Nie zgadzam się

    z moją ulubioną żoną – Bronisław Komorowski wygra II turę wyborów i pozostanie prezydentem Rzeczypospolitej.

Zgadzam się, że prowadzi kiepską, a momentami fatalną kampanię wyborczą. Że wyraźnie ulega niewydarzonym, panikarskim podszeptom swego otoczenia, które podkopują jego image i naturalne walory.

Nie od dziś uważałem, że kampania wyborcza jest mu niepotrzebna, więcej, będzie działała na jego niekorzyść.  I że powinien jej unikać za wszelką cenę, oczywiście w granicach prawa i dobrego smaku. Ona jest potrzebna różnym nawiedzonym i podobnym pomyleńcom oraz kreaturom znikąd, ale nie jemu! Bronisław Komorowski przedstawił się już wszystkim wystarczająco wyraziście i bez żadnych niedomówień, podczas całej swojej pięcioletniej kadencji. I była to kadencja niezwykle udana (oczywiście w granicach niezbędnego tej funkcji realizmu) i oceniona została bardzo wysoko przez opinię publiczną. Ale… do momentu „wybuchu” kampanii wyborczej. Raptem wszystko zaczęło się sypać, pojawiły się jakieś bronkobusy, idiotyczne spoty z poparciem aż Andy Rottenberg itp. pyskówki na targowiskach et cet. A nie nastąpiło przecież jakieś przełomowe, globalne wydarzenie zmieniające odbiór społeczny prezydentury Komorowskiego i jej najwyższych notowań zaufania! Nie, zaczęła się natomiast młócka, wrzask, okładanie się tym czym popadnie. Ten obłędziarsko-kuriozalno-żenujący spektakl trwa już kilka miesięcy, a „zaproszony” do niego Prezydent musi być w nim ubabrany i ośmieszany. Zresztą, często na własne życzenie. Nie zasługuje na to.

Jestem człowiekiem lewicy i wstyd mi, że schodzi ona ze sceny w tak kompromitujący sposób, jak przez nominację w jej imieniu do prezydentury pani Ogórek. Nie wytrzymałem, nie mogłem – dałem swój głos    Bronisławowi Komorowskiemu. Człowiekowi, obcej mi przecież, formacji ideologiczno-politycznej. Dlatego, że w przedstawionej nam galerii kandydatur do najwyższego urzędu jest po prostu bezkonkurencyjny. Bije na głowę konkurentów klasą, powagą, formatem, sposobem piastowania urzędu. I najważniejsze, jest antykaczyński!

Dlaczego wygra Komorowski i ja na niego po raz drugi oddam głos? Dlatego, że jego elektorat uśpiony pewnością wygranej w pierwszej rundzie, teraz zmobilizuje się i pójdzie do urn w większej liczbie.

W mojej Komisji Wyborczej przy ulicy Przyrynek na warszawskim Nowym Mieście, wyniki I rundy były następujące: – frekwencja, prawie 70% (kart 1500, wydano 1014). Komorowski – 428. Duda – 341. Kukiz – 142. Korwin – 27. Ogórek – 15. Głosowali rozsądni, mądrzy ludzie. Wiedzą co im grozi, dlatego 24. pójdą ze swymi niegłosującymi sąsiadami do urn. Dlatego Bronisław Komorowski wygra.

                                                   Andrzej Skoczylas 

Komorowski musi przegrać!

On już przegrał. Widać to było po ogłoszeniu pierwszych, jeszcze nie rzeczywistych wyników. Załamany i rozbity czytał z kartki sztywniackie, przygotowane przez kogoś „wystąpienie”. Po niemrawym wieczorze wyborczym w sztabie PO chyba źle mu się chyba spało, skoro następnego dnia nagle zachwycił się „jowami” i referendami, o których dotychczas bynajmniej nie marzył. Ma już swój projekt „nowelizacji” konstytucji spreparowany pewnie w nocy, na łapu capu przez wybitnych „doradców”. Dla każdego było jasne, że chce natychmiast zaprezentować się jako „swój chłop” i kupić na pniu wyborców Kukiza…Francuzi nazwaliby to odwróceniem marynarki na lewą stronę, co nie jest komplementem dla polityka. W dodatku za późno o te parę lat!

Komorowski musi przegrać, bo udowodnił, że się na prezydenta po prostu nie nadaje!

W filmie „Wagabunda” Elvis Presley trafia na swoim szybkim motorze do pewnego zapyziałego amerykańskiego miasteczka i zastanawia się, jak spędzić tam choćby jeden wieczór. Rozpytuje mieszkańców, czy są tu jakieś ciekawe miejsca, rozrywki, dziewczyny i załamuje się: ta dziura to tylko przedszkole i wojsko!Tu w ogóle nie da się żyć!

To określenie „przedszkole i wojsko” doskonale pasuje do osoby i kadencji naszego kandydata, „murowanego zwycięzcy” , któremu wydawało się ( bo tak przekonywało go rozleniwione otoczenie) , że wygra w pierwszej turze. Przez pięć lat fundował nam umysłowe przedszkole (dzieci też na ogól nie znają obcych języków i polskiej ortografii i nie zajmują się strategicznymi rozważaniami), brylowanie na salonach w towarzystwie generalskich mundurów i marzenia o amerykańskich myśliwcach, czołgach i rakietach.

Mówiąc poważnie, mam mu do zarzucenia nie tylko immobilne i gnuśne trwanie, ale niewybaczalne błędy w tych dziedzinach, w których – zgodnie z konstytucją – ma wiele do powiedzenia.

Mamy zbroić się po zęby ( bo na to w budżecie pieniądze musiały się znaleźć, w odróżnieniu od bogobojnej „polityki rodzinnej”, która sprowadza się do ględźby), bo – oczywiście – grozi nam rychły najazd zezwierzęconych bolszewików z gwiazdami na czapkach i ponowne zniewolenie.

Sowieci nic a nic się nie zmienili od 1920 r. i nie ma o czym z nimi rozmawiać, bo oni chcą nas po prostu podbić i wchłonąć jak Krym.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o politykę zagraniczną. Jest – oczywiście – również polityka historyczna, która nakazuje nam celebrowanie ( w założeniu – na najwyższym światowym szczeblu) 70-lecie zwycięstwa w Polsce, na Westerplatte i bez Rosjan. Bo co oni do tego mają?

Komorowskiemu nie pomogą ani jowy, ani referenda, ani umizgi do przeciwników, ani Kwaśniewski, który właśnie go wsparł.

Szkoda, że trzeba czekać na to jeszcze dwa tygodnie…

                                                                                                       joanna s.

Jak malarz z malarzem

   19 marca br w Muzeum Sztuki Nowoczesnej Andrzej Wajda wygłosił wykład o malarstwie swego przyjaciela Andrzeja Wróblewskiego, którego wystawa RECTO/VERSO. 1948 – 1949  1956 – 1957 właśnie trwa. Na początek i na koniec swego wystąpienia – jak klamrę spinającą wszystko – odczytał tekst (przesłanie? kredo? testament) Wróblewskiego, który w całości przytaczam:

Mam twarde postanowienie.
Postanowienie.
Niewzruszoną powziąłem decyzję
wszystko inne mogę darować,zapomnieć
ale to – strzeżcie się. Przebrała się miarka.
Ostrzegałem. Nie chciałem grozić.Prosiłem.
Dawałem do zrozumienia: że każdy kto nie widzi we mnie Człowieka
może ściągnąć na siebie i na wszystkich
ogromne nieszczęście
że trzymam ukryty piorun
który zniszczy mnie ku ogromnej stracie ludzkości
Mówiłem – kochajcie mnie
Myślałem: drżyjcie przed moją ostateczną DECYZJĄ!
Już.
Teraz już koniec.
Przebrała się miarka.
Teraz już jestem człowiekiem stamtąd.
Wszyscy, którzy mi nie okazali serca, jesteście dla mnie niczym!
Żyję jeszcze, ale żyję już zdecydowany
i jestem teraz tylko pozornie tym czym byłem.
Nie dostrzegacie tego? Nie zmieniacie swoich zdawkowych
uśmiechów?
Czekacie aż moja Decyzja zużyje się w codzienności?
Dobrze. Jestem silny moją decyzją. Skoro ją powziąłem
nie ważny jest Dzień Jej Spełnienia
mogę teraz spokojnie lekceważyć was
mogę żyć udając – udawajmy, że nic się nie stało
odpowiada mi ta komedia. Owszem. Nie szkodzi
Jeszcze parę dni – miesięcy. Poczekam.

   Jest dla mnie wielce zagadkowe, dlaczego Mistrz Wajda, wybrał – jako motto swojego wykładu – ten właśnie tekst z całej spuścizny Wróblewskiego (co należy chyba rozumieć jako ważny, zasadniczy dla całej twórczości malarza). Nie mogłem tego pytania postawić na tłumnym spotkaniu w muzeum, ponieważ do tego służyć może tylko rozmowa a nie wygłaszane komunikaty, stawiam więc je teraz. 

   Andrzej Wajda jest wielkim admiratorem malarstwa Wróblewskiego. Wyraził pogląd, ze gdyby malarstwo Wróblewskiego było pokazane w odpowiednim czasie na Biennale w Wenecji, dziś byłby powszechnie znany i cieszyłby się sławą międzynarodowa jako wielki prekursor. Jego „Rozstrzelania” i „Matki” są niedościgłym przykładem nowatorstwa   formalnego w znaczeniu czysto malarskim, a równocześnie rozliczeniem się z traumą wojny, śmierci, sensu istnienia człowieka w warstwie filozoficznej. Sam Wajda uznał, potwierdzając to w licznych wcześniejszych wypowiedziach medialnych, że po zobaczeniu „Rozstrzelania VI”, dał sobie spokój z malarstwem, wiedząc nie byłby w stanie niczego lepszego stworzyć i dlatego wybrał film (w 1947 r). – Moje „Pokolenie”, „Kanał”, „Popiół i diament”, poruszają te same, w gruncie rzeczy, problemy co malarstwo Andrzeja Wróblewskiego, tyle że wyrażone innym, nie tak doskonałym językiem – stwierdził wielki reżyser z równie wielką emfazą.

   Nie sposób odnieść się do wszystkich wątków wywodu Andrzeja Wajdy, zwłaszcza do swoistej „polityki historycznej jaką uprawia. Robi to zapewne dla wyjaśnienia motywów, racji przyświecających pokoleniu Wróblewskiego, zgłaszającemu masowy akces do nowej rzeczywistości politycznej, co jest bezspornym faktem, a Wróblewski jego symbolem. Są one, jak wiadomo, bardzo złożone i najczęściej nierozstrzygalne. Takie jak entuzjazm i pesymizm Wróblewskiego, jego uczestnictwo, agitatorstwo i zarazem wyobcowanie, samotność, obsesje samobójcze. A przecież wbrew temu co w ramach wspomnianej „polityki” powiedział sam Wajda, poza opresyjnością i stalinizmowi w kulturze, twórczość Wróblewskiego i on sam, nie podlegała jakimś szczególnym, w niego tylko skierowanym represjom (brał udział w wystawach, nielicznych, ale jednak, niemal stale publikował w prasie codziennej i branżowej, do tego wyjazdy zagraniczne, praca dydaktyczna na uczelni w ramach pomocy stypendialnej, a nawet odznaczenia, jak Srebrny Krzyż Zasługi), nie żył też w nędzy i zapuszczeniu. Przeciwnie.

   Jego konflikt ze światem – zakończony śmiercią w niejasnych do dziś okolicznościach 68 lat temu (23 marca) – mógł mieć charakter osobowościowy. Nie wynikał (choć mógł też w jakimś stopniu) ze środowiskowych swarów, intryg, zwalczających się koterii i całego towarzyszącego mu błota. Raczej – jak sądzę – brał się z rozterek duchowych, rozbudzonej bezkreśnie jaźni i samoświadomości, z którymi nie chciał sobie poradzić.   

   Wracając do pytania, dlaczego Andrzej Wajda odwołał się do tekstu „Postanowienie”, odpowiedzi oczywiście brak. Zamiast niej, moje wrażenie jest takie:

– poza zilustrowaniem, złego stanu psychicznego autora, o czym wiemy „od zawsze”, nic z niego nie wynika, jest on jedynie śladem artysty…

– traktować go dosłownie nie sposób, ponieważ jest miejscami, ostentacyjnie wręcz autoironiczny. Z tego też powodu trudno mówić np. o jego profetyzmie, przesłaniu do potomnych itp.

– literackich walorów (wiersz?), oryginalności, też trudno się w nim dopatrzyć, chyba że potraktować całość jako dosyć smutną sztubacką zgrywę, ale wtedy…nie do śmiechu nikomu i nigdzie.

   Więc może właśnie z tego powodu Mistrz Wajda, na ten tekst zwrócił uwagę, wydobył i przywołał. Bardzo być może – jak mówią besserwiserzy.

   Andrzej Wajda cały swój wykład o malarstwie Andrzeja Wróblewskiego, wypreparował z chronologii historycznej, tak wydawałoby się nieodzownej przy analizowaniu dzieła sztuki. Może zrobił to celowo? Jeśli tak, to dzieła, arcydzieła Wróblewskiego – jak chcą niektórzy – nadają się jak żadne inne, do ponadczasowego rozpatrywania ze względu na swoją wielkość. Z tym się zgadzam.

                                                                  Andrzej Skoczylas                                                                              

Co Alicja odkryła…

Po drugiej stronie lustra, pod takim tytułem profesor Maria Poprzęcka poddaje wiwisekcji (Magazyn Świąteczny GW, 1.03. 2015) wystawę Andrzeja Wróblewskiego Recto/verso w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. 

W dużym artykule, liczącym ca 3000 słów, ma do powiedzenia o malarstwie Wróblewskiego w gruncie rzeczy to, że malował większość swych cennych obrazów po zewnętrznej stronie płótna oraz na jego odwrocie, po wewnętrznej stronie, „do ściany”, jak się mówi. Oraz to, że niektóre ze swych obrazów dzielił, przecinał na pół i robił z nich dwa. Anegdotyczne „rewelacje” i odkrycia, że brało się to z biedy, pani profesor z wyżyn i dostojeństwa swego warsztatu badacza objaśnia jeszcze, że były to „czasy donaszania ubrań z demobilu”.

Wiem, że to niezmiernie trudne rozpoznać i uzasadnić, dlaczego malarstwo Wróblewskiego było wielkie, wybitne, ale zarazem pokrętne i chybione w poszczególnych przypadkach. I dlaczego jego obrazy są prekursorskie, a mimo wpływu wielkich poprzedników oryginalne i przetrwały próbę (próby) czasu, budząc żywy odbiór do dziś. Jednak żeby podjąć się próby odpowiedzi na takie pytania, nie mówiąc już o ich sensowności, trzeba się na malarstwie znać! Gdy tej wiedzy brak, pozostaje międlenie słów, sadzenie banałów i oczywistości wypełniających miejsce na papierze. Oraz pretensjonalne bawienie się w Alicję z krainie czarów, z którą pani profesor, w jej mniemaniu, tak do twarzy, a która to metafora do dzieła Wróblewskiego pasuje jak pięść do nosa.

Nie ukrywam, że profesor Maria Poprzęcka nie jest dla mnie – delikatnie mówiąc – żadnym autorytetem w dziedzinie malarstwa. Uzasadniłem to w swoim czasie podkreślając jej rolę jako promotora i recenzenta wewnętrznego osławionego dzieła „Sztuka w Polsce 1945 – 2005” swej pupilki, hucpiary Andy Rottenberg (dla obu „wybitnych specjalistek” Józef Pankiewicz czy Zbigniew Pronaszko, kapiści czy koloryści to wszystko jedno!). Ta kompromitacja wystarczyła, żeby niesprzedany nakład poszedł na przemiał!

A po drugiej stronie lustra, szanowna Pani Profesor, zgodnie z figlami Lewisa Carolla, Alicja spotkała Humpty Dumpty. Czy o to szło? Jeśli tak, to gratuluję…smaku…

                                                Andrzej Skoczylas

  

Jacek Werbanowski 1953 – 2015

         W niedzielę zmarł Jacek Werbanowski

 

       

Portrety SZTUKI                                                 Edward Dwurnik 1987r.

         Był człowiekiem,  który zostawił po sobie wielki żal. Za tym czego jeszcze mógł dokonać, a los mu przerwał. Za tym, ile jeszcze mógł dokonać dla dziesiątków młodych artystów, dla ukochanego polskiego malarstwa, a nie udało się.. Był niezrównany w delikatności, czułości, z jaką poruszał się w sztuce współczesnej. Był dobrym, szlachetnym człowiekiem, nie znał złości do drugiego, co u nas graniczy z niemożliwym, a jednak taki był. Żegnaj Jacku. 

                                                                                                 Andrzej Skoczylas

                                                                                                                                                             

 

Durczok i inni „w pakiecie”

Na stół wyłożono pakiet: TVN i jej długi oraz jej „gwiazdy” i wszyscy inni. Można to kupić, ale za ile?

Oczywiście, za tyle, ile da najbardziej zainteresowany. Ostatnia tabloidowa „afera”, której bohaterem jest szef Faktów Kamil Durczok z pewnością wpłynie na ostateczną cenę.

Sam Durczok nie zachowuje się jak osoba całkowicie niezaangażowana w zarzucane mu przestępstwa:molestowanie koleżanek z pracy i „aferę narkotykową”.

Gdyby to było pomówienie, to skąd ten płaczliwy ton w wywiadzie z Dominiką Wielowieyska? Osoba niczemu niewinna zachowuje się zupełnie inaczej, nie „marzy o tym, żeby jeszcze raz poprowadzić Fakty”, nie mazgai się, ale występuje z otwartą przyłbicą i od razu skarży oszczerców do sądu !

Durczok nie poprowadzi już Faktów i nie wiem, czy Fakty ten skandal przetrwają. Nie chciałabym być w skórze pracowników TVN, którzy może dopiero teraz przekonali się, jak wyglądają prawa rynku, którego są częścią.

Niektórzy robią nadal dobrą minę do złej gry, ale myślę, że nie wszyscy są ofiarami wykonywanego przez siebie piaru i autoreklamy…

                                                       joanna s.



Co tak rozjuszyło Dawida Warszawskiego?

On jest w ogóle nerwowy i porywczy, ale tym razem przeszedł chyba samego siebie. W sobotnio-niedzielnej :GW” rzucił się na pisarkę Annę Janko, która w wywiadzie opublikowanym w „GW” tydzień wcześniej, „postulowała , by polski antysemityzm czasu II wojny światowej rozpatrywać w kontekście niemieckiego antysemityzmu ( i innych)…łącznie z żydowskim antysemityzmem, na przykład tym, co w Ameryce nie chciał przyjąć swojej biedoty z Europy”. Zaczął na Annę Janko okropnie krzyczeć, że to jakaś monstrualna niedorzeczność! Szturchnął nawet przeprowadzającą wywiad Donatę Subbotko, że na to bezeceństwo nie zareagowała!

Nie będę oczywiście podawać w wątpliwość szlachetnych działań Jointu. Chociaż i tutaj warto przypomnieć, jak trudno było Żydom z okupowanej Europy przedostać się do Stanów Zjednoczonych, jak długo odmawiano wizy Hannie Arendt, ilu niemieckich Żydów, nie doczekawszy się pomocy popełniło samobójstwo (Walter Benjamin), ilu francuskich Żydów starających się o wyjazd ma daty śmierci 1941, 1942 (Chaim Soutine, Louis Marcoussis). To osoby należące przecież do elity swoich krajów.

Nie znam żadnego przykładu emigracji z Polski do Stanów kogoś z żydowskiej biedoty, która stanowiła przytłaczająca większość  polskich gmin żydowskich przed wojną. Oni nie dostawali pomocy z Jointu.

Niestety…Ani supliki Jana Karskiego ani samobójstwo Szmula Zygielbojma nie uzmysłowiło prezydentowi Rooseveltowi i zachodnim aliantom, że na ziemiach polskich Żydzi umierają z głodu i chorób w gettach, że są wywożeni masowo do obozów śmierci. O Holocauście nie wspominano na żadnej ze słynnych konferencji – ani w Teheranie, ani w Jałcie ani w Poczdamie. 

Pomoc humanitarna Jointu nie zmieniła okrutnego faktu, że na ziemiach polskich wymordowano w najbardziej bestialski sposób miliony Żydów polskich i europejskich.

Nikt nie rozgrzeszy tych Polaków, którzy pomagali nazistom.

Ale Warszawski rozdaje dalej ciosy na oślep. Wyjątkowo obrzydliwe jest wymienianie wśród antysemitów Karola Marksa, który wyrzekł się wiary przodków, był ateistą  i nazwał  religię „opium dla ludu”, ale nie napisał żadnego tekstu , który – zgodnie z definicją Warszawskiego – można by określić jako przejaw żydowskiej ideologii nawołującej do nienawiści wobec Żydów! Dawno nie czytałam tak absurdalnego oskarżenia!

A co ma z tym wszystkim wspólnego „antypolonizm” Feliksa Dzierżyńskiego?

Nie rozumiem. Podobnie jak końcowego okrzyku, że Anna Janko – jeśli traktować ją poważnie – wybiela polski, a przy okazji i niemiecki antysemityzm, no bo skoro sami Żydzi też…

Przydałaby się szklanka zimnej wody na otrzeźwienie…

                                                  joanna s.



  


Panie Prezydencie Rzeczypospolitej, to nic nie kosztuje!

a tyle znaczy… Takim jednym, symbolicznym, niezwykle ważnym (pod warunkiem, że wyegzekwowanym!) pociągnięciem, przechodzi się do historii! Czemu miałby Pan z tego zrezygnować?

Mamy w Polsce niemal tysiąc muzeów, w tym 519 muzeów artystycznych, zarządzanych przez ministerstwo kultury i dziedzictwa narodowego. Od zamków, pałaców, rezydencji, muzeów narodowych, regionalnych, przez galerie narodowe i centra sztuki współczesnej, muzea historyczne , naukowe i techniczne do muzeów bursztynu i kolejek wąskotorowych itp. Niemal każda z tych dotowanych z budżetu placówek oferuje zwiedzającym wstęp wolny któregoś dnia w tygodniu (wyjątkami są, niestety, Centrum Nauki Kopernik i Muzeum Historii Żydów Polskich): we wtorek, środę, czwartek, piątek , sobotę lub niedzielę, bo w poniedziałek są zamknięte. W efekcie nikt nie wie na pewno, kiedy  i gdzie wizyta jest dla wszystkich BEZPŁATNA!

Chodzi po prostu o to, by ustanowić we wszystkich polskich muzeach JEDEN i ten sam dzień WOLNEGO WSTĘPU.

Ideałem byłaby NIEDZIELA, kiedy rodzina może mieć trochę czasu dla siebie. Wszystkim byłoby wiadome, że tego dnia, by wejść do jakiegokolwiek muzeum w kraju, nie trzeba sięgać do portfela!

Taką decyzję może podjąć i wyegzekwować tylko Pan, Panie Prezydencie, ponieważ – jak się okazuje – żaden z licznych organów założycielskich placówek muzealnych, dotowanych z pieniędzy podatników, nie okazał się od 1945 r. zdolny do uporządkowania tego „problemu” u siebie, nie wspominając już o jakiejkolwiek koordynacji z partnerami.

 W cywilizowanym świecie, już od czasów Rewolucji Francuskiej, kiedy otwarto dla ludu Luwr, uznano za oczywistość, że dostęp do dóbr kultury jak najszerszych mas obywateli należy do pierwszych, strategicznych celów nowoczesnego państwa. Bez tej legitymacji, w naszym przypadku popartej Konstytucją, której jest Pan strażnikiem, potwierdzanej codzienną praktyką i rzeczowymi dowodami, nie ma mowy o równości szans w edukacji i kulturze, o polityce kulturalnej, czyli wiarygodności naszego demokratycznego państwa.

Ta polityka  (w gruncie rzeczy mizerna i zdawkowa), jest i tak u nas stale, od lat, zawężana! Patrz: horrendalnie wysokie, jak na stan zamożności społeczeństwa, ceny biletów wstępu do muzeów (około 100 zł od rodziny). Tak nie może dłużej być!

To przecież państwo – nakładając lub tolerując nakładanie takich haraczy na obywateli – zamyka mniej zamożnym i nieuprzywilejowanym możliwości awansu cywilizacyjnego, skazując ich na trwałe upośledzenie i wykluczenie.To nie minister kultury – i tym bardziej nie Pan – ustala ceny biletów do dotowanych przybytków kultury i sztuki, które wykluczają całe warstwy społeczeństwa z uczestnictwa w kulturze. Państwo, czyli też Pan, Panie Prezydencie, ma jednak w ręku oręż, by te hordy pseudomenedżerów, marketingowców kultury i podobnych cudotwórców i innych balcerowiczowskich „specjalistów”, którzy to powodują, utrzymać w ryzach. Bo przecież to samo państwo jest najczęściej ich mecenasem, donatorem, pracodawcą, a często także twórcą ich karier! Z tego samego budżetu uprzednio ich przecież wyszkolono, nadano im rangę i pozycję. W zamian można chyba czegoś oczekiwać, tyle że trzeba chcieć i umieć formułować cele. I nie dziwić się, że mianowany dyrektor muzeum czy innej narodowej galerii, staje się lub czuje kimś w rodzaju właściciela spółki, w której on sam decyduje o wszystkim. Albo albo.

Wiele zła można wytknąć rzeczywistości Polski Ludowej. I to się robi wciąż, stale, do upojenia, by już nie używać dosadniejszych, sformułowań. Równie dużo można przytaczać prawd o wynaturzeniach, gwałtach i opresyjności w całej ówczesnej sferze kultury – nadbudowy – jak w tamtej nomenklaturze nazywano obszar twórczości i idei. Najradykalniejszy jednak oskarżyciel i tropiciel zwyrodnień PRL-owskiej „komuny”, przyznać musi (i – co ciekawe – przyznaje), że w całej naszej historii nie było tak powszechnego i masowego dostępu do edukacji, dziedzictwa narodowego, uczestnictwa w kulturze, przybliżania kolejnym pokoleniom twórczości artystycznej, także najwyższego lotu (vide: konkursy chopinowskie) jak wówczas. Nigdy i nigdzie polska kultura i sztuka we wszystkich swoich przejawach nie wydała tak wspaniałych dzieł i twórców, jak wtedy. Jest z czego brać wzory.

Święty”, szczególny dzień w całej Polsce (zresztą zasada ta jest strzeżona jak źrenica oka w cywilizowanych krajach Zachodu), dzień wolnego wstępu do muzeów, ma wymiar fundamentalny i symboliczny zarazem. Trudno o bardziej wyrazisty znak intencji państwa w sferze kultury, u nas niemal całkowicie zaprzepaszczony. Niech zilustruje ten klimat konkretny przykład:

– najpiękniejszy szlak spacerowy w Polsce wzdłuż podnóża Zamku Królewskiego w Warszawie, obok perełki odnowionych Arkad Kubickiego, jest stale brutalnie zamykany przed publicznością lub łaskawie, z kaprysu  udostępniany plebsowi przez możnowładców. I nieważne, czy są to decyzje jaśnie oświeconego mgr dr hab. dyrektora Zamku czy też cudownego menago, „mającego głowę po środku i wiedzącego jak się robi pieniądze na kulturze”. Efekt jest ten sam co przy biletach – upodlenie, wykluczenie, degradacja.

Panie Prezydencie, nie jest Pan od tego by zarządzać, uzdrawiać, poprawiać. Tym bardziej nie od tego, by wyręczać urzędników i administrację. Uczyć dyrektorów zamków, odbudowanych z publicznych środków, co to znaczy humanizm i dobro wspólne. Ale powinien Pan chyba uczynić gest, dać impuls do zmiany w dobrym kierunku!

                                   Joanna i Andrzej Skoczylasowie

                                                                            

Lewicowe sieroty się skarżą!

Tak się złożyło, że ostatnio bardzo często natrafiam na osieroconych przez postsolidarnościową władzę lewicowców (?). Często byli to w przeszłości działacze, a nawet liderzy b.Solidarności, którym bardzo nie podoba się to, co zdarzyło się w Polsce po 1989 r., a w szczególności punkt dojścia, czyli to, co mamy dziś.

Pierwszy był sam Lech Wałęsa ( nie o takie Polske), potem Zbigniew Bujak („Przepraszam za „Solidarność”)i Karol Modzelewski, a potem bardzo liczni przeciwnicy „reform” Leszka Balcerowicza, którzy już się nie hamowali (Andrzej Lepper, Piotr Ikonowicz) i nazywali rządzących „złodziejami”, niezależnie od ich przynależności partyjnej, orientacji politycznej i wspólnej kombatanckiej przeszłości. Nagle okazało się, że oprócz tego, który „musiał odejść” i w końcu odszedł, a raczej został przez wyborców wykopany,ale nadal mądrzy się w swoim stylu (i prawdopodobnie będzie teraz „leczył” Ukrainę – Poroszenko drżyj!), są także inni ekonomiści, rojący coś o „społecznej gospodarce rynkowej”. Żaden z nich istotnej roli nie odegrał wtedy, kiedy można było transformować inaczej, sprawiedliwiej, nie wydzierając sobie z rąk, tego co było do podziału. Bo faktycznie niemal wszystko zostało pozamiatane w pierwszym, nieprzytomnym zachłyśnięciu się solidarnościowym triumfem, któremu nie ulegli, oczywiście, najwięksi cwaniacy, niekoniecznie z „Solidarności”. Oni wiedzieli, że „czarna dziura”i pełna ruina gospodarki to mit, ale – oczywiście dla niepoznaki trzeba go powtarzać. Właśnie dlatego,że było na czym się uwłaszczyć (tyle że po cichu), mimo srogiej miny reformatora Balcerowicza. Ci inni, „społecznie wrażliwi” postsolidarnościowi reformatorzy odezwali się dopiero wtedy, kiedy nie było już co zbierać, bo w posiadaniu skarbu państwa zostały niemal wyłącznie przedsiębiorstwa chronicznie deficytowe, do których trzeba stale dopłacać z budżetu ( spółki węglowe, LOT itd.).

A najbardziej „sprawiedliwy” wśród rządzących – Jacek Kuroń był  Balcerowiczem zafascynowany i bez żadnych oporów osładzał jego „niewidzialną rękę” serwując zupę dla bezrobotnych i bezdomnych na Rynku Starego Miasta w Warszawie.

W ekspresowym tempie miała powstać klasa średnia -ludzie młodzi, nowi, pełni entuzjazmu, za wszelką cenę pragnący wykorzystać niczym nieograniczoną wolność, oferowaną im przez neoliberalny system. Oni mieli budować tę nową rzeczywistość., jak niegdyś zetempowcy. Dziś są ofiarami tamtej propagandowej bańki i własnej naiwności, zostali niewolnikami swoich szefów i 30-letnich kredytów mieszkaniowych, zaciąganych w korporacjach bankowych, którym chodziło tylko o własne zyski.

Chronologicznie ostatnimi wśród skarżących się okazali się, jak zwykle, intelektualiści, którzy obudzili się dopiero wtedy, gdy wolnorynkowe zasady dotknęły także ich uczelni. Nagle (Marcin Król i inni) dostrzegli jakieś ogromne nierówności społeczne, dyskryminację, wykluczenie. Na serio przestraszyli się, że są temu winni, że będą wisieć na latarniach!

Sieroty po lewicowej solidarności cierpią także w dziedzinie kultury i sztuki. Też są ofiarami wykluczonymi z życia artystycznego, bo do gry weszło nowe pokolenie i odsunęło ich i ich bohaterskie związki twórcze na margines. Organizatorzy wystaw w kościołach w stanie wojennym (prof.Piotr Piotrowski) nie rozumieją dziś po co im to było, skoro ich niegdysiejsi sprzymierzeńcy postawili nie na artystyczną awangardę, ale niemal wyłącznie na figury święte i najświętszą wśród nich  – polskiego papieża. Pamiętam występy poznańskiego Teatru 8 Dnia w zrujnowanym jeszcze wówczas kościele przy ul.Żytniej. Diva spektaklu autorstwa Zbigniewa Herberta – Ewa  Wójciak w wolnej RP została zmieszana z błotem i musiała pożegnać się ze swoją sceną

Kac jest wielki. Ostatnio słyszę jednak, że ćwierć wieku po upadku totalitarnego ustroju, kiedy postkomunistyczne SLD goni resztkami sił, jest szansa na powstanie nowej lewicy. To nie  będzie proste, bo na razie nie widać śladu lewicowego programu a tylko mniej lub bardziej niepoważnych kandydatów na przywódców z Anna Grodzką i Magdaleną Ogórek na czele, a w przedpokoju czekają jeszcze Piotr Duda, Ryszard Kalisz, Piotr Ikonowicz nie wspominając już o środowisku „Krytyki Politycznej” i LGBT. A może do lewicy przystąpi jeszcze raz Janusz Palikot? niewykluczone!To się dopiero zakotłuje!

                                                        joanna s.   

Centrum Sztuki Współczesnej nie jest Charlie Hebdo!

Nowa dyrekcja warszawskiego CSW zorganizowała konferencję (?) prasową, na której nie przewidziała zadawania jej jakichkolwiek pytań. Ciekawe otwarcie!

Działo się to w ub.tygodniu, kiedy to rozstrzelano redakcję Charlie Hebdo, a milionowy tłum w Paryżu manifestował solidarność z redakcją i jej wybitnymi rysownikami z kolorowymi kredkami w rękach. Chyba to jakoś dotyczy sztuk wizualnych, które i u nas są symbolicznym obiektem represji ( co prawda nie ze strony terrorystów islamskich i na szczęście niekrwawych )…Nowa, młoda i prężna dyrekcja CSW w ogóle tego nic nieznaczącego faktu nie zauważyła i wyrecytowała swój, całkowicie oderwany od realiów program,który mógłby być. zrealizowany równie dobrze w każdej innej publicznej instytucji artystycznej zajmującej się -w Warszawie i poza nią- sztuką współczesną.

I rzeczywiście! Mimo dumnego tytułu „CSW zmienia się”, ten program niczym nie różni się od poprzednich, jeszcze za długoletniego szefostwa Wojciecha Krukowskiego, a jest o wiele nudniejszy od tego, co proponował jego epizodyczny następca Fabio Cavallucci (o którym w ogóle nowi, prężni liderzy nie wspomnieli).

To jeszcze jedna z tych wspaniałych tradycji III RP, że nie mówi się o tych, których potraktowano źle i niesprawiedliwie.Ten pogoniony przez załogę szef Centrum, poza tym że sprowadził do Polski wystawę Maurizia Cattelana (oczywiście z założenia kontrowersyjną), a nikt inny u nas by się na to nie zdobył, zastanawiał się przynajmniej ( byłam tego świadkiem) nad tym, czym różnić się powinno CSW od dwóch innych warszawskich salonów – Zachęty i Muzeum Sztuki Nowoczesnej i miał ciekawe przemyślenia i pomysły.

Ale to spojrzenie z zewnątrz okazało się zdatne psu na budę, bo karuzela wystawowego nonsensu , w której krąży te same kilkanaście nazwisk artystów i ich kuratorów ma kręcić się dalej i niech tu nikt nie wazy się niczego zmieniać!

Efekt jest taki, ze pomiędzy kolekcjami muzeów narodowych, w których sztuka współczesna jest reprezentowana w stałych ekspozycjach marginesowo, a tym, co proponuje szpica publicznych galerii sztuki nowoczesnej, wytworzyła się ogromna czarna dziura! Zniknęło z obiegu kilkadziesiąt lat twórczości i co najmniej kilkuset artystów, którzy przebywają w czymś w rodzaju czyśćca, oczekując aż któryś  z kuratorów młodszego pokolenia wyciągnie do nich rękę. Czasami mają szczęście, jak ostatnio Henryk Tomaszewski czy Wojciech Fangor, ale tych szczęśliwców można policzyć dosłownie na palcach.

Stało się coś bardzo złego, szkodliwego i głupiego. Wymazywanie nigdy w historii dobrze się nie kończyło. Wydawałoby się, że to rzecz dla wszystkich światłych ludzi oczywista. Tak jak oczywiste jest, że nie można mówić i pisać, że coś się zmienia, jeśli po prostu ( po krótkiej przerwie) wraca stare!

I nie zauważać,ze europejscy artyści są z jakiegoś powodu Charlie Hebdo!

                                                       joanna s.