OJCZYSTA CZYSTA !

Kolejny kwiatek po Zapiecku; zakończył swój doczesny żywot, zwiądł nieodwołalnie, kultowy punkt na kulturalnej mapie Warszawy Dom Sztuki przy Krakowskim Przedmieściu. Kilkanaście lat temu założony przez wiedeńskiego a później krakowskiego marszanda i kolekcjonera Józefa Grabskiego jako Galeria i Dom Aukcyjny Sztuka, a następnie przejęty przez Tomasza Gudzowatego, światowej sławy fotografika jako  galeria Dom fotografii. Poza inauguracją przed sześcioma laty niczym się nie wyróżniał, nie przejawiał większej aktywności, aż zamarł w zeszłym roku, zamknięty na cztery spusty. Pozostał jedynie szyld z mosiężnymi literami SZTUKA, z którego odpadła litera T. Parę dni temu, w odchodzącym roku patrzę i oczom nie wierzę: zamiast zdewastowanej sztuki – świetlisty, piękny napis OJCZYSTA CZYSTA. Zwiastuje on wytworny bar, a w nim niezapomniane przeżycia związane z degustacją naszego narodowego trunku, i to w najszerszym możliwym wyborze. Nie mogłem stać się jedynym klientem, bo pięć lat temu lekarze zabronili mi kategorycznie spożywania (a lubiłem to że aż strach!). A w ogóle, picie wódki, nawet przez artystów, zrobiło się jakieś obciachowe. Znam co prawda, ze dwa miejsca w których oddają się swemu ulubionemu zajęciu (adresów nie zdradzę, żeby nie narażać ich na dodatkowe prześladowania), ale właśnie, przypominają pierwszych chrześcijan – prostych, biednych, prostodusznych, zahukanych…W każdym razie nie dla nich salony po Sztuce. Nie OJCZYSTA CZYSTA.

                                                                    Andrzej Skoczylas   

i po Zapiecku…

…pozamiatane, można by powiedzieć, a dokładniej, zagospodarowane pamiątkarstwem. Ta słynna kiedyś galeria, duma Państwowego Przedsiębiorstwa DESA, później sprywatyzowana i z każdym rokiem coraz cieniej przędąca, wreszcie zakończyła swą działalność. Mogłaby co prawda jeszcze jakiś czas egzystować (gdyby nie obłędna polityka miasta nakładająca po równo morderczo wysokie czynsze za lokale, bez względu na ich profil i funkcje), ale prawa rynku upomniały się o swoje. Upadek Zapiecka dobrze ilustruje pewne ogólniejsze procesy: obserwowane zjawiska przemieszczania się punktu ciężkości sztuk wizualnych i ich hierarchii w kulturze, z drugiej strony ilustruje pauperyzację, degradację w skali społecznej, spsienie sztuk pięknych. Przynajmniej kiedyś tak zwanymi i tym samym szacownymi. Dowód? W III RP wszystkie wyższe szkoły sztuk plastycznych w Polsce pilnie zachciały zostać Akademiami Sztuk Pięknych i stało się! Sejm ze zrozumieniem się przychylił (w PRL-u i II RP tytuł ten miały tylko Akademie Krakowska i Warszawska.)

W szczytowym okresie w Zapiecku pokazywano to, co w polskiej sztuce najlepsze, najambitniejsze. To była dosłownie nasza witryna na Zachód, dowód przynależności polskiej sztuki nowoczesnej do kultury europejskiej i to nie w roli biednego Kopciuszka, o nie. Z czasem była to już stała oferta: Gierowski, Sienicki,Sempoliński, Kierzkowski…itp. Co komu dziś mówią te nazwiska? I dlaczego miały by mówić? W imię czego, jakich wartości? Pikturalnych? Nie żartujmy.

Czytam oto rozmowę z profesorem Grzegorzem Kowalskim z warszawskiej ASP, twórcą słynnej czy osławionej metodyki nauczania zwanej Kowalnią. Jej absolwenci stanowią dziś samą szpicę, sam creme de la creme polskiej sztuki aktualnej:- Katarzyna Kozyra, Mirosław Bałka, Joanna Rajkowska, Paweł Althamer, Artur Żmijewski. Profesor chyba szczerze wspomina epizod swej pedagogicznej kariery, dosyć ambarasujący może dla innych, kiedy jego wychowankowie przygotowali jako pracę seminaryjną…gówno w gablocie, czekając w napięciu co powie mistrz . A on wybrnął! Nazwać tego dziełem sztuki nie za bardzo mógł. Nie nazwać tego dziełem sztuki też nie specjalnie mógł i chciał (nie mówiąc już o korekcie – ale tę już dawno odrzucił jako XIX-wieczny przeżytek, nie musiał więc na szczęście ingerować, czyli poprawiać g. ). Wszystko razem mieściło się więc w sferze penetracji jaźni – jednostki, grupy, bytu, jak kto woli. A do czego odpowiednim narzędziem i dla profesora i dla jego studentów stały się zamiast  np. rysunku – zdjęcie, fotografia, intermedialność. I to zalecił – kompromis.

Akademie produkują absolwentów, rynek nie nadąża za ich wchłonięciem dlatego ostatnie Zapiecki padają, a jakość przedmiotu, jakość dzieła sztuki jest czymś przebrzmiałym. Trudno, trzeba się z tym pogodzić, czego wszystkim życzę w Nowym Roku 2015.

                                                                Andrzej Skoczylas

                                             


ku pamięci…

 

 MAZOWIECKIE CENTRUM SZTUKI WSPÓŁCZESNEJ   ELEKTROWNIA W RADOMIU

   żeby nie zapomnieć; – wydarzeniem roku było dla mnie, otwarcie w Radomiu Mazowieckiego Centrum Sztuki Współczesnej Elektrownia.

   Oglądając je, niemal bezpośrednio po warszawskiej inauguracji osławionego Muzeum Historii Żydów Polskich, naturalne wydają się porównania. Wypadają one na korzyść placówki w Radomiu, jakkolwiek brzmiało by to szokująco. Dlatego że:- bryła obiektu jest bardziej interesująca (mimo, że jest adaptacją XIX w. architektury), funkcja obiektu lepiej służy pokazywanym w nim treściom; przejrzystość, jasność i służebność swemu przeznaczeniu, (pomijam tu treści ekspozycji) jest po stronie Radomia. No i naturalność – przeciwieństwo tzw rozmachu i nowatorstwa. Wystarczy. Wszystkie cechy do rozwinięcia.

   Przypadek, że urodziłem się w Radomiu nie ma tu nic do rzeczy. Andrzej Wajda też się urodził w Radomiu, i co?

                                         *

   W ZACHĘCIE Postęp i higiena, autorstwa Andy Rottenberg. Jest to esej – jak sama skromnie zaznacza, poświęcony pułapkom modernizacji, który ze względu na ograniczoną przestrzeń (!) zaledwie sygnalizuje… itd. Jak to zwykle u tej bezprzykładnej hucpiary i hochsztaplerki, zgromadzone tu prace, bez składu i ładu, mają służyć jednemu – niepohamowanemu ego autorki, szybującemu w najwyższych sferach, rozumiejącemu (!), ba, będącemu za pan brat z Zygmuntem Baumanem. (Rietweld czy Aleksander Rodczenko, biedacy, nie zdążyli doczekać wspólnoty z naszą Andzią). Oraz…dania okazji swemu wychowankowi, profesorowi – rzeźbiarzowi”, Mirosławowi Bałce, do zabudowania gigantycznej Sali Matejkowskiej, sięgającą sufitu ścianą ze sklejki. Dla tego dzieła, chciałoby się powiedzieć – Paryż wart mszy”, ale może byłoby stosowniejsze, rodzime – grzechu warte.

                                          *

 

 

   Picasso na Saskiej Kępie? Tak, w ówczesnej siedzibie Zarządu Głównego ZPAP, późniejszym i obecnym lokalu słynnej pracowni litografii przy ulicy Obrońców 28/30, złożył 31 sierpnia 1948 r.  koleżeńską wizytę polskim artystom Pablo Picasso, który wtedy uczestniczył w odbywającym się we Wrocławiu Światowym Kongresie Intelektualistów w Obronie Pokoju.

Stosowną tablicę upamiętniającą to wydarzenie (proj. Stanisława Sikory), w 1989 r. odsłoniła hiszpańska para królewska wizytująca Polskę.

                                           *

                                           

   W październiku 2014 r. artystów na Saskiej Kępie nawiedziła kolejna persona. Niestety, ilustrację tego wiekopomnego wydarzenia zmuszony byłem usunąć. Przepraszam.

                                                   Andrzej Skoczylas

                                                                      

Nie tak! -wystawa w Muzeum Historii Żydów Polskich

W niedzielę, 26 października obejrzałam w komfortowych warunkach wystawę główną w Muzeum Historii Żydów Polskich, którą we wtorek (28.10.) otworzyli prezydenci Polski i Izraela. Było nas, zwiedzających wieczorem, niewielu, kilkanaście osób, znacznie mniej niż najrozmaitszych przewodników(czek), kuratorów i podkuratorów.

Przed zwiedzaniem przeczytałam chyba wszystkie możliwe teksty o tej fundamentalnej dla Muzeum ekspozycji (m.in.Mariana Turskiego, spiritus movens przedsięwzięcia, autorki ekspozycji prof.Barbary Kirshenblatt, Dawida Warszawskiego). Przyjęłam do wiadomości, że wystawa ma być nie o Zagładzie , antysemityzmie i „żydokomunie”, ale o tysiącleciu zgodnego i harmonijnego na ogół współżycia na tej samej ziemi dwóch narodów , z których jeden zwał ją „Polską”, a drugi „Po-lin”(tu odpoczniesz). Także fakt, że z najróżniejszych powodów (nie tylko Zagłady) nie zachowało się zbyt wiele materialnych świadectw egzystencji żydowskiej na polskich ziemiach (zwłaszcza w pierwszych jej wiekach).

Po latach przygotowań jest wreszcie dokonanie, cel życia sporej liczby osób. Tym, co przeżywam po obejrzeniu, jest jednak przytłaczające ROZCZAROWANIE!

Pierwsze galerie (mniej więcej do 1800 r.) to rzeczywiście opowieść o tym, co się działo (lub nie) i zachowane cytaty z listów i kronik. Autentycznych obiektów niemal całkowicie brak. Mniej więcej od przełomu XVIII i XIX wieku natłok i zgiełk materialnych świadectw najrozmaitszego rodzaju  – fotografii, dokumentów, ksiąg, dzieł sztuki, gazet- więcej niż pomieści głowa. Nie wiadomo, co ważne, a co mniej. Opisy lakoniczne. Dla kogo to ma być? Brak miejsca na refleksję, podsumowanie. Gdzie jest punkt kulminacyjny ekspozycji?

Nie tak, panie i panowie! Wiadomo było, oczywiście, że historia Żydów i Polaków parzy. Że kontrowersje, które wywołuje, przypominają zimną wojnę domową.

Ale tym większym błędem było przyjęcie profesorsko-poprawnościowej wersji, łagodzącej kanty, prześlizgującej się po najbardziej spornych kwestiach lub, kiedy było to zbyt trudne lub niemożliwe, po prostu omijanie ich. Po pierwsze nie drażnić, nie rozdrapywać, może się jakoś ułoży – tak chyba sobie myśleli autorzy. Niektórzy uzasadniali, że dla młodych Izraelczyków to ma być jednak coś więcej niż oglądane przymusowo w Polsce „Arbeit macht frei”. Po obejrzeniu efektów takiego myślenia, jestem przekonana, że jednak trzeba było więcej samozaparcia i odwagi!

Tej ekspozycji brakuje wizji i ręki artysty. Dzisiejszego, artysty akcji, a nawet prowokacji, mimo że jej się u nas nie lubi!

Chyba tylko taki twórca potrafiłby znaleźć wyraz dla najostrzej      dzielących i wywołujących niemal furię i u Polaków i u Żydów spraw i doprowadzić wreszcie do prawdziwej rozmowy. Dotychczasowe – o Jedwabnem, o „Sąsiadach” i „Złotych żniwach”Tomasza Grossa – doprowadzały do awantur i zamykania się w sobie jednej i drugiej strony.

Na dowód możliwości, jakie zostały kompletnie przeoczone, przykład udanej akcji artystycznej. Wiadomo, jaką wściekłość u ludzi wzbudza pogranicze izraelsko-palestyńskie, potężny betonowy mur wzniesiony przez Izrael pomiędzy Jerozolimą a Ramallah, Jerycho i innymi palestyńskimi miastami Zachodniego Brzegu, które dzieli od stolicy rzut kamieniem.

I te kamienie są rzucane niemal codziennie.

Izraelska grupa Face2Face z własnej inicjatywy, na początku w atmosferze niechęci i skrajnej nieufności z obu stron umieszczała na szarym betonie gigantycznej wielkości plakaty z fotograficznymi wizerunkami Izraelczyków i Palestyńczyków strojących (po licznych namowach) „miny”- pełne wściekłości, nienawiści czy po prostu śmieszne. Zawieszano plakaty po dwa – na jednym było zdjęcie Palestyńczyka, na drugim Izraelczyka.

Akcja od początku bulwersowała przechodniów, zwłaszcza Palestyńczyków, spieszących do wojskowych check-pointów przy przejściach na swoją stronę. Ale i zaczepiony przez twórców chasyd zdenerwował się tak bardzo, że od razu chciał dzwonić po policję. Nie bardzo wiedząc co robić, aby go powstrzymać, plakaciści poprosili tylko o to, by powiedział. który z  sfotografowanych chłopców jest Żydem, a który Palestyńczykiem. I chociaż tamten krzyknął, że to oczywiste, pomylił się!

I już nie dzwonił po policjantów, a spokojnie obejrzał inne pary zdjęć. Stracił pewność siebie i znów się mylił. Wreszcie powiedział: ciekawa sprawa! I odjechał.

Mylili się zresztą niemal wszyscy. I co? Czyżby ludzie byli jednak do siebie podobni? Może da się rozmawiać mimo wzajemnych uprzedzeń, złości i nienawiści?

Są u nas artyści bardzo utalentowani, obdarowani intuicją i przenikliwością. Niektórzy z nich np.Paweł Althamer, Zbigniew Libera, Joanna Rajkowska znaleźliby sposób na podjęcie wyzwania, które stawia powstanie Muzeum Historii Żydów Polskich, na wzniesienie się ponad różne nienawistne nastroje, zaciśnięte usta i bojkoty.

Słyszę, że prace nad stworzeniem Muzeum i ekspozycji trwały wiele lat ( i bardzo drogo kosztowały). Dlaczego nie pomyślano o tak prostej i oczywistej sprawie jak udział w tym dziele artystów? 

                                                        joanna s. 


Jeszcze głupsza?

Jest taka osoba, która przedstawia się chętnie jako „przewodniczka miejska po Warszawie (sic!)”, ale to fałszywa skromność, bo – jak wiadomo – składa się ona z tak wielu talentów i umiejętności, że trudno je objąć jednym umysłem. Od czasu do czasu pisze tzw. felietony do „Polityki” i, zdaje się, była swego czasu nagradzana czy nominowana za różne rzeczy.

Nazywa się Sylwia Chutnik i właśnie wydrukowała w tygodniku kolejny wytwór rąk własnych. Rzecz zatytułowana jest „Zwykły dom pod Nowym Jorkiem”, co niewątpliwie wskazuje, że ta  olśniewająca intelektem i dowcipem dama przebywa lub przebywała chwilowo w Stanach, bo dostała właśnie jakieś stypendium z publicznej kasy i zamierza je przerobić na kolejne dzieło.Impresje z metropolitalnej suburbii to rozkoszna, a zarazem wzruszająca bajeczka o parze starszych ludzi, zaprawiona czarną kroplą przeszłości (żona sąsiada, posiadacza domu typu trzy sypialnie i garaż na dwa samochody oraz elektronicznie czyszczonego codziennie basenu, uratowała się była cudem z warszawskiego getta).

Styl opowieści słodko-gorzki, bo „getto, płomień, gruz to nie są dekoracje, które stawiać można tuż obok domu zwieńczonego czerwonym eleganckim dachem”, a niedołężna dziś kobieta, która czesze włosy lalkom, bo nie mogła mieć własnych dzieci, otoczona jest miłością i niezwykłą troskliwością małżonka.”Kochanie jesteśmy w Ameryce, stąd nie trzeba uciekać”.

Chciałoby się powiedzieć : ukochany kraj, umiłowany kraj! Tu wszyscy chcą być, a gdy im się to uda, mruczą:wygraliśmy. Wszyscy czują się bogami w raju na tym wyśnionym, wymarzonym lądzie…

Gdybyż to była prawda! Daleko nie wszystkim ten kraj podarował dom typu trzy sypialnie, który (wraz z garażem ) całkowicie wystarcza do szczęścia. Nikt nikomu nic nie dał za darmo, a walczyć trzeba było o każdego dolara zębami i pazurami. Zawsze tam byli i będą obywatele różnych kategorii, kiedyś kolorowi niewolnicy i biali półniewolnicy. Nie chcę zagłębiać się w historię, ale obok niby nieograniczonej wolności ( tylko dla happy few, bo dla reszty bardzo skrępowanej i to w sensie dosłownym) nigdy nie pojawiły się tam takie pojęcia jak równość czy braterstwo.

Przed i w czasie wojny Stany robiły wszystko, aby nie wpuścić do siebie żydowskich emigrantów, niezależnie od ich talentu czy osiągnięć. Nie chciały widzieć u siebie ani Hanny Arendt ani Maxa Ernsta czy Waltera Benjamina, który  w desperacji wyskoczył z okna hotelu w Port Bou, na granicy francusko-hiszpańskiej. Inni ginęli z głodu i chorób w gettach czy komórkach po tej lepszej stronie.

Prezydent Roosevelt puścił mimo uszu wstrząsające relacje Jana Karskiego z warszawskiego getta. Nie doszła do niego wiadomość o samobójstwie Szmula Zygelbojma. Nie wierzył lub nie chciał wierzyć w Holocaust, choć miał dostęp do wszystkich możliwych dokumentów i świadectw i wiedział o istnieniu obozów i gett, o ich likwidacji i zbrodniach. Do dziś amerykańska prasa wspomina o „polskich obozach koncentracyjnych”. I nikt nikogo nie przeprasza, bo Amerykanie mają zawsze rację!

Całe bydlęce pociągi wypełnione europejskimi Żydami jechały do Auschwitz, Sobiboru i innych miejsc Zagłady. Zniszczono niemal doszczętnie żydowską cywilizację i dziedzictwo. O tym w amerykańskim raju, zbudowanym przecież przez imigrantów się nie mówiło, administracja zachowała milczenie, mimo alarmu wznoszonego przez społeczność żydowską w samych Stanach..

Niech więc Pani nie opowiada dorosłym ludziom rozczulających bajeczek, jakimi „miejscy przewodnicy” raczą przedszkolne wycieczki. A przy okazji, może ktoś z redakcji „Polityki”przekłułby ten figlarny balonik, który wydymają usta „przewodniczki”na zdjęciu ilustrującym ten „felieton”?

                                                        joanna s.

Co ja im zrobiłem

pytał dramatycznie przed śmiercią Igor Mitoraj – nie mogąc pogodzić się z traktowaniem w Kraju swojej twórczości. Przemilczaniem, w najlepszym razie lekceważeniem, a nawet ocenianiem jej jako synonimu kiczu.

   Zrobiło mi się go autentycznie żal. Uważam, że był wielkim rzeźbiarzem, wybitnym artystą. Nie wszystko mi się w jego twórczości podobało, sam widziałbym lepsze rozwiązania – ale to był MITORAJ! Człowiek, który znalazł dla rzeźby w naszej ikonosferze nowe miejsce, formę, której nikt przed nim nie wymyślił i nie utrwalił! W tym leży zasługa i wielkość jego sztuki.Nie w sukcesie marketingowym i finansowym! A odbiór jej w Polsce? Zawiść! Zazdrość – tak chętnie, entuzjastycznie wręcz podzielana przez naszych rodaków. Znajdująca swe odbicie zarówno w branży, jak w stadach pismaków i „znawców”.

    Sam Mitoraj, do tego niechętnego odbioru swej twórczości, dołożył swoje, dodał cegiełkę. Piarowskie chwyty bywają bronią obosieczną.

   Po co mówił, że Kantor uczył go malarstwa i „wysłał” do Paryża, podczas gdy wiadomo, że Kantor niczego i nikogo nie uczył, nie miał na to czasu i miejsca we własnym wizjonerstwie. Po co mówił, że biesiadował z Federico Fellinim, że przyjaźnił się  z Giorgio Armanim, że największym przyjacielem był Waldemar Dąbrowski. Te nazwiska to tylko hasła z licznej kolekcji osób i znajomych, którymi się w swej karierze „podpierał”. Zrozumiałe to, choć wg mnie, zbędne, nieważne, bo wszystko zawdzięczał sobie – swemu talentowi, intuicji, pracowitości, stylowi życia, jaki obrał. I odniósł sam, wielki, wielopłaszczyznowy sukces. A tego się u nas nie wybacza

                                                  Andrzej Skoczylas


  

Czego nam brakuje, to pomników…

   Zasłużona komentatorka polityczna Katarzyna Kolenda-Zaleska, zajęła się w trybie nagłym niedostatkiem w Warszawie pomników. Zgłosiła (jako pierwsza! Ja jestem pierwsza!!!) konieczność postawienia w Warszawie pomnika Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego premiera III RP i prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Doprawdy, chwalebny to pomysł i do tego jaki odkrywczy i na czasie, że też nikt wcześniej na niego nie wpadł!

   W tym samym numerze „GW” (nie wie prawica co czyni lewica, czy przeciwnie – wie) czytam desperacki wręcz tekst o tragedii z pomnikami w Toruniu, o niezwykłym nagromadzeniu brzydoty,  samych Janów Pawłów jest tam około pięciu (a w całej Polsce ich liczba dawno przekroczyła 2 tysiące i stale rośnie) i ich poziom artystyczny jest na ogół straszny. Pani Kolendzie-Zaleskiej to nie przeszkadza, widać o inflacji w tej dziedzinie nie wie. Albo wie i w nowej dla siebie roli krytyka sztuki, wszystko zaczyna od nowa – teraz ja będę wyrokować co jest pomnikiem – dziełem sztuki, gdzie on powinien stanąć, jak ma zaistnieć, w jakim kształcie i otoczeniu. Popiersie Tadeusza Mazowieckiego powinno stanąć pod Kancelarią premiera, projektuje Kolenda-Zaleska, na wzór Reagana ustawionego w Alejach Ujazdowskich. Rany boskie! Gdyby już – bo liczę, że nie stanie – będziemy mieli gniota, za którego student III roku rzeźby, nie dostałby zaliczenia u profesorów Myjaka czy Pastwy. A co do pomnika prezydenta prezydentów…? Proszę Pani, proszę w najbliższych wyborach parlamentarnych skutecznie zagłosować na PiS! Wtedy pierwszą decyzją rządzących, obok listów gończych za wiadomo kim, będzie uchwalenie dziękczynnego wotum narodu, w postaci monumentu przed Pałacem Namiestnikowskim dla prezydenta wszechczasów. No, może nie tak wysokiego jak Chrystus świebodziński,(bo by samoloty nie mogły nad Warszawą latać), ale wystarczającego, by przysłonić wszystko dookoła, by stała się wreszcie sprawiedliwość.

   I nawet wiem, kto będzie rzeźbił, ale nie powiem.

                                            Andrzej Skoczylas

 

 

Nie przesadzajmy, bo to feministycznie wygląda…

   W „Wysokich Obcasach, których jestem wiernym czytelnikiem (a więc zasługuję chyba na miano feministy), naczelna Paulina Reiter, anonsując treść numeru zastanawia się, czy feministce wypada kręcić tyłkiem. Po pewnych wahaniach uznaje że tak, wypada. Sprawa dotyczy Beyonce, słynnej gwiazdy popu i jej wyznania „zażartego feminizmu”. Choć i u mnie rodzą się pewne wątpliwości, gdy zastanawiam się nad sensem wywodu i argumentów redaktorki naczelnej, gdy stwierdza, że (Beyonce) nosi lateksowe majtki i wypina tyłek? Ma prawo być, kim chce, i ubierać się jak chce, i tańczyć w sposób, jaki jej się żywnie podoba. (…) uważam, że może być wzorem dla dziewcząt (…), że dzięki talentowi i pracy kobieta może osiągnąć sukces”. Hmh…? Wypinanie tyłka jest przecież na sprzedaż, głównie dla panówAle, może się mylę, nie byłbym taki pewny jak naczelna „WO”, by obwieszczać, że Beyonce, to ikona feminizmu.

   W ogóle myślę, że większy umiar w etykietowaniu różnych zjawisk w życiu publicznym, też w sztuce, byłby przynajmniej wskazany. Na przykład, pani redaktorka naczelna parę wierszy dalej, sygnalizuje pomieszczony w numerze materiał o genialnej słowackiej rzeźbiarce Marii Bartuszowej. Wydaje mi się, że w tym przypadku mechanizm jest dość prosty – współpracowniczka WO, Dorota Jarecka zrobiła tekst o Bartuszowej, to znaczy że musi być ona genialna, bo inaczej Dorotka by się nią nie zajmowała.

Nie mam nic przeciwko Marii Bartuszowej i jej twórczości. Podejmowała ona w swych pracach-instalacjach, uwolnionych od klasycznej formy rzeźbiarskiej, problematykę materii, jej wielorakiej konsystencji, by sumie nadać formę fizycznego znaku w przestrzeni. Zajmowało się tym przed nią i po niej dziesiątki artystek. Z podobnymi rezultatami, czyli nie wykraczającymi poza poszukiwania (które też bywają samą w sobie wartością). Dorota Jarecka nie nazywa MariiI Bartuszowej genialną. Słusznie. Raczy nas natomiast puentą, przy okazji – „Hommage dla Fontany II” M. Bartuszowej, – wspomnienia Lucio Fontany. Jego przeszyte ostrzem płótno na blejtramie, ustala i rozstrzyga Dorota Jarecka, jako najbardziej skandaliczny obraz na świecie. Litośći ! Gdzie Olimpia Maneta, gdzie Czarny kwadrat Malewicza itd.

                                               Andrzej Skoczylas

Łuk Triumfalny na … kołach

   Media obiegła informacja o pomyśle uczczenia stulecia Bitwy Warszawskiej, które się nieuchronnie zbliża, Łukiem Triumfalnym. Pomysłodawcą jest prawdziwy Polak, jeszcze prawdziwszy patriota, znany od czasów peerelu wybitny artysta kabaretowy, Jan Pietrzak.

   W jednej ze stacji TV uzasadniając projekt Łuku wprost ryczał nie dając sobie przerwać na moment: – Wygraliśmy I Wojnę Światową gromiąc wszystkich zaborców naraz! Wygraliśmy II Wojnę Światową pokonując i niszcząc faszyzm z komunizmem! (Tu się Pan Janek nieco zakałapućkał nie tylko w chronologii, ale niech tam, rozumiemy intencje). I co?! – spuentował w desperacko-patriotycznym furorze – NIE WOLNO mówić nam o naszych zwycięstwach!!! Postawimy Łuk Triumfalny jako symbol naszej chwały na wieki! (wieków amen – chciałoby się dodać). Wbrew wszystkim, (wiadomo, jakim siłom), wzniesiony ofiarnością, entuzjazmem i kunsztem wyłącznie Polaków, z ich datków i darowizn, nie z jakichś budżetów!

   Nie rokuję pomysłowi Pana Janka sukcesu. I nie dlatego, żę zawęża bazę swoich zwolenników, wielbicieli jego poczucia gustu i smaku. Tych mogło by być bardzo wielu, uosabiających, siermiężność, swojskość, prymitywizm. kicz i tromtadrację. Pan Janek bawi się w cenzora polskości. Jako „polityk” chce wystawiać glejty na polskość i patriotyzm. A to już inna konkurencja. Poważna. To nie amfiteatry w Opolu i innych audytoriach PRL-u, gdzie „z przytupem” i usia siusia, można było podbijać serca masowych widowni.

   Specjaliści muszą na inicjatywę Jana Pietrzaka wzruszyć  ramionami, tak jest dyletancka, anachroniczna i szkodliwa przez swą megalomanię. Sen o Łuku Triumfalnym, wzorem paryskiego, może grozić realizacją… na gruzach.

   Mam dla Pana Janka niekontrowersyjny i co najważniejsze tani i łatwy w realizacji pomysł – Łuk Triumfalny na kołach, na lawecie. Przy dzisiejszych możliwościach techniczno-technologicznych, nie jest problemem skonstruowanie „mobila” o całkiem słusznych gabarytach. A wtedy… Odzyskaliśmy z rąk lewactwa i genderyzmu miejsce po tęczy na pl. Zbawiciela – zajeżdżamy mobilem! Nie wpuszczamy „Czterech śpiących” na swoje poprzednie miejsce – bo już tam popasamy. Potrzebujemy kierunku na Kijów, na Wilno, na Lwów – proszę bardzo. Cóż lepszego niż kadrowanie prześwitem Łuku, naszych niezwyciężonych hufców, wyruszających w dowolnym miejscu i w dowolnym kierunku w naszej świętej sprawie. Możliwości i zastosowań jest nieskończenie wiele!

                                         Andrzej Skoczylas 


 

Głupia i głupsza

Jeśli w świecie polskiej sztuki istnieją jacyś celebryci lub chociaż quasi celebryci, to z pewnością należy do nich Anda Rottenberg. Już od dawna, a z pewnością od zniszczenia przez dwoje ultrakatolików instalacji „La Nona Ora” Maurizio Cattelana w warszawskiej Zachęcie (sylwetka Jana Pawła II przygnieciona meteorytem) stała się najbardziej rozpoznawalną kuratorką-skandalistką w kraju. I to mimo że autorem ekspozycji na stulecie galerii był kto inny –  nieżyjący już dziś Szwajcar Harald Szeemann, o którym mało kto u nas pamięta. Ten „zamach” na rzeźbę ujawnił, chyba po raz pierwszy tak jasno i wyraźnie, ukrytą energię narodowokatolickiej szpicy, która teraz wyżywa się obrzucając jajkami nowo zrekonstruowaną po spaleniu tęczę przy placu Zbawiciela. Patriotyczna zadyma stała się częścią ponadstuletniej historii Zachęty. Ale przy okazji – co nie jest bez znaczenia – sporo osób przypadkiem zetknęło się wtedy po raz pierwszy w życiu ze sztuką wizualną w dzisiejszym wydaniu!

Skandal był jednak wielki, a jego skutki trwają do dziś i kojarzą się z nazwiskiem ówczesnej dyrektorki galerii, która dała się wówczas poznać całej Polsce. Mniejszym skandalem, ale w oczach środowiska pełnym blamażem, zakończył się jej kolejny publiczny występ – wydanie osobistej historii”Sztuki w Polsce 1945-2005″, gdzie mentorem grupy kapistów mianowała ni stąd ni zowąd w miejsce Józefa Pankiewicza młodszego o pokolenie Zbigniewa Pronaszkę. Tu jednak przesadziła z dezynwolturą i jej pomnikowe w założeniu dzieło poszło na przemiał niemal natychmiast po odkryciu „lapsusu” przez paru uważniejszych czytelników. Dlaczego tak błyskawicznie? Wydanie „Sztuki” było dofinansowane przez Instytut Książki w ramach Programu Operacyjnego Promocja Czytelnictwa, czyli z budżetu państwa, a więc kompromitacja obciążałaby nie tylko autorkę, ale i ministerstwo kultury! W drugim wydaniu, które ukazało się w rekordowym tempie, poprawiono tylko ten jeden błąd, reszta (m.in. rzekoma obecność na Kongresie Intelektualistów w 1948 r. we Wrocławiu Louisa Aragona) została i straszy. No, może przesada, bo mało kto po to opus magnum sięga, idąc za przykładem recenzentki wewnętrznej prof. Marii Poprzęckiej (przyjaciółki Andy, zwanej przez nią „Marylą”), która przed wydaniem najprawdopodobniej w ogóle nie miała tego arcydzieła w ręku!

Później Anda Rottenberg wydała jeszcze dwie książki o swoim pasjonującym życiu, a ostatnio stała się bohaterką wywiadu-rzeki przeprowadzonego przez Dorotę Jarecką (kiedyś, ale chyba już nie dziś „GW”). Przyznam się, że nie chciałam wchodzić do tej rzeki, bo bardzo nie lubię zamulania, bałaganiarstwa i chaosu w opowieściach Andy, nie wspominając już o  zmyśleniach, insynuacjach, plotkach i tym podobnych delicjach, w których zdecydowanie nie gustuję.

Jednak zmobilizowana przez różne osoby sięgnęłam po ten „dialog”, podczas którego pani Jarecka chyba ani razu nie podnosi się z klęczek, wysłuchując w nabożnym skupieniu tego, co ma do powiedzenia „kuratorka nad kuratorkami”, jak nazwał ją „recenzent ” Bogusław Deptuła w „GW”, niczego oczywiście nie  weryfikując. Ale i tak pewnie dałabym sobie spokój z komentowaniem wspólnego dzieła wyobraźni obu pań, mimo że rzadko zdarza się natrafić na tak wielki gąszcz zmyśleń i konfabulacji, gdyby pod sam koniec autorka nie znokautowała mnie swoim ckliwym i sierdceszczipatielnym wspomnieniem o Nice Strzemińskiej. Otóż podobno Nika była „przyjaciółką” Andy i niemal na łożu śmierci wręczyła jej „na pamiątkę” wydzierganą przez siebie szydełkową saszetkę. Rzecz wydawałoby się drobna, nieważna, ot taki uroczy drobiazg, gdyby nie ukryty pod nią obrzydliwy fałsz! Nika nigdy nie zapomniała, jak potraktowała ją szefowa Zachęty parę lat wcześniej, jak czuła się upokorzona, poniżona i szurnięta w kąt.

Działo się to przy okazji wystawy „Słońce i inne gwiazdy”, będącej swego rodzaju wizualizacją plebiscytu „Polityki” na największych polskich artystów XX wieku. Nika obejrzała proponowane do wystawienia obrazy ojca i odniosła wrażenie, że ma do czynienia z falsyfikatami. Wiadomo, że w latach 90. sporo osób przychodziło do niej z „odkrytymi”po latach pracami Strzemińskiego, prosząc o potwierdzenie autorstwa. Nika nie była ekspertką, ale każdą sprawę traktowała poważnie. Podobnie w tym przypadku. Zamówiła ekspertyzę u pani Zofii Baranowicz, niekwestionowanej znawczyni twórczości Strzemińskiego. Ekspertyza potwierdziła obawy Niki. Kuratorka Anda puściła tę ekspertyzę mimo uszu, w ogóle nie zareagowała na dostarczoną do Zachęty opinię. Poruszona tym faktem Nika przypomniała o ekspertyzie podczas prasowego otwarcia wystawy. Zapadła cisza, konsternacja, jakby ktoś puścił bąka w salonie, ale ani szefowa Zachęty ani nikt inny ze zgromadzonego areopagu do sprawy się nie odniósł. Chwilę potem dyskusję wznowiono, jak gdyby nigdy nic. O tym zdarzeniu, którego obie panie- także Dorota Jarecka – były uczestniczkami, żadna z nich nie wspomina, wolą rozczulać się nad biedną, umierającą przyjaciółką Niką!

Inny „przyjaciel” Andy Rottenberg artysta multiinstrumentalista Andrzej Partum tak o niej pisał (SZTUKA 1-6/96): „W Zachęcie jest ciemno. Intelektualnie.(…)Stara gosposia źle gotuje na stanowisku dyrektora.1993-1996.(…)Warszawska Zachęta i Zamek Ujazdów stały się niespodziewanie prywatne! Dziedzictwo kultury narodowej zawarte w tych obiektach stało się prywatą działalności ludzi o ciasnych horyzontach. Pani Anda Rottenberg, bo o niej tutaj mowa, wygrała ongiś konkurs na to stanowisko z tak zwanym wskazaniem ówczesnego v-ce ministra kultury Piotra Łukasiewicza /kiedyś poznałem tego faceta na plaży w Dębkach – plaży dla nudystów i mam o nim opinię kompletnego dyletanta odnośnie sfery sztuki…”

Nie wiem, co sądzić o innych”zaprzyjaźnionych” z Andą – o legionie Wieśków, Włodków, Tomków, Staszków, Stasiów, Wojtków, Janków, Jasiów, nie wspominając już o Kaśkach, Hankach, Izach, Majkach, Maszkach, Jadźkach, Basiach itd., ale przyznam, że mnie to nie interesuje. Nie wiem zresztą, czy wszystkie imiona osób, o których mowa w tej epopei życia są prawdziwe, bo np. „wielka klawesynistka” nie ma – jak mówi Anda – na imię Jadwiga (też Chojnacka, wybitna aktorka), ale Elżbieta!

Ale dość o przyjaciołach, bo Anda miała i nadal ma – jak twierdzi – zajadłych wrogów. Oczywiście nie pozostawia na nich suchej nitki, daje sobie pełny luz opisując knowania tych donosicieli, kolaborantów  i innych nikczemników, ale tym też nie będę się zajmować. Od czego są w końcu sądy? Niestety nie wierzę, żeby podał Andę do sądu Daniel Olbrychski, bo może dowiedziałabym się od autorki, jakie to ciemne siły stały za nim, kiedy rozbijał szablą oprawione fotosy aktorów w hitlerowskich uniformach na wystawie Piotra Uklańskiego w Zachęcie! Bo przecież głupi aktor nie może niczego zagrać bez reżysera. Wiem, ale nie powiem, skąd ja to znam? Jak bym słuchała ostatnich wyznań Pawła Piskorskiego, donoszącego, po ponad dwudziestu latach, na swoją własną niegdyś formację i dawnych kolegów/przyjaciół ! Teoria spiskowa nigdy chyba nie miała się tak dobrze.

Kolejny wróg Andy to Związek Polskich Artystów Plastyków. Chociaż  mocno „solidarnościowy” i rozwiązany w stanie wojennym, kiedy to Anda (nie od razu, bo nikt jej nie prześladował), ale w końcu bohatersko  przeszła z państwowego etatu do opozycji ( co – jak podkreśla – wpłynęło niekorzystnie na wysokość jej dzisiejszej  emerytury!), to ustami swego prezesa, już po reaktywacji ZPAP,  wyraził swój sprzeciw wobec artystycznych gustów swojej niegdysiejszej sojuszniczki i jej idei stworzenia dla swoich wybranków Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

I, oczywiście, natrafił na bezkompromisową kontrę! Ten cios rykoszetem trafił i w sam ZPAP, który – jak twierdzi kuratorka – był , jako związek twórczy, tworem tego przebiegłego i cynicznego do szpiku kości  ówczesnego  „szefa CRZZ” Włodzimierza Sokorskiego. Jak twierdzi autorka wynurzeń, ZPAP został przez tego demona zła (nie wiadomo kiedy i w jaki sposób) „wyjęty z Centralnej Rady Związków Zawodowych i namaszczony jako związek twórczy”. Hola, hola! Oczywiście Sokorski nie był żadnym szefem CRZZ ( który zresztą do czasu objęcia przez niego funkcji wiceministra kultury i sztuki – marzec 1948 –  jeszcze nie istniał!) – szefem Centralnej Komisji Związków Zawodowych był Edward Ochab, Sokorski był sekretarzem tej komisji. Oczywistą brednią jest twierdzenie, że jakakolwiek jedna, nawet najbardziej wredna i cyniczna osoba mogła wówczas (podobnie jak obecnie) kształtować politykę państwa, w dziedzinie kultury czy jakiejkolwiek innej! A Związek Polskich Artystów Plastyków (powstały jako Związek Powszechny Artystów Polskich w 1911 r.) już w grudniu 1946 r. został wpisany do rejestru stowarzyszeń ( a nie związków zawodowych). Adresatem jego postulatów stał się od samego początku, od I Walnego Zjazdu odbytego w sierpniu 1945 r. minister kultury i sztuki. Chyba każdemu (poza Andą Rottenberg i towarzyszącą jej Dorotą Jarecką) wiadomo, że głównym żądaniem środowiska było ustanowienie prawdziwego mecenatu państwa nad sztuką i jej twórcami!!! Oraz udziału ZPAP w sprawowaniu mecenatu. Tego mecenatu, który Anda Rottenberg, będąc dyrektorem ds.plastyki w resorcie skutecznie niszczyła na początku lat 90. wraz ze swoją szefową „Izą” Cywińską. Ktoś w końcu zlikwidował Fundusz Rozwoju Twórczości Plastycznej, a Fundusz Kultury zabrała ze sobą Izabela Cywińska odchodząc z resortu w 1991 r., by założyć zdychąjącą już od wielu lat Fundację Kultury… A Anda mówi zlikwidowano… jak gdyby jej tam wówczas nie było!

A te nowe związki, które podobno uwłaszczyły się na majątku rozwiązanego ZPAP! Kto jak kto, ale osoba odpowiadająca za sprawy plastyki w ministerstwie kultury musiała wiedzieć, że realny majątek ZPAP – siedzibę przy Mazowieckiej, galerie, pracownie itd.- przekazano utworzonemu w tym celu Przedsiębiorstwu Państwowemu  „Sztuka Polska”, którego dyrektor – pragnąc przypodobać się nowej szefowej – przynosił podobno Andzie katleje, jak proustowski Swann obiektowi swojego pożądania. Ci, którzy czytali „W poszukiwaniu straconego czasu”, wiedzą, co oznacza „faire les catleyas”!

Do historii socrealizmu w Polsce wrócę osobno, bo to rzecz, która ma swoją skomplikowaną, niejednoznaczna i ciekawą historię, różniącą się znacznie od tego, co wygadują obie autorki.

I wreszcie o „rzyganiu Marksem” w wykonaniu Andy i „pokolenia wstecz”. „Odrzucał mnie z definicji, ponieważ nazywał się Marks” – głosi z dumą. To fakt, że prof.Bronisław Baczko, wykładający w latach 60. filozofię na wydziałach humanistycznych UW nie wymagał czytania ani Marksa ani marksistów, a więc nieczytanie ich nie było specjalnym dowodem heroizmu czy sprzeciwu wobec reżymu. Ale mam dla Andy złą wiadomość, Marks znów stał się modny i czyta się go w kręgach „Krytyki Politycznej”. Także nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej, które wydało wyznania Andy ukazują się nowe interpretacje najlepszych tekstów Marksa, pióra m.in. Marshalla Bermana i innych  amerykańskich (i nie tylko) autorów. Można, oczywiście przeżyć życie bez Marksa i w ogóle bez czytania czegokolwiek, ale nie ma się czym chełpić, bo koledzy są już na innym etapie!!!

Brak czujności, ot co! Kiedyś było inaczej. Kiedy w 1999 r. Zachęta przygotowywała pokaz „Łaźni męskiej”Katarzyny Kozyry na Biennale weneckie, Anda, obawiając się reakcji sfer kościelnych i prawdziwych Polaków na to „w najwyższym stopniu niemoralne i obrzydliwe dzieło”, zamówiła mszę w jednym z warszawskich kościołów w intencji sukcesu Kozyry! Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek!!! Śmiała się z tego wówczas cała Warszawa, ale modły poskutkowały i „Kaśka” Kozyra została w Wenecji uhonorowana, chociaż nie jedną z głównych nagród – jak twierdzi Anda – ale jednym z 4 honorowych wyróżnień dla młodych twórców! Wszystko to można sprawdzić, ale trzeba chcieć…Dorocie Jareckiej się nie chciało, bo przecież rozmawiała z takim pomnikowym autorytetem…No, „Już trudno ROTTENBERG Dorota Jarecka”. Stało się i tyle. 

                                                        joanna s.