Po 25 latach: wolni będą wisieći?

Jakoś niemrawo i bez entuzjazmu idą przygotowania do 25-lecia wolności, czyli wielkiej wygranej „Solidarności” 4 czerwca 1989 r. Plebiscyt „GW” na „Ludzi Wolności” nie budzi zachwytu nawet w środowisku samej gazety. Bo coś wyszło nie tak. Ale co?

Dla Adama Michnika i jego towarzystwa przez dziesięciolecia „wolność” była hasłem najważniejszym. Michnik powtarzał to już w III RP wielokrotnie, aż do znudzenia, na wszystkich możliwych forach. Teraz jakby nabrał wody w usta, ale plebiscyt pod flagą „GW”, TVN i prezydenta Komorowskiego powstał.

Jednak nikt, no niemal nikt, z tej socjety nie zadał sobie najważniejszego pytania: czym miała być ta wolność? Czy tylko mówieniem i pisaniem bez cenzury i zakładaniem mniej lub bardziej kanapowych partii rwących się do władzy, posad i kasy? A także dla kogo i po co? A czym się stała w „wolnej” Polsce? Kto jest dzisiaj naprawdę wolny?

Krzyczano niegdyś, ćwierć wieku temu: nie ma wolności bez Solidarności! Jednak po upadku komunizmu i”odzyskaniu niepodległości” wolność bez solidarności przez małe „s”, stała się, dla wielbicieli wolności, całkiem do pomyślenia. I to była pierwsza wielka zdrada, na którą mało kto wówczas zwracał uwagę. Czym jest wolność bez solidarności i równości? Pustym hasłem!

Dziś jeden z ówczesnych heroldów przemian Marcin Król konstatuje, że wolność słowa, tak jak ją rozumiano w peerelu, czyli brak cenzury, mało komu okazała się potrzebna! Nawiasem mówiąc – jak sam ostatnio przyznał w wywiadzie dla „GW” (nie podając zresztą, na jakiej podstawie) – aż 97 proc. Polaków w upadłym reżymie cenzura w ogóle nie uwierała. A teraz już po skoku do królestwa wolności, okazuje się, że dla Polaków ważniejsza jest równość i sprawiedliwość, praca, mieszkanie, bezpłatna edukacja i ochrona zdrowia, poczucie stabilności, bezpieczeństwo własne i rodziny  oraz ogólnie nadzieja, że będzie lepiej niż jest.

Polacy są całkowicie wolni:  od przymusu pracy, posiadania rodziny, kasy na przeżycie i kąta do mieszkania. W ogóle mogą robić, co chcą. Nikt im w tym nie przeszkadza i nikogo to nie obchodzi. Nie bardzo widać, żeby ta absolutna wolność przynosiła im szczęście, bo w ciągu ostatniej dekady niemal 3 miliony rodaków wymeldowały się z kraju i mała szansa, że kiedykolwiek wrócą.

O rządzących, jak zauważył nawet ostatnio zawsze wierny „GW” Jerzy Jedlicki, nikt nie powie dziś dobrego słowa. Profesor udaje, że nie wie dlaczego i bąka coś o małym poczuciu obywatelskości, udziale w życiu społecznym i ble ble…Sam ma jednak na tyle poczucia rzeczywistości, że – choć go o to poproszono – nie będzie podawał żadnych kandydatur „Ludzi Wolności”, bo to określenie wydaje mu się „pretensjonalne”.

Coś tam więcej wie Marcin Król: żyjemy w świecie niesprawiedliwym, pozbawionym przeszłości i przyszłości. Coś trzeba z tym zrobić! Król boi się, że jeśli nadal nie będzie się myślało o równości, to kiedyś, a nawet w bliskiej przyszłości, przyjdzie to „coś” i rzuci się na tych, co przeszli po czyichś plecach do królestwa wolności, a przed innymi zamknęli drzwi. Musimy się ruszyć, odzyskać ideę równości – nawołuje. Inaczej będziemy wisieć na latarniach! Czytaj dopadnie nas ta ciemna tłuszcza i zrobi nam drugą rabację…Ratuj się, kto może!!! Byliśmy głupi – pisze Król – bo nie dostrzegliśmy ogromu polskiej biedy, rozmiarów oszustwa politycznego i gospodarczego, które zafundowała nam neoliberalna polityka w doktrynerskim wykonaniu Leszka Balcerowicza. 

Faktycznie nikt z etosowej ekipy, która przejęła władzę po 1989 roku na gospodarce się nie znał, nikt nie zarządzał nawet kioskiem Ruchu, więc „reformy Balcerowicza” nowa elita przyjmowała z bałwochwalczym zachwytem i burzliwymi oklaskami …Jak wspominała ostatnio Helena Łuczywo, nawet Jacek Kuroń był zafascynowany planem „budowania kapitalizmu”!

Nikt nie udowodnił, że nie można było inaczej. Ale i napompowane ideałami elity wniosły swoje do nowego porządku. Przecież nie kto inny, a Tadeusz Mazowiecki- jako pierwszy niekomunistyczny premier- wprowadził do obowiązku szkolnego powszechny obowiązek uczenia się w szkole, a nawet w przedszkolu, katechizmu. I tak to zostało do dziś, bo nauczanie etyki zamiast religii to czysta figura retoryczna. Z takim umysłowym wyposażeniem kończy się dzisiaj polską szkołę. W XXI wieku!!!

Podobno młodzież jeszcze się nie buntuje, bo na razie gra w niezwykle atrakcyjne gry komputerowe, rozmawia godzinami przez komórki i pstryka sweet focie. Ale jeśli dopiero teraz, po 25 latach profesor Król odkrył, że nie wiedział o co chodzi w III RP, to oni mają jeszcze czas!

                                                  Joanna Skoczylas


 



Dyskurs z przesunięciami percepcji

           … oto objaśnienie werdyktu jury, sporządzony przez jego przewodniczącą, przyznający laureatowi ważną Nagrodę: 

   „Jury (…) postanowiło przyznać pierwszą nagrodę za ryzyko eksperymentowania, za nieinstrumentalne, samodzielne podejście do aktualnych technologii, swobodę w podejściu do obowiązujących dyskursów, efemeryczność, wrażliwość, umiejętność pracy z przesunięciami percepcji oraz zjawiskami marginalnymi (…)”

    Nie mam nic przeciwko ekscentryczności, bogatym treściom (!), jakie zawiera powyższy cytat, zwłaszcza gdy służy on wszystkim zainteresowanym stronom. Zakładam, że jest to język porozumiewania się. I jeśli tak, powinniśmy przyjąć do wiadomości, że jest to „obowiązkowy dyskurs” w sztuce, uosabiany przez ZACHĘTĘ – NARODOWĄ GALERIĘ SZTUKI. Celebrowany pod honorowym patronatem nad Nagrodą jak i nad Radą Programową przy ZACHĘCIE  przez najbardziej wpływową (wg POLITYKI) osobistość kultury i sztuki 2013 – ministra Bogdana Zdrojewskiego. Tak jest i już. To jest wzór.

   PS. Wzmiankowana Rada Programowa, składająca się z jedenastu najwybitniejszych specjalistów i autorytetów z obszaru humanistyki, nie ma w swym gronie artysty malarza!  Można więc przyjąć, że oficjalnym aktem powołania Rady przez stosowny organ państwowy w 2013 roku, zawód artysty malarza przestał istnieć! Nie ma już w Polsce współczesnego malarstwa, o czym ze smutkiem donoszę

                                          Andrzej Skoczylas

Internet i „GW” w sieci muszą być za darmo!!!

Ponad tydzień temu”GW” zaszokowała swoich internautów ( a może i dziennikarzy?) nową „propozycją”: koniec z darmowym czytaniem w sieci! Macie wykupić abonament i to już! Ludzie się oburzyli i obrzucili „GW” wyzwiskami (czego oczywiście nie popieram). Dokładnie 4 lutego wszyscy dowiedzieliśmy się, że wyczerpaliśmy już limit czytania gratis na cały miesiąc. Czyli, albo płacisz, albo fora ze dwora! Pod idiotycznym hasłem „Czytaj tak, jak lubisz”! Arogancja po prostu dzika, nieprzytomna… Internauci zostali potraktowani jak  motłoch, z którym się nie rozmawia i któremu można wcisnąć z zaskoczenia każdą ciemnotę!!!

„GW” musi pamiętać inną aferę, tzw. sprawę ACTA. W skrócie chodziło o to, że amerykańscy producenci chcieli wymusić dla siebie kasę za prawa autorskie z globalnego internetu. Bo to oni, a nie artyści, są właścicielami praw do filmów, książek i muzyki..Taka optymalizacja zysku na światową skalę!

Od samego początku byłam przeciw! Kłamstwu, bo te giganty twierdziły, że dbają o prawa autorów, podczas gdy troszczą się naprawdę tylko o swoje zyski. A przede wszystkim przeciw bezmyślnemu podpisaniu ACTA w imieniu polskiego rządu.

Po raz pierwszy wówczas skrzyknęli się przez internet młodzi Polacy i w trzaskającym mrozie w wielu miastach masowo protestowali na ulicy. Do skutku!!! A jak to się skończyło, wiadomo.

Ten żałosny precedens jest teraz kopiowany przez „GW”, która chce narzucić płacenie za swoje internetowe wydanie. Kompletny idiotyzm! Argumenty amerykańskiego współwłaściciela, że „tak się robi w Ameryce” nijak się mają do polskich realiów. Oczywiście, sprawa jest zbyt drobna w porównaniu z globalnym wymiarem ACTA, by ludzie wyszli na ulicę, ale równie bulwersująca. I skandaliczna!

Nie wiadomo, ile osób uległo szantażowi i zdecydowało się w ciągu tego  tygodnia wykupić dostęp do internetu (na próbę za 99 groszy na jeden miesiąc, a potem już z pełną, sporą odpłatnością), bo „GW się tym nie chwali. Myślę, że  po prostu nie ma czym. Po paru dniach protestów ukazał się tekst Vadima Makarenki, próbujący tłumaczyć przyczyny tego desperackiego kroku. Czy to tekst pisany „na zamówienie”? Nie wiem. Dla mnie decyzja redakcji? koncernu?, która wymusza płacenie za czytanie w internecie to punkt dojścia. Dowód skrajnie kryzysowego stanu „GW” i Agory. Finansowego, ale przede wszystkim intelektualnego i moralnego!

Czytam „GW” od pierwszego numeru. Od 1989 roku. Była wówczas zjawiskiem na rynku prasy polityki. Nowe treści i nowa forma.Kompletny brak peerelowskiej nowomowy. Szturmem zdobyła rynek i czytelników, którym nie przeszkodziło nawet odebranie jej przez Wałęsę znaku „Solidarności”. Gazetę podpisywał Adam Michnik, ale robiły ją naprawdę inne osoby – Helena Łuczywo, Juliusz Rawicz, Ernest Skalski. Oczywiście, nie ze wszystkim, co się w „GW”ukazywało, zgadzałam się, ale to przecież normalne. Nie będę wytykać „GW” stronniczości, demagogii, manipulacji, których nie brakowało, bo to zbyt łatwe. Ale był to głos nowy, ożywiający polską prasę i polskie społeczeństwo!

Nakład ‚GW”z miesiąca na miesiąc rósł, bardzo szybko stała się prawdziwą instytucją, salonem, dla niektórych wyrocznią. Największą gazetą w Polsce! W pewnym momencie, jakby powiedział klasyk,”nastąpił zawrót głowy od sukcesów”.”GW” piórem Ewy Milewicz zadekretowała, że komuś „więcej wolno, a komuś mniej” . Mniej wolno, oczywiście ludziom związanym z peerelem i wszystkim „nienaszym”, a więcej ludziom „Solidarności”, a przede wszystkim „naszym”. I nikt nie zaprotestował!!! Chociaż oznaczało to podział na ludzi pierwszej i drugiej kategorii, lepszych i gorszych.W kraju już podobno wolnym i demokratycznym.

A ja pamiętam, że ta największa gazeta, założona przez liderów „lewicy laickiej” nie wydała nawet pisku protestu, kiedy Kościół narzucił praktycznie przymusowe nauczanie religii w szkole, a grupa posłów oszołomów wieszała pod osłoną nocy krzyż w Sejmie. Nie zająknęła się, gdy posłowie przyjmowali jedną z najbardziej restrykcyjnych w Europie ustaw antyaborcyjnych, nazywając ją obłudnie „kompromisem”. Mimo swojej „społecznej wrażliwości” nie zauważyła dramatycznych skutków powszechnej prywatyzacji-szoku wywołanego przez bankructwa setek przedsiębiorstw, upadek pegeerów, utratę pracy przez miliony ludzi, pojawienie się armii ludzi zbędnych, wykluczonych i prawdziwej biedy. Nie wspominając już o faktycznej likwidacji mecenatu, o zamykaniu bibliotek i domów kultury, wyrzucaniu książek (a także niektórych autorów) na śmietnik.

Po tym, jak „GW” osłaniała „reformy” Balcerowicza, uwłaszczanie się cwaniaków na narodowym majątku, sama postanowiła wykorzystać swój bezprecedensowy sukces i stać się koncernem medialnym. Porozdawała udziały swoim pracownikom i postanowiła wejść na giełdę. Z dnia na dzień szefostwo „GW” stało się milionerami (poza Michnikiem, który – jako jedyny – udziałów nie wziął), a wspólnikiem gazety została amerykańska spółka. Powstała „Agora”, koncern, który Amerykanie dokapitalizowali, oczywiście po to, by ciągnąć z niego zyski. Chyba nikt w redakcji nie zdawał sobie sprawy, co to oznacza!!! Co to jest komercja? Dla niektórych spoza niej to był już koniec etosu „GW”.

Ale to nie był koniec. Najbardziej wstydliwym momentem w historii „GW” stała się „sprawa Rywina”, jej przebieg i skutki. Naczelny „GW”, dla wielu bohater laickiej opozycji, przez całe lata udzielający nauk moralnych wszystkim wokół nagrał swój pijacko-knajacki bełkot z ówczesnym wielkim producentem filmowym („Pianista”), który proponował , że chętnie weźmie łapówkę za „załatwienie” nowej ustawy audiowizualnej, otwierającej „Agorze” drogę do telewizji. W ramach budowania koncernu. To był dowód na to, do czego prowadzi zasada: nam więcej wolno! Niejasne kontakty z ówcześnie rządzącym SLD i Leszkiem Millerem, ujawnione podczas posiedzeń komisji rywinowskiej zrujnowały mit o „niezależności” gazety.

Etos „GW” załamał się ostatecznie. Po aferze zaczął się zjazd po równi pochyłej. Odeszła, nie wiem, czy z własnej woli, współzałożycielka i faktyczna szefowa „GW” Helena Łuczywo, szefowa Agory Wanda Rapaczyńska.

Błyskawicznie nowym liderem rynku prasowego został pierwszy prawdziwy tabloid „Fakt”. To ten tytuł, na początku za symboliczną złotówkę stał się dyktatorem opinii publicznej. „GW” poniosła w konkurencji z nim klęskę, także ze swoim tabloidem. Jej komercyjne „kolorówki” przegrywają dziś konkurencję na rynku tzw. prasy kobiecej…W innych mediach poza TOK FM Agora nie istnieje.

Upowszechnienie się internetu, pojawienie  telewizji informacyjnych zdziesiątkowało czytelników papierowej „GW”, która błyskawicznie stała się gazetą „wczorajszą”. Nie wyciągnięto z tego żadnych wniosków. Nakład „GW” spadł o ponad połowę! I nadal spada! Nie pomogły zwolnienia, restrukturyzacje, Agora ledwo dyszy. Poziom codziennego wydania „GW” woła o pomstę do nieba, jakby gazeta nadal konkurowała na krzyk i sensacje z „Faktem”. Poważniejsze, udokumentowane publikacje stały się rzadkością.Ostało się jedynie wydanie świąteczne. Na razie.

Sięgnięcie do kieszeni internautów to będzie kolejna nieudana próba rozwiązania fundamentalnych problemów gazety: na oślep, bez zastanowienia i głębszej analizy. Vadim Makarenko twierdzi, że rynek reklamowy porzuca prasę dla innych mediów, a w internecie królują media społecznościowe, które dostarczają reklamodawcom znacznie więcej danych o klientach. Ale przecież żaden reklamodawca nie może ignorować masowego czytelnika!!! Internet był wielką szansą „GW”na zdobycie nowych odbiorców i odzyskanie starych. Ale nie będzie, jeśli będziecie się domagać kasy!!! Przecież koszt wydania internetowego to najwyżej 20 proc. wydania na papierze. I ostatni wyjątkowo nietrafny „argument” Makarenki: ci, którzy kupują jeszcze dochodową „GW” w papierze, finansują tych, co czytają w internecie. Czyli ci starsi finansują tych młodszych…A co w tym złego, skoro ci młodsi finansują emerytury tych starszych?

Kupy się to wszystko nie trzyma. Jeśli nie zrezygnujecie ze swojego obłędnego pomysłu stracicie i tych starszych i młodszych.Staniecie się z powrotem ośmiostronicową gazetką z 1989 roku. Z gazety masowej staniecie się jakąś „kadrówką”!!!

Ja na pewno przestanę was kupować i przeglądać w internecie…

                                                         joanna s.


Szukam madrych Polaków!!!

Czy łatwo spotkać u nas kogoś, o kim powiemy z uznaniem: to mądry człowiek? Pytanie retoryczne. Bo w mediach widzimy najczęściej rozjuszonych, wściekłych miotających wyzwiskami i oskarżeniami „polityków” (Palikot, Niesiołowski, Kutz, Macierewicz), dotrzymujących im kroku”uczonych”(Krasnodębski, Legutko,Hartman, Środa), feministki(Szczuka) i antyfeministki(Kempa, Wróbel),”macho” (Hofman, Kurski, Rozenek, Ziobro), rozkosznie gaworzących różnych rozwalonych na fotelach sybarytów i królów życia (Kalisz, Dorn), a nawet ostatnio perorujących księży, ogarniętych obsesją seksualną (Oko)…

Bo to oszołomstwo, samozadowolenie, brak panowania nad sobą, wybujałe ego, a także inwektywy, insynuacje, oskarżenia, napaści personalne najlepiej w mediach się sprzedają. Jak gdybyśmy żyli w jakimś umysłowym Mc Donaldsie, który ma co chwila eksplodować i wyrzucać z siebie tony śmieci!!! To się nazywa infotaiment, z którego żyją informacyjne media.

Mam tego dość!!! Mnie to po prostu brzydzi!!!

Zadałam sobie trud sformułowania warunków, które powinna spełniać osoba – nieważne polityk, uczony, duchowny czy zwykły człowiek, aby warto było posłuchać, co ma do powiedzenia. Kto w  sposób naturalny potrafi zdobyć szacunek? Kto może stać się autorytetem nie tylko na rodzinnych imieninach?

Oczywiście taki ktoś powinien mieć rzetelną wiedzę i nie kłamać, aby się komukolwiek przypodobać, nie wprowadzać nikogo świadomie w błąd. Powinien mieć odwagę głoszenia niepopularnych poglądów, jeśli jest do nich przekonany i potrafi to rzeczowo uzasadnić. Nie powinien wypowiadać się, zwłaszcza kategorycznie, w sprawach, o których nie ma pojęcia. Np. jak onegdaj profesor Janusz Czapiński, psycholog uchodzący za zrównoważonego, prowadzący ciekawe badania nastrojów Polaków, ni stąd ni zowąd zabrał się do tokowania nt. polityki polskiej w sprawie Ukrainy, dzieląc niczym przywódca w Jałcie strefy wpływów w tym wielkim kraju, opowiadając żenujące brednie, budzące grozę wśród innych uczestników dyskusji o sprawach aktualnych w TOK FM.

Człowiek, którego w sposób naturalny uznamy za mądrego nie może być błaznem! Jak Palikot z plastikowymi genitaliami czy butelką wódki w ręku czy Kutz, faworyt ekipy Gierka (którego nazywa dziś Zagłębiakiem), walczący dziś o mandat europejski pod sztandarami autonomii Ślązaków. Zadaniem mądrego polityka nie jest rozbawianie publiki, ale praca nad formułowaniem i uzasadnianiem swoich sądów i ocen… I ich rozważna obrona!!!

Podejmując jakiś temat człowiek mądry musi mieć pewność, że nie przyjął z góry żadnych niczym nie uzasadnionych założeń. Że jego poglądy wynikają z konkretnych doświadczeń lub przeprowadzonych badań, a nie są brane z sufitu,”bo tak mi się podoba”. Że nie żywi żadnych uprzedzeń ani przesądów w stosunku do poruszanego tematu. Ze jego nastawienie do osób, o których mówi lub pisze, pozbawione jest osobistych pretensji, kompleksów, nie wspominając już o złości czy nienawiści. Że w swoich pracach lub wypowiedziach kieruje się bezinteresownością, dążeniem do prawdy, a nie chęcią pognębienia kogoś lub obrony własnego, rodzinnego czy jakiegokolwiek partykularnego interesu. Że, jeśli ma wątpliwości, lub czegoś nie wie, to mówi o tym otwarcie i nie formułuje ostatecznych sądów. Że jest skłonny wysłuchać innej niż własna opinii i jeśli nie znajduje wiarygodnych kontrargumentów, nie przeciwstawia się tylko po to, by zaznaczyć swój sprzeciw i wrogość do wypowiadającego się adwersarza, przypisując mu niskie lub niegodne intencje, nie atakuje przeciwników ad personam, sięgając nawet do historii rodziny.

Jest trochę takich ludzi, ale bardzo niewielu!!!

                                                                 joanna s.


Czy sczezną humaniści?

 Najgorzej jest z filozofią. Poza Warszawą, Krakowem i Poznaniem kandydatów na studia tylu, co kot napłakał. I z roku na rok coraz mniej. Do tego stopnia, że np. Uniwersytet w Białymstoku, na wniosek samych profesorów (sic!) chce zlikwidować ten kierunek i powołać nowy pod seksowniejszą – jak im się wydaje – nazwą „kognitywistyka”. Co to miałoby znaczyć, nie wiadomo. Za Białymstokiem pójdą inni, już się szykują. Protestują profesorowie najlepszych szkól wyższych i białostoccy studenci, którym grozi, że skończą studia, które wygasną razem z ich rocznikami, a nawet ich nazwa stanie się obca!

Powiem wprost: żadne protesty nie zmienia powszechnego dziś przekonania, że filozofia to studia dla jakichś nieudacznych pięknoduchów, a innym „normalnym”filozofia nikomu do niczego nie służy. I nie da się na niej zarobić. Ani profesorom ani absolwentom. A pracodawcy – nawet jeśli tego nie pokazują – pukają się w czoło, widząc tak „absurdalny” dyplom.Powiedzieć, ze filozofia nie jest modna ani wzięta to zwykły banał.

Dno zainteresowania notuje jeszcze inny kierunek- filologia klasyczna: kilku, kilkunastu kandydatów na istniejące jeszcze studia. Najwyżej, bo na jednym z uniwersytetów pojawił sie jeden chętny! Nisza w niszy…Prawie nikt nie chce się uczyć łaciny, greki, nie wspominając już o innych bardziej egzotycznych, archaicznych i nikomu niepotrzebnych językach. I pomyśleć, że jeszcze parę lat temu Leszek Kołakowski żałował ( w rozmowie ze Zbigniewem Mentzlem), że poświecił tyle czasu polityce, co okazało się – jego zdaniem – całkowicie bezsensowne, zamiast uczyć się greki. Nie udało się tego nadrobić, niestety!!! Bo na wszystko jest odpowiedni czas…Szkoły, studiów! 

Poziom nauczania filozofii nie jest u nas – łagodnie mówiąc – najwyższy. Nie mamy żadnego prawdziwego autorytetu w tej dziedzinie. Zdarza się, że wykładowcy opowiadają studentom jakieś dziwne rzeczy (sama słyszałam, jak jeden z nich, nawet szanowany, stawiał znak równości pomiędzy okupacją hitlerowską a rewolucją społeczną). Trudno natknąć się na ciekawą i zrozumiałą dla normalnego inteligenta interpretację jakiegokolwiek „odwiecznego” problemu filozoficznego, głos filozofów  w sprawach aktualnych (poza profesorami Środą i Hartmanem, którzy niestety z reguły wpadają w niezrozumiałą dla ludzi histerię) czy udział w debacie na jakikolwiek ważny nie tylko filozoficzny temat jest niemal niezauważalny. Najgłośniejszym polskim „filozofem” (czyli absolwentem filozofii) stał się Janusz Palikot…

Ale chyba nie tutaj przyczyna odchodzenia filozofii i humanistyki w ogóle w głęboki cień.! Odmóżdżanie przyszłych obywateli zaczyna się w pierwszych klasach szkoły podstawowej, ba, już nawet w przedszkolach, gdzie jedyną podawaną strawą duchową jest najbardziej prostacka wersja katechizmu, czyli religia w wydaniu dla dzieci i młodzieży. To jest dziś wyposażenie duchowe młodych ludzi, z którym startują w dorosłe życie!!!I zdaniem  chyba większości rodaków całkiem wystarczające!

Głos środowiska naukowego jest niemal niesłyszalny, a jeśli nawet panie i panowie coś tam pisną, to prawdę powiedziawszy, nikogo to specjalnie nie interesuje. W każdym razie nikogo, kto miałby wpływ na zmiany. Nowa minister Lena Kolarska-Bobińska, przecież z zawodu socjolożka, coś tam tylko bąka pod nosem. A więc w przewidywalnej przyszłości nic się nie zmieni!

Humanistyka została rzucona na rynek i padła. Bo klęska zaczęła się znacznie wcześniej. Po 1989 roku runęło całe czasopiśmiennictwo społeczno-kulturalne, te parę pism, które się ostały, są w 100 proc. finansowane przez resort kultury. Wydają po tysiąc egzemplarzy, które się nie sprzedają. Dlaczego? Bo 60 proc. Polaków w ogóle niczego nie czyta, nawet programu telewizyjnego! W szkołach królują bryki i testy, czyli nauka cwaniactwa na stopień. Oczywiście uczniowie i studenci nie czytają też w tym samym stopniu co cała reszta. Nie poprawi się nic, jeśli wiedza humanistyczna będzie w tak niskim poważaniu. Jeśli nie wprowadzi się do szkól dobrych, współczesnych lektur, zwyczaju dyskutowania o nich, a nie „przerabiania” i jeśli katechizm będzie zastępował tam filozofię czy choćby etykę. Jeśli pogoń za kasą i całkowicie utylitarne pojmowanie nauki i wiedzy będzie ogarniać tak wielkie rzesze nauczycieli i profesorów. Przez krótki czas filozofia była w programie liceów ( lata 60.) i nie był to wulgarny marksizm-leninizm. Było, ale się skończyło, i niewiele osób to pamięta.

Czy nadal będziemy kształcić młodzież na umysłowe kaleki, nieumiejące się wysłowić nie tylko w językach obcych, ale także w mowie ojczystej? Czy za granicą Polacy będą się imać niemal wyłącznie najniżej płatnych prac, którymi tubylcy pogardzają? Czy bycie mądrym nadal będzie wymagało u nas odwagi i ogromnego samozaparcia, bo mądrość nie daje kasy? A czy do naszego życia publicznego nie przydałoby się dodać choćby odrobinę rozumu?


                                                joanna s. 

      

13 Szkodników…

Jak zapowiedziałem, przystępuję do przedstawienia 13 Szkodników 2013 roku, choć zdaję sobie sprawę z licznych niekonsekwencji, w jakie z miejsca popadam, a to:

   – nie da się, zresztą nie chce mi się ustalać czy będzie to mniej czy więcej niż 13,

    – czy szkody,jakie czynią, dotyczą tylko 2013, czy sięgają w głąb…  i czy tylko obszaru kultury i sztuki,

   – wreszcie, czy będzie to w ogóle ranking, kolejność, od największego szkodnika do najmniejszego (co samo w sobie jest już wystarczająco śmieszne, bo najmniejszy szkodnik jest już tak malutki, że go nie widać, ergo; nie ma szkodnika).

Tak więc zaczynamy: Andrzej Osęka, za bezpowrotne zniszczenie jedynej pozostałości po dziele Oskara Hansena w Warszawie, oraz za słynne „rozprawienie się” z twórczością Władysława Hasiora w wilhelmińskiej (od Wilhelmi) telewizji w programie „Sam na sam z…”w 1974. Jak pisze Hanna Kirchner we wspomnieniu sprzed 15 laty z okazji śmierci Hasiora, Osęka jako tzw. rzecznik publiczności w tym osławionym programie, dał niedościgły do dziś popis hipokryzji, populizmu w zwalczaniu artysty, zarazem obskurantyzmu i serwilizmu byle tylko przypodobać się swoim mocodawcom, którzy akurat, chwilowo, mieli do Hasiora pretensje o…religianctwo. 

Wojciech Fibak,za niekoniecznie uprawnione posługiwanie się statusem konesera sztuk pięknych, jako niezłym przykryciem do prowadzenia działalności (jak donosiła prasa), owszem, mającej wiele wspólnego ze sztukami, ale raczej towarzyskimi.

Miły Antek Krauze,za obłędne wręcz porywanie się na zrobienie filmu „Smoleńsk 2010”. Nie jest przecież tak głupi czy ślepy, by nie wiedzieć, że bez względu na ostateczny rezultat ekranowy jest to czyste szkodnictwo. Po prostu.

Boguś Deptuła,za pozory czyli mącenie ludziom w głowach. Były ekspedient w sklepie Artu, co dało mu legitymację do fachowości, bardzo przystojny, obecny redaktor naczelny Art & Business. Ten super luksusowy periodyk ma zaspakajać potrzeby przynależności do wielkiego świata posiadaczy rezydencji w kształcie „wanien z kolumnami”, w których nasz Boguś tak ślicznie wygląda.

Gorczyca i Kaczkowski z Rastra,za opluskwianie wokół (w tym zwolenników) zupełnie bez potrzeby. Przy okazji przekonali się jak łatwo wydawać pismo, które pada z braku funduszy, a innym przyganiać…

Jolanta i Andrzej Pieńkosowie, za „Leksykon sztuki polskiej XX wieku”. Wydawnictwa takie są bezcenne pod warunkiem, że są rzetelne naukowo i politycznie bezstronne. Leksykon ani jednym ani drugim nie jest! Patrz;pierwsze z brzegu hasło: Sztuka.

Zespół pracowników „merytorycznych” ZACHĘTY pod dyrekcją Hanny Wróblewskiej, za odrzucenie, bez wdawania się w szczegóły(!) propozycji przedstawienia w kształcie wizualno – przestrzennym dzienników, raptularzy, naszego wybitnego twórcy, organizatora i spiritus movens niezliczonych inicjatyw artystycznych (Krzywe Koło, plenery), wystaw i działań – Mariana Bogusza (1920-1980).

Na razie tyle, resztę się zobaczy

                                               Andrzej Skoczylas

Kapelusz JURREGO…

       Jerzy JURRY Zieliński KAPELUSZ NA ŚWIĘTO,1975. Minister Bogdan Klich,ZDERZAK

    Latem ubiegłego roku w krakowskim ZDERZAKU odbyła się wystawa METAPOLITYKA. Zainteresowała mnie z kilku powodów: przewrotności tytułu wystawy; MINISTER NIE APROBUJE TAKICH WYPOWIEDZI, udziału w niej obrazu JURREGO, a także wysokiej pozycji w naszej sztuce oferty ZDERZAKA.

   Galeria ta zasłynęła od momentu swego powstania w początku lat 90. intencją wylansowania (jakkolwiek dziwnie by to brzmiało), malarstwa Andrzeja Wróblewskiego, właśnie Jurrego Zielińskiego, a ostatnio, o czym wspominam pół żartem (patrz blog „Krakowskim targiem”), Mirosława Filonika. 

   Nawiązałem nawet kontakt z autorem wystawy METAPOLITYKA Janem Michalskim, próbując przy okazji uzupełnić, względnie sprostować, pewne fakty zawarte w skądinąd niezwykle cennej, monografii Jurrego wydanej przez Zderzak, JURRY POWRÓT ARTYSTY.

   Interpretować dzieło artysty, tytuł obrazu, zwłaszcza artysty nieżyjącego, można na różne sposoby, wtrąciłem więc tu swoje trzy grosze. Ważniejsze dla takiego dzieła, w tym wypadku Jurrego, jest ukazanie możliwie najpełniejszej prawdy o tle jego twórczości, różnorakich uwarunkowaniach i motywacjach ideowych. Eo ipso – przeciwstawienie się różnym mitom i bałamuctwom mnożonym przez różnych „największych przyjaciół” i „powierników”, których szeregi z upływem lat ciągle rosną. To nic nowego. Zwłaszcza gdy rzecz dotyczy Jurrego Zielińskiego, wybitnego artysty, którego znaczenie w polskiej sztuce wciąż wzrasta.

   Próbowałem więc np. wyjaśnić i przekonać pana Michalskiego, że coś takiego jak namalowanie przez Jurrego cyklu helsińskiego na zlecenie KC PZPR jest oczywistą bzdurą! Jest wykwitem mitomanów i podobnych „najlepiej poinformowanych”, „przyjaciół”, rozmaitych profesorów itd. Że trzeba mieć wyjątkowo blade pojęcie o realiach PRL-u, by taką brednię powielać i utrwalać w poważnym opracowaniu albumowym. Na autorze opracowania spoczywa jednak odpowiedzialność, obowiązek selekcji informacji o bohaterze swego studium, a różne bajdurzenia o samym Jurrym, jego czasie i otoczeniu nie mogą być usprawiedliwiane bezstronnością warsztatu badacza.

   Przedstawiłem np panu Michalskiemu informację, że ja (A.S.) przekazałem Jurremu swoją (przydzielony mi przez administrację w użytkowanie pustostan) „pracownię” w pomieszczeniach nr. 29 i 33 domu przy ulicy Markowskiej 16 w Warszawie. Sprawa nie podlega dyskusji – to jest fakt! Nikt i nic nie może go podważyć. Natomiast owszem – można go przemilczeć, co też skwapliwie się robi. Śmieszy mnie w tym kontekście ostrożność badacza, że dopóki nie zostaną otwarte archiwa ZPAP, dopóty w tej kwestii nie będziemy mieć pewności. Na litość, czego się pan spodziewa panie Janie Michalski po otwarciu czy zamknięciu archiwów ZPAP? Aż strach pomyśleć!

   Cieszy mnie proces powrotu (przywracania?) Jurrego do panteonu polskiej sztuki w czym rola Zderzaka jest nie do przecenienia. Ktoś powinien to robić i dobrze, że podjęli się tego pp. Marta Tarabuła i Jan Michalski. Jako człowiek z pewnym doświadczeniem mógłbym przestrzec jedynie badaczy twórczości Jurrego przed nadmiernym, bez należytego dystansu, przenikaniem się funkcji naukowo-badawczych z menedżersko-piarowskimi-towarzyskimi.To chyba możliwe, ale piekielnie trudne. I dzieje się najczęściej ze szkodą jednej z domen.

   Nie od rzeczy będzie tu jednak przypomnienie, jak to w Krakowie w połowie lat 90. z okazji wystawy Andrzeja Wróblewskiego zorganizowanej przez Zderzak, Jerzy Bereś, wybitny przecież artysta, nie zostawiał suchej nitki na Wróblewskim, lżąc go publicznie, (co dla znawców twórczości Beresia ma swój pikantny smaczek)  jako szkodnika, skandalicznego wytwórcę kiczów!

   To nie memento lecz ku uwadze.

                                                          Andrzej Skoczylas

 

              

Kultura – kto ma na nią wpływ?

Wydawałoby się – proste! Oczywiście artyści, twórcy przez to, co tworzą z niczego…przy pomocy na ogół jakichś pieniędzy, czasem bardzo niedużych (kartka papieru i długopis). Ale także przez to, co mówią o innych artystach lub czego nie mówią, a chcieliby, i my się tego domyślamy.

Jednych artystów cenimy, innych mniej. Wczoraj jednych, dzisiaj drugich. Gdybym miała powiedzieć, czyj głos lub jego brak jest dziś w polskiej kulturze najdonioślejszy, nie miałabym wątpliwości. Andrzej Wajda!

Dlaczego on? Artysta musi mieć oczywiście za sobą dzieło. I Wajda je ma – „Kanał” i „Popiół i diament” są trwale zapisane w historii kina polskiego i światowego. Nakręcił też wiele innych wybitnych filmów („Ziemia obiecana”,”Człowiek z marmuru”, „Bez znieczulenia” ). Brał się zawsze za najważniejsze dla Polaków tematy: powstanie warszawskie, wprowadzanie – narzucanie nowego ustroju, polski stalinizm, konflikty, bunty i nadużycia wielkich haseł w peerelu, hańba marcowa, Katyń, ostatnio Wałęsa…W samolubnym ( ale, wiadomo,  uzasadnionym!) przekonaniu, ze jeśli on się za to nie weźmie, to tematu nikt nie ośmieli się ruszyć! I nadal kręci, bierze się za ekranizację zapisków Marka Edelmana. 

Miewał różne poglądy i wyrażał rozmaite opinie. W przeszłości mówiło się, że nie ma własnego zdania, że wpływają na niego inni, mniej zdolni, że oglądał i czerpał z dzieł wielkich, ale i modnych twórców. Czyli, że był raczej odbiciem niż autentycznym, samoświadomym twórcą.

Z biegiem lat powoli ale bezustannie wracał i rewidował swoje różne nietrafne decyzje, błędne oceny i krótkotrwałe fascynacje. Zweryfikował na swój i nie tylko swój użytek obiegowe opinie o ważnych polskich sprawach i ludziach. Oddał hołd swoim nie zawsze „słusznym” kolegom, jak Jerzy Kawalerowicz i Andrzej Munk. Przestał dzielić twórców na naszych i nienaszych, tych, co mieli i tych co nie mieli jakiejś legitymacji raz czerwonej, innym razem z obrazem Matki Boskiej. I zaczął mówić własnych głosem, jakże często wbrew mainstreamowym opiniom.Co, rzecz jasna, przysporzyło mu wrogów.

I taki człowiek rzeczywiście ma dziś wpływ na kształt polskiej kultury- przez swoje filmy i swój głos!

W innych dziedzinach twórczości takie osoby da się policzyć na palcach jednej ręki. Kiedyś było ich chyba więcej. Myślę jednak, że niektórzy z nieżyjących (Witold Gombrowicz, Sławomir Mrożek, Leszek Kołakowski, Maria Ossowska, Władysław Strzemiński, Konrad Swinarski, Jerzy Grotowski, Alina Szapocznikow, a nawet Agnieszka Osiecka) nadal wywierają wpływ na kształt naszego życia artystycznego i intelektualnego. Większy niż minister Zdrojewski.

Nie ma chyba dziś pisarza, który mógłby uchodzić za „inżyniera dusz”. Nie ma nawet takiego, którego jakikolwiek utwór mogłabym przeczytać dwukrotnie. Niestety. No, może poza Zygmuntem Baumanem, który beletrystą nie jest, ale wybitnym intelektualistą niewątpliwie tak!

Oczywiście wśród osób wywierających ogromny wpływ na nasze otoczenie artystyczne byli od niepamiętnych czasów wielcy mecenasi. Ale w odróżnieniu od dzisiejszych prezydentów,ministrów czy urzędników wydawali na dzieła Leonarda da Vinci czy Michała Anioła swoje własne pieniądze, a przede wszystkim kierowali się swoim niezawodnym gustem, nie musieli pytać innych o zdanie, nie powoływali komisji, bo mieli własną wizję tego, jak ma wyglądać ich miasto, pałac, ogród, obrazy, rzeźby, zastawa, biżuteria i szaty.Ostatnim takim  Medyceuszem w Polsce był książę Adam Czartoryski ( a pierwszym i największym królowa Bona Sforza).

Myślę, że nie da się stworzyć żadnej dzisiejszej „listy wspaniałych”(jak próbowała tego „Polityka”), jeśli się o tym nie pamięta lub , co gorsza, nie wie!

                                                          joanna s.

 

13 Wspaniałych

   POLITYKA ogłosiła ranking 20 najbardziej wpływowych osobistości polskiej kultury. Nie mogła się co prawda zdecydować; czy to 20 osobistości, czy tyleż postaci, czy po prostu grupa ludzi i używa tych pojęć wymiennie (dla mnie te określenia nie znaczą to samo), ale czytelnik ma sobie poradzić sam i wybrać dogodną opcję. Dobrze! Istotne jest to, że są to osobistości czy ludzie, wpływowi.

   I znów dylemat – czy redakcji chodzi o ludzi wpływowych jako takich (mających wpływ na innych, a nie ulegający wpływom, na przykład), o autorytety, czy też, jak objaśnia redaktor, (wyłoniona dwudziestka to – przyp. mój)ludzie mający dziś kluczowy wpływ na ofertę kulturalną w Polsce”. Inaczej – czy są to twórcy, czy ludzie etatowo pełniący funkcje administracyjne w obszarze kultury i sztuki. Towarzystwo mamy tu silnie przemieszane i nie mam pewności czy autorowi (autorom?) o to chodziło?

   Otóż ranking POLITYKI to pod tym względem istne kuriozum: na dwadzieścia miejsc, trzynaście zajmują urzędnicy! Nie zmienia niczego fakt, że numer 1 na liście, to minister kultury i dziedzictwa narodowego, a najwyżej ulokowany twórca, Jacek Bromski, to dopiero numer 6!

   Wydawałoby się, że porównywanie z sobą nieporównywalnego  w dość powszechnej  opinii uchodzi za jałowe, by nie rzec, absurdalne. Okazuje się, że nie dla autora rankingu, redaktora Piotra Sarzyńskiego. Z drugiej strony, nie posądzam go o naiwność czy brak wiedzy o materii, którą zajmuje się od lat na łamach najbardziej wpływowego papierowego medium, jakim jest POLITYKA. O co więc tu chodzi? 

   Osobistością zostaje się nie z racji pełnionej funkcji – to jasne. Minister Bogdan Zdrojewski pełni swą rolę zręcznie, unikając wszelkich trudnych czy kontrowersyjnych decyzji, jakby go nie było, przyznaję, lecz jako funkcjonariusz aparatu państwa znaczy do końca swej kadencji tyle, (jest bardziej czy mniej wpływowy”) jak wielkim budżetem dysponuje. W tej ostatniej kategorii może konkurować z innymi, np. ministrem rolnictwa, ale nie z twórcami!

   Dopieszczana przez redaktora Sarzyńskiego grupa trzynastu; dyrektorów, menadżerów, organizatorów, specjalistów itp. etatowych aktywistów frontu kulturalnego, ma w swym gronie osoby niewątpliwie cenne i utalentowane. Ale na litość, jeszcze nie Osobistości! Nie Wpływowi! I to z tego tylko tytułu, że pełnią dziś funkcje kierowników wydziałów kultury czy dyrektorów fundacji i rozdzielają pieniądze! Przecież niemal automatycznie tracą swój – magiczny dla Redaktora – wpływ, gdy zostają odwołani przez swą zwierzchność lub procedury demokracji.

   Wygląda mi więc na to że celem obecnego rankingu jest powołanie, choć na chwilę, czegoś na na kształt plejady, której uczestników demiurgiem, na swój obraz i podobieństwo, jest Piotr Sarzyński. To podejrzenie potwierdza fakt sukcesu „rankingu” POLITYKI sprzed czternastu lat, na najwybitniejszych artystów polskich XX wieku, w  wyniku czego odbyła się głośna wystawa SŁOŃCE I INNE GWIAZDY w Zachęcie. Myślę więc, że siłą sprawczą obecnego „mieszania” wśród ludzi kultury, osobistości, wielkości itd. jest nostalgia. Przeżyć dobre jeszcze raz!

   Rzeczywiście, będąc czytelnikiem od początku istnienia POLITYKI i wręcz nałogowo od niej uzależnionym, obserwuję od lat, niejako z konieczności, przy okazji, działalność Piotra Sarzyńskiego jako publicysty i krytyka plastycznego. Lista „20 najbardziej wpływowych…” najlepiej ilustruje cechy, preferencje, upodobania i istotę prasowej aktywności twórcy rankingu. Gdyby najkrócej to ująć, powiedziałbym: recenzent POLITYKI najlepiej czuje się, rozumie się, wśród swoich – ministrów, dyrektorów galerii, muzeów, fundacji i podobnych depozytariuszy  (najwyższych wartości, oczywiście). Do tego potrzebne są takie cechy jak: gładkość, giętkość, układność, skrywanie własnego zdania (jeśli takowe jest), cierpliwość przeczekiwania dekoniunktur, orientacja w rysujących się tendencjach itp. itp. Słowem, lustrzane odbicie autora.

   Trochę dziwię się redakcji POLITYKI, że poszła na takie autorskie, ambitne krotochwile, tak jak nie uwierzę, by coś wnieśli do inicjatywy rankingu formalni współautorzy – specjaliści, literatury, teatru, filmu, sztuki…Nie widać, niemożliwe…

                                                       Andrzej Skoczylas


PS. Przygotowuję ranking, paralelę słynnej sentencji Andrzeja Partuma: – JESTEŚ IGNORANTEM KULTURY I SZTUKI, 13 największych szkodników kultury i sztuki 2013.                        PS.2 Miłego Noweg Roku

   

 

 

 

 

Gender w Kościele macho?

Czytam, że dziewczynki, wracając ze szkoły, pytają, czy można zarazić się gender. Czyli kampania trwa w najlepsze, zalewa nas fala,której początkiem stały się  antygenderowe występy naszych(?) biskupów, którzy znaleźli wreszcie sobie odpowiednio groźnego wroga.

Bardzo byłam z początku zdziwiona, gdy hierarchowie rzucili się jak wściekli na „gender”. Oczywiście nie wyjaśniając swoim maluczkim, co to znaczy, bo wtedy manipulowanie duszyczkami jest o ileż łatwiejsze i przyjemniejsze! Od razu jasne się stało, że grzechy główne, herezje, odszczepieńcy, apostaci i inni husyci to betka wobec tej „ideologii”, negującej prawa natury i naukę Kościoła na temat kobiet, w której – jak wiadomo – tradycyjnie traktuje się je jak bezwolne i posłuszne maszyny do rodzenia i, oczywiście, bezkrytycznego słuchania i powtarzania tego, co im wkładają do głów ich duszpasterze.

Pyta mnie znajoma, dlaczego zamiast o”gender”nie mówi się o równouprawnieniu. Wtedy nikomu nie trzeba by było niczego tłumaczyć, bo od razu wiadomo, o co chodzi. Otóż właśnie dlatego, żeby zbyt wielu wiernych nie wiedziało, czym się ich straszy! Bo jak szybko wytłumaczyć przerażonej dziewczynce, że nie ma się czego bać,że nie można zarazić się „gender”, skoro na plakacie w szkole przedstawiono „to” jako rodzaj dżumy czy cholery? Ona już się tym przejęła i trzeba będzie dużo czasu i cierpliwości, by wyjaśnić, o co chodzi w tym „gender”.

Także dużo całkiem dorosłych kobiet, niewprowadzonych w sprawę nie wie, czym jest ten straszny „gender”. Ale puszczaja  klątwy biskupów mimo uszu, o czym świadczy brak zainteresowania i omijanie tematu po obowiązkowym wysłuchaniu listu biskupów w trakcie niedzielnej mszy. Tworzą się co prawda wśród wiernych kółka potępiające cały ten „gender” jako obrazę boską, ale wydaje się, że prędzej czy później temat umrze śmiercią naturalną. Już stał się przedmiotem kpin i drwin, dowcipów i zabawnych memów.

Hierarchowie tymczasem nadal uważają, że natrafili na rodzaj złotej żyły i nie zaprzestają swojej „antygenderowej kampanii”, licząc na niezorientowanych czy słabo wykształconych wiernych, dla których to brzmiące obco słowo ma być uosobieniem zła i grzechu, pogardy dla rodziny, moralnego nihilizmu i rozpusty. Dla osób więcej wiedzących taktyka hierarchii jest jasna i prosta. Ma zmobilizować wszystkich, których się da, w szeregi swoich przekonanych sprzymierzeńców, do walki o „całą wstecz”. Czy jakaś „antygenderowa” krucjata wyruszy do boju? Wątpię. Na razie odsłoniła tylko skrywany dotąd męski szowinizm znacznej części polskich hierarchów.

Przykre to i zawstydzające. Nie liczę jednak na rychły odwrót kościelnych propagandystów. Może kiedyś to nastąpi, ale po cichu, chyłkiem, jak to najczęściej w polskim Kościele bywa.

                                                       joanna s.