacją co minister Gliński i ja? Wesołe!
Mainstream polskiej sztuki (nie powiem salon) na hasło Dwurnik zatyka nos. Czy to oznacza, że jest wyższą kategorią, sortem? Śmieszne! Czy są wśród nich nawiedzone ciotki, hochsztaplerzy i różne wykreowane miernoty? Oczywiście (służę nazwiskami ), ale to o niczym nie stanowi.
Dwurnik jest przekonany, że jest najlepszym polskim malarzem. Bezkonkurencyjnym. Znów, wolno mu!
Jest kapryśny i arogancki, megalomański, przewrotny i nielojalny wobec przyjaciół, lży i poniewiera ,gdzie może, swych kolegów artystów, często uznanych i wartościowych. Zmyśla i kłamie, gdy mu się wydaje, że przyniesie mu to korzyść. Jest snobem. Potrafi namalować portret swego (jak mniemam) idola, Andrzeja Wajdy z siedzącymi mu na kolanach Beatą Tyszkiewicz i Krystyną Zachwatowicz, z wypuszczonym ze spodni penisem, sprzedać obraz do Słupska i cieszyć się jak dziecko, że zreprodukowano go w dużym nakładzie kalendarzy.
Dwurnik jest bogaty. Potrafi o swych porschach, mercedesach, willach, gadać godzinami. Namalował tysiące obrazów, dziesiątki tysięcy rysunków. Jest p r a c o h o l i k i e m, tytanem pracy, jedynie to bezspornie da się o nim powiedzieć. Wszystko reszta to magma, którą się sam z lubością otacza.
W jednym z niezliczonych wywiadów, których udzielił, raz tylko, mimochodem, wymienia Picassa. Gdyby nie był głuptasem, trzymałby się tego porównania Picassa z własną twórczością stale i za wszelką cenę! Wyłącznie z nim by „się ścigał” i kolegował, jedynie jego towarzystwo uznawał, bo ma na to autentyczne „papiery”! A tak? Nurza się tylko w bezrozumnej logorei.
Jest słynny, popularny, najlepiej sprzedający się na aukcjach (co boli tak wielu) , chce otwarcie być celebrytą (oto ideał!). Może imponować i imponuje. Nie dziwię się, że minister Gliński mógłby się z nim zaprzyjaźnić. Z najlepszym żyjącym polskim malarzem? Czemu nie. Ale to jednak, mimo wszystko, coś innego niż Dwurnik jako urzędnik ministra, siedzący w komisji rozdzielającej środki, realizujący nową, narodową do trzewi, politykę kulturalną państwa. Wzorotwórczy? Jednak, coś tu zgrzyta.
Jest dla mnie charakterystyczne, gdy Dwurnik mimo całej swojej fanfaronady, niejednokrotnie odwołuje się do opinii o swej robocie wyrażonej przez Józefa Czapskiego , że maluje „smołą i atramentem”, a Eugeniusza Eibischa, że „drutuje” swoje rysunki. Świadczy to o tym, że pod maską błazna Dwurnik czuje i rozumie głęboko, tylko on, czym różni się farba od koloru, co dla zwykłego śmiertelnika jest niedostępne. Jak to pokazać na obrazie, uwiecznić wrażliwość w rysunku? Widać, że on się z tymi problemami zmaga, że one go zajmują poważnie, w przeciwieństwie do głupot, które tylko gada, plecie i gada. Niestety, taki to umysł i charakter, po prostu.

Póki co, wyobrażam sobie taką scenę, gdy nasz Mistrz (nie zaprzecza, że jest mistrzem) wizytujący swego ministra-przyjaciela w Pałacu Potockich przy Krakowskim Przedmieściu, (który – mówiąc nawiasem – gdyby chciał, mógłby sobie kupić) rozparty w fotelu rzuca od niechcenia: – Wiesz Piotrze, tu w salonie, za twoimi plecami, musi zawisnąć mój świetny obraz „Sześćdziesiąt masturbujących się kobiet na przystanku autobusowym”. I to bez dyskusji!
Andrzej Skoczylas
PS Właśnie przejrzałem dopiero co wydany wywiad rzekę Małgorzaty Czyńskiej (rocznik 1975) z Edwardem Dwurnikiem (rocznik 1943) pt. „Moje królestwo”. Może warto będzie do tej rozmowy wrócić? Zobaczymy. A.S.

