Duda wziął na wstrzymanie?

Pewnie, że nie! Najwyżej do końca tygodnie podpisze te wszystkie papiery, i to z własnej woli, bo się z prezesem generalnie zgadza we wszystkim!

No, ale są i tacy, którzy mają nadzieję…W ustach „najbardziej zagrożonych” prezenterów telewizji publicznej ( bo to głównie oni  denerwują nowy zaciąg) słychać po paru dniach bez decyzji coś w rodzaju aluzji, czy to ostatni raz, czy ostatni raz w tym roku, miesiącu, tygodniu itd. Że może nie wszystko stracone. Tylko dyrektor radiowej „jedynki” zaprzestał grania hymnu, widać został nieźle postraszony, także przez swoich „wiernych” współpracowników, którzy za wszelką cenę chcą zostać!

Ale trendy reprezentuje teraz posłanka Pawłowicz i jej trzeba słuchać, ona wali prosto z mostu i nikt z PIS-u jej nie zaprzecza. Z drugiej strony trwa medialny ostrzał w obronie zajętych pozycji. Czyje będzie na wierzchu? Wątpliwości nie mam.

Kot droczy się z myszą, to jego ulubione zajęcie! I dlatego Duda chwilowo „wypoczywa”, ale nie dłużej niż jeszcze parę dni. Na pewno nie będzie nowym „Mościckim”, jak sobie roi „GW”.”Nowi ” już stoją w drzwiach i przebierają nogami. Ciekawe, czy pojawi się tam jakiś Rejtan?

                                                                joanna s.

A jaka telewizja dla „gorszego sortu”?

Czytam, ze szefowie anten TVP złożyli wczoraj dymisje prezesowi- nie,nie Kaczyńskiemu, ale Daszczyńskiemu, który trwa i nie wiem na co, prócz wyp…czeka. Otwieram TVP 1, TVP 2 i Info i w miarę normalnie wygląda tam jedynie to, co idzie ” z konserwy”. Poza tym jakieś zamieszanie,rodzaj niepewności czy pewnej takiej nieśmiałości u prezenterów, dotąd bardzo pewnych siebie, rozbiegane oczy, albo ni stąd ni zowąd wzrok wbity w jakiś nieokreślony punkt, czasem nagłe, niespodziewane gesty nie tylko te wyuczone, zdarza się też ponadnaturalnie kamienny spokój. I cały czas ogromna samokontrola (czytaj:autocenzura) wypowiadanych słów. A dyrektor Radiowej Jedynki puszcza co godzinę hymn albo „Odę do radości”. Patriotyzm i bunt w jednym!

Tak wyglądają publiczne media na parę godzin przed tsunami.Bo – jak wiadomo – radio i telewizję za chwilę będzie się robić tylko dla patriotów, AK no i może kiboli w biało-czerwonych szalikach.

A co z nami, tym „gorszym sortem”? Przecież jest nas trochę, może nawet, sadząc po wyniku wyborów ( i ogromnej absencji!) trochę więcej niż tych prawdziwych patriotów, którzy stali zawsze po właściwej stronie?

Też nas wyrzucą (ale skąd i dokąd?), nie będzie dla nas ani radia ani telewizji publicznej,a pewnie na tym nie koniec. Chyba że się nawrócimy i to im szybciej tym lepiej?

                                                           joanna s.


Kaczyński się zdenerwował!

Jeszcze przedwczoraj wieczorem w wywiadzie dla „swojej” telewizji prezes był w świetnym nastroju i ,w niczym nie niepokojony przez „swoją” dziennikarkę, wdał się w dywagacje na temat narodowego charakteru Polaków.Swobodnie tokował o „genie zdrady narodowej historycznie obecnym wśród Polaków”,o „gorszym sorcie ludzi”. A także o tym, że jest przeciwny publikacji w Dzienniku Ustaw wyroku Trybunału Konstytucyjnego, uznającego, że wybór trzech sędziów przez sejm poprzedniej kadencji został dokonany prawidłowo i że powinni oni zostać zaprzysiężeni przez prezydenta.

Oczywiście był przekonany, że sobotnia manifestacja opozycji w obronie konstytucji i praw obywatelskich zwołana przez nikomu nieznany Komitet Obrony Demokracji nie zgromadzi więcej niż garstkę rozhisteryzowanych przez „GW”, Tomasza Lisa i TVN politycznych gapiów. 

Okazało się – przed czym nikt prezesa nie ostrzegł – że takich „wariatów” zebrało się kilkadziesiąt tysięcy, a manifestacja była spontaniczna, nienapastliwa, a często autentycznie pomysłowa i dowcipna! Niemal bezbłędnie dotychczas działająca maszynka propagandowa PIS zacięła się po raz pierwszy.

I wtedy – jak przypuszczam – Kaczyński zrozumiał, że przesadził, że jeszcze nie zwyciężył! I bardzo się zdenerwował, co było widać, słychać i czuć, gdy przemawiał  w czasie „swojego” pochodu!

I muszę mu przyznać, że – jak zwykle – miał rację!

                                                  joanna s.ł

Nie czas wołać – NIE WOLNO!

w odniesieniu do rozważań o wolnościach twórczych, swobodach, społecznej roli artysty itp. w sytuacji, gdy dosłownie każdy dzień i godzina przynosi nam wszystkim nowe, fundamentalne wyzwania. Gdy zagrożona jest KONSTYTUCJA! Gdy zagrożona jest DEMOKRACJA! 

Zdaję sobie sprawę z tego, jak naiwnie brzmi (i jak błyskawicznie zdezaktualizował się) w tym kontekście, poprzedni  wpis – czego to artyście nie wolno na deskach scenicznych, w przestrzeni publicznej, medialnej itp. Czymże są takie rozszczepiania na czworo  istoty tworzenia, poszukiwania nowych środków wyrazu, ryzyko błędu itd. wobec totalitarnego walca uruchomionego przez Jarosława Kaczyńskiego, Wodza i jego falangi, który może zmiażdżyć (i miażdży już!) na swej drodze wszystko.

Pozostają smutne, bo retoryczne pytania: jak to możliwe, że demokracja „nie rozczytała” swego śmiertelnego wroga, (który przez pięć lat negował ład konstytucyjny, instytucje państwa demokratycznego, jak urząd prezydenta), który jawnie kpił z porządku prawnego tegoż państwa i działał, mnożył kohorty? Jak to możliwe, że demokratyczne państwo  nie potrafiło przez ćwierćwiecze postawić tamy, dać odpór największemu swemu destruktorowi i szkodnikowi?  Odpowiedź, że na tym polega demokracja, jest wysoce niezadowalająca. Choćby dlatego, że może to być ostatnie pytanie o demokrację! I o sztukę zarazem – tak się składa. Bo tytuł tego bloga – Sztuka pro kontra – jako poświęcony racjom artystycznym, nie politycznym, straci sens.Chyba, że się mylę…

                                                                 Andrzej Skoczylas

NIE WOLNO!

   Zadzwoniła do mnie jakaś panienka z pewnej radiostacji z jednym- jak powiedziała- nieankietowym pytaniem: – Czy artyście wszystko wolno? Chodzi oczywiście o spektakl „Śmierć i dziewczyna” i o wrzawę, jaka wokół niego powstała. Zaskoczony, odpowiedziałem zgodnie ze swym przekonaniem NIE! Artyście nie wszystko wolno! Chyba że jest Nadczłowiekiem, ale to już inny porządek rzeczy. Dziewczę, wyraźnie zdziwione moją odpowiedzią, bo spodziewała się chyba zgoła przeciwnej, spytała: – dlaczego? Wykręciłem się ogólnikami i banałami o ograniczeniach i koniecznościach, o nieistnieniu pojęcia absolutnej wolności itp. i na tym rozmowa się skończyła.Wracam do przerwanej lektury Gombrowicza, w której się smakuję, do Dziennika 1957:

    „(…) – Niech wybiją sobie z głowy, (krytycy – przyp. m.) że jestem wrogiem międzyludzkości (form, które między ludźmi się ustalają). Ja muszę się buntować, bo to mnie deformuje, ale wiem, że to nieuniknione. Tak być powinno. (…) Fakt, iż według mnie ludzie nawzajem zmuszają się do podziwiania sztuki (choć nikt bezpośrednio nie jest nią tak bardzo zachwycony) bynajmniej w moich oczach nie przekreśla wartości sztuki. Tyle tylko, że ona działa inaczej niż myślimy. (…) Istnieją dwa porządki: ludzki i nieludzki.Świat jest absurdem i potwornością dla naszej nieziszczalnej potrzeby sensu, sprawiedliwości, miłości. Nie róbcie ze mnie taniego demona. Ja będę po stronie porządku ludzkiego (i nawet po stronie Boga, choć nie wierzę) aż do końca moich dni; także umierając.”

   Nie ma kwestii, czy artyście wszystko wolno, w oderwaniu od tezy, pewnika, że artysty ograniczać, cenzurować, krępować nie wolno! Dopiero wszystko co mieści się między tymi wypracowywanymi na przestrzeni historii skrajnymi pojęciami, może być twórcze, bywać sztuką. Inaczej powstaje bezład – co  wspaniale i przenikliwie widzi Gombrowicz – a Słowo traci jakikolwiek sens. 

                                                                           Andrzej Skoczylas

JESTEM ZA

   Dzisiejsza „Gazeta Stołeczna” doniosła, że najbogatsza Polka, pani Grażyna Kulczyk, chce ufundować (sfinansować działkę i wzniesienie budowli przez wskazanych przez siebie światowej sławy architektów) Warszawie  Muzeum Sztuki Współczesnej i Performansu. Mieścić by się w nim miała jej imponująca kolekcja 600 dzieł, złożona bez wątpienia z najsłynniejszych nazwisk artystów polskich i z zagranicy. Ponoć rozmowy z miastem trwają i trzeba mieć nadzieje, że nie skończą się niesnaskami, jak w Poznaniu, gdzie strony odeszły od stołu wzajemnie sobą zniesmaczone. Warszawa powinna przyjąć dar pani Kulczyk z pocałowaniem ręki. Mielibyśmy szybko prawdziwą instytucję kultury wyższej, której jak na razie, o tym charakterze, nie możemy się w stolicy doczekać. A agitowanie i naciskanie na to, by w zaistniałą już, stałą instytucję, inwestować, polepszać jej zawartość, doskonalić, są przecież i możliwe i realne. Taką demokrację lubię i na taką wolność warto chuchać i dmuchać.

                                                         a.s.                            

   


Gdzie Zola, gdzie Szczerek?

Od długiego już czasu trwa u nas bezwzględna wojna tzw.mainstreamu z tzw.patriotami, czy – jak kto woli – niepokornymi, PO z PIS, skrajnej prawicy z nieco bardziej cywilizowaną, które  – jak wściekłe psy – walczą o to, kto będzie rządził i dzielił przez następne lata. Kto kogo boleśniej poniży, komu się uda skuteczniej postraszyć większość społeczeństwa, której oczywiście nie dopuszcza się do głosu. I wreszcie kto i w jaki sposób weźmie odwet po zwycięstwie!

W tej zbiorowej histerii samozwańczych elit przydałby się ktoś, kto potrafiłby pokazać, co się kryje pod tymi „narracjami”, które mają się do realiów jak pięść do nosa! Takiego autorytetu nie ma u nas nikt…Ale zająć pozycję bezstronnego arbitra, który patrzy na to wszystko z góry, to pokusa nie do odparcia. I oto pojawił się kolejny polski Zola ( bo paru przed nim już próbowało), który zapragnął napisać tekst na jego miarę. Nazywa się Ziemowit Szczerek i jest zdolnym reporterem, chociaż mało kto go zna.

Czytając jego „J’accuse”, przecierałam sobie oczy ze zdziwienia. Oczywiście Szczerek nie zadał sobie pytania, co go predestynuje do publicznego oskarżania wszystkich biorących udział w tym zawstydzającym spektaklu sił politycznych – od lewa do prawa. 0 co? O klęskę Platformy, po której zapewne istniejące tylko teoretycznie państwo rozpadnie się do reszty, pozostawiając kamieni kupę wraz z dodatkami? Czy drapowałby się w szaty Katona, gdyby Platformie udało się wygrać?

Czy wynik wyborów , niezależnie od tego, kto co krzyczał i dlaczego, nie jest werdyktem demokracji, który trzeba szanować, a nie wynikiem oszustwa , którego ofiarami padły moherowe berety i inni nieprzystosowani ?

Jeśli PIS wygrał, to nie stało się tak z powodu, ale pomimo  koszmarnego jazgotu, który uprawiały obie strony! Reporter powinien chyba to wiedzieć.

Słowo – piękne czy ohydne – rzadko kiedy zmienia rzeczywistość. Jeśli Zoli udało się – odwagą i bezkompromisowością moralną – spowodować wstrząs  i odwrócić, na przekór przeważającej większości, w sytuacji wydawałoby się beznadziejnej ( Dreyfus był już skazany i zesłany na ciężkie roboty do Gujany francuskiej), nastroje społeczne, to wiadomo, dlaczego tak się stało.

Zola miał wielu naśladowców. Ale epigonom pomimo darcia szat  nie udało się nigdy i też wiadomo, dlaczego. Polecam szklankę wody na uspokojenie! 

                                                          joanna s.

Dziatlik/ Jatlick…

      w piątek w Szczecinie zmarł Andrzej Dziatlik.

      Wspaniały, w pełnym tego słowa znaczeniu, artysta – grafik, plakacista, karykaturzysta, satyryk, rysownik. Pasjonat, gawędziarz, chodzący własnymi drogami oryginał. Mój przyjaciel. Jeszcze w czasie studiów na warszawskiej ASP, w 1957 roku, wygrał ogólnopolski konkurs ( Wydawnictwa Artystyczno-Graficznego !) na plakat. I to jak wygrał; I nagroda, II nagroda i wyróżnienie!

      

      Odtąd zaczęła się jego stała obecność na łamach czasopism, od Szpilek przez Świat i dziesiątki innych (również w Australii, gdzie go zaniosło) po SZTUKĘ w której był był prawdziwym komentatorem rzeczywistości.    Cześć Ci Andrzeju!

                                                                      Andrzej Skoczylas

PS. Patrz blog Do filmowca…(21.11.2013). as

JURRY w Zderzaku

Otrzymałem elektroniczne zaproszenie z sieci (Zderzak do Zderzaka) na wernisaż wystawy JURREGO Zielińskiego. Postanowiłem skorzystać z tego specyficznego zaproszenia, by zobaczyć wystawę obrazów rekomendowaną przez znawcę i zasłużonego propagatora twórczości tragicznie zmarłego w 1980 r. JURREGO Jana Michalskiego. A także, może przede wszystkim, by „zauczestniczyć”, zobaczyć na własne oczy, jak wygląda rutynowy, choć zarazem nadzwyczajny, wernisaż w słynnym Zderzaku.

Wskoczyłem więc w pendolino, by za niecałe dwie i pół godziny znaleźć się w Krakowie. Przy okazji spotkałem w lux torpedzie grupę dawnych kolegów artystów (m.in. Mietka Wasilewskiego, Koji Kamoji) udających się do Manghi ,by urządzać tam wystawę, więc zaprosiłem ich wszystkich, w liczbie 5 osób, na wernisaż w Zderzaku (o czym nic nie wiedzieli), a czułem się uprawniony do zapraszania tą drogą, przecież równie dobrą jak ta, którą sam zostałem zaproszony. Okazało się to zresztą znaczące, bo przyzwyczajony jestem raczej do tłumnej obecności na wernisażach, zwłaszcza liczących się wydarzeń artystycznych, a zastałem przy Floriańskiej 3, w wieczór 16 września o godzinie 19, dziesięć osób. A więc moi koledzy, którzy w międzyczasie pilnie doszlusowali, radykalnie poprawili frekwencję, i to o 50%. A to jest chyba coś?

Udawałem się na wernisaż Jurrego, by porozmawiać o jego sztuce. Co prawda, pojęcie wernisaż wzięło się stąd, że autor, a więc artysta żyjący, nadawał swemu dziełu przed pójściem w świat ostatni połysk, pociągnięcie werniksem (że był to pretekst, od początku, do pociągnięcia zgoła czegoś innego i zwyczaj ten się bardzo zakorzenił przesłaniając pierwotny sens, to już inna sprawa). Co chciał pan Jan Michalski werniksować, doprawdy nie wiem, natomiast wiem, że obiecał pokazanie 17 obrazów Jurrego, a pokazał 10. Nie wiem też, jakie były powody odstępstwa od planów, musiały być ważne, nie zmieniło to chyba jednak nurtu wywodów kuratora wystawy, które nazwałbym, dość subiektywną interpretacją twórczości Jurrego (np z sięganiem po katechizm), ale oczywiście, jak najbardziej uprawnioną. Może można by było o tym dyskutować, ale widać nie miejsce i pora. Zmuszony natomiast jestem naruszyć nastrój odświętności i celebracji i zgłoszę swe zdanie odrębne w dwóch sprawach, bez względu na skutki:

   – obraz „Paradis”, mający dla ideologii wystawy w Zderzaku kluczowe znaczenie, przypisany został przez Jana Michalskiego (no bo przez kogo?), kuratora i autora cennej monografii JURRY POWRÓT ARTYSTY, jako namalowany w latach 70. Uważam, że datowanie jest błędne! Niemożliwe jest, by pierwociny malarskie, tak nazwę ten nieporadny pejzażyk, mógł być namalowany przez Jurrego po dyplomie u Cybisa w 1968, po triumfie środowiskowym wystawy w  grupy Neo Neo Neo w klubie na Oczki, po jego rosnącej legendzie artiste maudit. Wydaje mi się to po prostu niemożliwe! Natomiast obraz ten , dla nas magiczny, uzupełniony został i nabrał takiego znaczenia wtedy, gdy Jurry opatrzył go w kulfoniaste litery składające się na słowo P A R A D I S. I mogło to się zdarzyć tylko w latach 70.! Oczywiście nie wiem w którym roku i w jakich okolicznościach to się stało, dla mnie jest pewne, że obraz ten, faktycznie dziecinny obrazek z rodzinnych stron,uzupełniony  artystowskim gestem cygana „z samej Warszawy”, stał się kompilacją dwóch epok (co się w praktyce malarskiej zdarza, a w obyczajowości Jurrego mieści się jak najbardziej).

   – nie odpowiada prawdzie, jest nieuprawnionym uogólnieniem wypowiedziany na „wernisażu” pogląd Jana Michalskiego, że sztuka Jurrego w latach 70. była przemilczana, pomijana, sekowana, nieistniejąca. Faktem jest, że nie ma artysty, zwłaszcza tak przekornego i niepokornego jakim był Jurry, który byłby w pełni dowartościowany rezonansem swej twórczości, jej popularyzacją czy pełnym uznaniem. Tak już jest. Przypominam więc okładkę SZTUKI z 1975 r.

O czym świadczy reprodukowanie na okładce jedynego, ogólnopolskiego czasopisma artystycznego w kraju jakim była SZTUKA, (jakież to było wyróżnienie !) obrazu młodego, niekonwencjonalnego artysty? Jakie siły i wypadkowe tych sił musiały działać, bym mógł, ten właśnie obraz umieścić na okładce takiego czasopisma, w tamtym czasie, nie wie tylko dyletant lub człowiek złej woli. Ani o jedno ani o drugie nie posądzam Jana Michalskiego, przeciwnie, jego zasługi dla oddania sprawiedliwości i wielkości twórczości Jurrego są ogromne i niepodważalne, więc po co, pytam się po co, te tendencyjne, tandetne wtręty o szczególnym prześladowaniu czy zapoznaniu sztuki Jurrego, o dokuczliwościach i szykanach, których doznał w stopniu większym niż my wszyscy. Nawiasem mówiąc, wcale bym się nie zdziwił, choć tego nie sprawdzałem, że Muzeum Narodowe w Poznaniu dopiero po publikacji w SZTUCE obrazu GOŁĄBEK – KAMIKADZE, kupiło go do swych zbiorów. Tyle że jakieś fatum nad tym obrazem – Jan Michalski w swej fundamentalnej monografii Jurrego jedynie tego obrazu nie reprodukuje,  (a wydawałoby się, że najłatwiejszy do niego dostęp), zadowalając się tylko kronikarską notką. Dziwne…

O naszych związkach – Paradyż, Jurry i ja może jeszcze wspomnę kiedy indziej.

                                                                       Andrzej Skoczylas 


Libera się odkuł?

      Czytam  oto, że Zbigniew Libera przygotowuje na jesień nowy projekt artystyczny – odkurzenie magazynów warszawskiej Królikarni. Może to być  bardzo interesujące, jak prawie wszystko, co dotąd wyszło spod ręki tego, według mnie, najbardziej twórczego i ambitnego polskiego artysty. Równocześnie pod koniec lipca w Polityce ukazała się z nim rozmowa, w której- przyznaję- pomieścił wyznania, oceny i poglądy, które są ciekawe i dyskusyjne, a mnie po prostu zadziwiają, tak są niepodobne do jego wizerunku błyskotliwego obserwatora naszej sceny publicznej (nie tylko artystycznej), intelektualisty, bezkompromisowego nowatora i nonkonformisty.

                                                        

      Libera postanowił zostać reżyserem filmu fabularnego. W tym celu wstąpił i ukończył mistrzowską szkołę Andrzeja Wajdy, by z wszelkimi papierami i bez taryfy ulgowej zostać reżyserem pełnej fabuły pt „Walser”. Z tonu jego zwierzeń w Polityce wynika, że spełnił swoje marzenie, zaspokoił dokuczliwy widać brak dowartościowania,  które dał mu dopiero tytuł i status reżysera! Zdumiewające!

                                                          *

      Obserwuje się nie od dziś zjawisko, pisałem o już o tym na tych łamach, że czołowi artyści tzw. sztuk wizualnych, wręcz obowiązkowo rozszerzają swe wizytówki  o nowe obszary specjalizacji. Nie wystarcza już notacja (!); artysta malarz, rzeźbiarz, scenograf, grafik itd. Dodawać i mnożyć teraz trzeba o kolejne, najlepiej „wyższe” jak:- reżyser wizualizacji przestrzennej, filmowiec, kreator wizualny, eseista, poeta, scenopisarz fotografii, scenarzysta, kompozytor muzyk rapsodyczno-oratoryjny, twórca pantomimy scenograficznej, ruchu, tańca itp.itd. Do tych szczęśliwców kipiących wręcz wszystkimi talentami połączonymi w jeden, wszystko obezwładniający, dobił Libera. Dziwne.

                                                         *

      Twórca „Lego. Obozu koncentracyjnego z klocków lego”, „Obrzędów intymnych”, „Pozytywów”, „Urządzeń korekcyjnych”, „Jak tresuje się dziewczynki”, uznał, że nie wystarczają one do pełnej wypowiedzi, do upostaciowania hasła Libera. Bywa, zdarza się, nie on pierwszy i nie ostatni, wbrew- wydawałoby się- obiektywnemu, zewnętrznemu oglądowi, tkwi w urojeniach i obsesjach na temat swoich . Nie widziałem jeszcze „Walsera”, nie wiem, jak się go ogląda, pewne, że jest to fabuła. 117 minut filmu z początkiem, rozwinięciem, zakończeniem. Praca nad nim zajęła mu cztery lata. Niesamowite!

                                                         *

         Libera, nieoczekiwanie dla mnie, skarży się, wręcz chlipie w rękaw, że z jednej strony wyprzedził swój czas o jakieś dziesięć lat, z drugiej, nikt mu nie pomógł. Ale dlaczego miałby mu ktoś pomagać? Przecież wtedy, jako konwencjonalny artysta, nie wyprzedziłby czasu! Nie rozumiem tej skargi. ani tej logiki bystrego, i umiejącego dotąd zimno kalkulować artysty.

                                                         *

         Wreszcie pada kardynalne pytanie: – Kiedy pan się odkuł?               Otóż Zbigniew Libera, proszę państwa, odkuł się na wykładach na  Uniwersytecie Michigan w Ann Arbor. Przed nim wykładali tam m.in. Miłosz, Barańczak, Wałęsa, Kwaśniewski, Wodiczko. Za tym poszły propozycje wystaw, prowadzenia kursów dla studentów. „Spędziłem za oceanem trzy miesiące. Na koniec zwolniono mnie od płacenia podatku.Podczas gdy w Polsce odbiera się artystom możliwość odliczania 50 proc. kosztów uzyskania”. Takie to proste…

                                                                      Andrzej Skoczylas            

Oaza Nowego Miasta

             Niestety, nie wygrał Komorowski, jak liczyłem w poprzednim blogu. Przegrałem i ja, pogrążając się w stan wściekłości i prostracji zarazem, a to prowadzi do pomysłów niedorzecznych, jak emigracja (nie wewnętrzna), danie sobie ze wszystkim spokoju, tu na miejscu, w Kraju itp.

   Powlokłem się więc do mojej Komisji Wyborczej numer 9 przy ulicy Przyrynek, by przeczytać wyniki, i co widzę? Frekwencja powyżej 70% (w Polsce 55%). Głosowało 1137 osób (w I turze 1014). Oddano głosów: Bronisław Komorowski – 632 (w I turze 428), Andrzej Duda – 487 (w I turze 341). Wygrał Komorowski, z niecałymi 60% z Dudą, ponad 40%.

   Wnioski: – jesteśmy na Nowym Mieście enklawą, oazą. Cóż z tego, że w Polsce wygrywają Dudy, Kukizy, Korwiny i inne Palikoty. My tu, na Nowym Mieście, jesteśmy zwyczajnie mądrzejsi i rozsądniejsi niż ogół. To pocieszające.

Nie zawiodłem się licząc, że przyjdzie nas do urn więcej niż w I turze. I przyszło, 123 sąsiadów więcej! I że jesteśmy razem w dobrym towarzystwie. Dobre i to, bo możemy przeczekać gorsze dni w oazie. Mającej dobre, przyjemne strony, jak to oaza…

                                                      Andrzej Skoczylas