Krakowskim targiem…

MIROSŁAW FILONIK                                                                                       dawno dawno

   W Zderzaku przy przy Floriańskiej trwa wystawa obiektów świetlnych Mirosława Filonika. Nie udało mi się obejrzeć ich na miejscu, ale skojarzyły mi się z warszawską tęczą Julity Wójcik, która przechodzi kolejną w swej krótkiej historii, martyrologiczno- medialno-ideologiczną metamorfozę. Pomyślałem, czy nie zdrowiej byłoby dla wszystkich, gdyby na placu Zbawiciela, krakowskim targiem (pół na pół, spotkanie w połowie drogi), zajarzyły się ZAMIAST diody czy jarzeniówki Filonika. Co by było?

   Ano, znikłby problem materialnego niszczenia, tak spektakularny przy tęczy,(promień światła czy laser jest wszak nieuchwytny dla zdrowych, narodowo-katolickich pięści, a zniszczenie zasilania to jednak nie to). Zresztą po co miałby być niszczony, skoro  narodowe hufce nic by z niego nie rozumiały, w przeciwieństwie do „pedalskiej tęczy”.

   Tęcza jest obiektem artystycznym. Ma swoje przestrzenne wymiary. Bardziej czy mniej łatwopalna, z naturalnych bądź sztucznych kwiatów, jest integralną, przestrzenną konstrukcją i jako taka podlega formalnym kryteriom oceny. Dziełem sztuki stała się w momencie postawienia na osi ulicy Marszałkowskiej w Warszawie! I powinno się jej bronić – nie ma dwóch zdań! (co prawda jest trochę słabsza od Łuku Triumfalnego na osi Pól Elizejskich, ale Paryż to nie Warszawa, a nawet nie Bruksela, gdzie już stała). Ale… kompromis? Pozbawiona naturalnych czy sztucznych kwiatów jest tylko zardzewiałym, przypadkowym, pokracznym drapakiem, z perspektywą rosnącego wciąż kosztorysu za rekonstruowanie, po kolejnym auto-da-fe. Ostatni preliminarz – 190 000 pln!  Zgoda, nie takie rzeczy nazywano dziełami sztuki i świat się nie zawalił, ale…

   Dobicie targu ze Zderzakiem i lansowanym przezeń M.Filonikiem, zastąpienie jego dziełem, dzieła Julity Wójcik, definitywnie zamknęłoby sprawę.

   Oboje artystów uprawia, najogólniej mówiąc, podobny nurt twórczości – sztukę efemeryczną, niematerialną (co jest tylko pozornym paradoksem). Zamiana ich dzieł na placu Zbawiciela nie obrażałaby wrażliwości specjalistów i znawców, ponieważ jakość kreacji obojga artystów jest zbliżona, by nie powiedzieć identyczna, oddalając tym samym podejrzenie o wypieraniu lepszego pieniądza przez gorszy. Zarezerwowana w budżecie Warszawy kwota (kto powiedział, że nie mogłaby być wyższa?) topiona w serialu Tęcza, usatysfakcjonowałaby , sądzę, twórcę instalacji świetlnej. A galeria Zderzak wylansowałaby wreszcie (do sprawy wrócę) swego artystę, co przyniosłoby korzyść sztuce polskiej.

                                               Andrzej Skoczylas

Tęcza jak malowanie

 

   Z narastającym obrzydzeniem oglądałem w TVN, wymianę myśli zachwyconych sobą posłów Jacka Kurskiego z Ryszardem Kaliszem.

   Tematem była tęcza z placu Zbawiciela i treści jakie ona zawiera, względnie jakie  powinno nosić pogorzelisko, to co po niej pozostało. Jacek Kurski funduje nam wszystkim tęczę biało-czerwoną, patriotyczną, ostrą jak szpadryna polityczna, którą jako wybraniec narodu, stale się posługuje. Ryszard Kalisz znów, w falstaffowskiej kreacji, w której jak uważa zachwyca wszystkich, broni najwyższych Wartości jak tolerancja, czyli humanistycznych, czego nie dopowiada ale co się rozumie samo przez się, patrząc na jego wciąż dostatnią i rozradowaną, buźkę. No i ten temperament, eksplodujący obezwładniającą życzliwością do przeciwnika w sporze, prowadzonego wydawałoby się ze skrajnych pozycji; nacjonalizm kontra uniwersalizm. Słowem, zaprzyjaźnieni z sobą panowie piją sobie z ust mądrości, wzajemnie sobą zachwyceni a tzw. różnice zdań należą do konwenansu i eleganckiego dyskursu, który uwielbia (żadnej tym razem ingerencji) gospodyni studia, p. Pochanke.

   Pan Kurski, jak to on, chlastał biało-czerwoną tęczą (taka jest logika tego pana), jako jedynie możliwą kreacją w katolickim kraju, a jeszcze przed kościołem Najświętszego Naszego Jedynego Zbawiciela, tak że, nie ma o czym gadać! Pan Kalisz zaś, jako najwybitniejszy interpretator i wręcz kodyfikator wszelkich praw w tym kraju, do czego zdążył już nas przyzwyczaić w swych publicznych występach, ani się nie zająknął, przez chwilę nie przyszła mu do jego humanistycznej umysłowości okoliczność o jakiej „dyskutuje”, że obiekt przestrzenny imitujący tęczę, jest własnością autorki, JULITY WÓJCIK. Że został tam postawiony legalnie! I że został uszkodzony, spalony celowo przez super patriotów, kolegów pana Kurskiego. I że owi patrioci, ewentualnie mogliby, po znajomości, być bronieni przez wyrozumiałego humanistę, mecenasa Kalisza, tylko przed Sądem Rzeczypospolitej! 


TADEUSZ KANTOR (1915 – 1990), Warszawa pl. Teatralny, 2001 r.                      fot. Dominik Wize

   Pierwszym i jedynym warunkiem legalizmu i ochrony deklarowanych wartości, dla szanującego się prawnika-obywatela, nie jest „dyskutowanie” w telewizji z politycznym grandziarzem, lecz doprowadzenie do przywrócenia „tęczy” stanu pierwotnego. W przeciwnym wypadku, rzeczywiście, nie ma o czym gadać.

                                                                           Andrzej Skoczylas

Polityka niewidzialna?

Przeczytałam to, co napisane w „gdybym…”i bardzo się zdziwiłam. Tekst jest pod hasłem : w PRL-u plastykom było fajnie, bo po socrealizmie władzy nie chciało się już niczego artystom narzucać, wszystko było wolno! To, że odpuszczono narzucanie artystom czegokolwiek, to prawda…Już w początkach odwilży, dokładniej w 1955, kiedy z okazji światowego festiwalu młodzieży i studentów wyszło na ulice i to dosłownie: nowe pokolenie artystów olśniło warszawiaków i nie tylko wielkoformatowymi, zaskakująco nowatorskimi dekoracjami Nowego Światu i na pół wypalonych ruin Marszałkowskiej. Czy ktoś (poza ówczesnym, nieżyjacym od ponad dekady ministrem kultury Włodzimierzem Sokorskim, patronem i pomysłodawcą wystawy) może pamiętać, że sławny Arsenał miał być pokazem sztuki socrealistycznej w wykonaniu nowego pokolenia studentów i absolwentów szkół artystycznych? A, jak wiadomo, stało sie symbolem buntu! Również organizatorzy i jurorzy I paryskiego Biennale młodej sztuki(1958), gdzie w naszej reprezentacji znalazł się kwiat młodych malarzy: Pągowska, Lebenstein, Gierowski,Sienicki,Dominik od razu zorientowali się, że polska sztuka, zawsze zwrócona na Zachód, nie chce już nawet pamiętać o socu, a w sposób naturalny wpatrzona jest znów w Paryż! Doceniono to natychmiast: Jan Lebenstein otrzymał wówczas jedną z pięciu nagród w dziedzinie malarstwa oraz – co ważniejsze – zachwycony Jean Cassou przyznał mu także Wielką Nagrodę Miasta Paryża (stypendium i wystawa w Petit Palais, jedyne tak znaczące wyróżnienie w Paryżu dla polskiej sztuki po dziś dzień!!!) 

Po paru latach prób narzucania jedynej słusznej doktryny w dziedzinie sztuk plastycznych władza rozumnie przyjęła wobec artystów prostą zasadę, dziś brzmiałaby ona: róbta, co chceta!

Jednak jeżeli autor tekstu i malarz w jednym głosi, że polityka kulturalna, polityka mecenatu w peerelu była niemal wyłącznie w gestii środowiska, a władza nie wtrącała się właściwie do niczego, to trzeba – przeciwnie – ogłosić wielki triumf ówczesnej polityki kulturalnej prowadzonej w sposób tak wyrafinowany i w aksamitnych rękawiczkach, że adresaci w ogóle jej nie zauważali!!

Tymczasem było tak: marchewka-pieniądze mecenatu, które były podstawą egzystencji przytłaczającej większości środowiska (zakupy prac, zlecenia, wystawy, stypendia, nagrody, pracownie, mieszkania, nie wspominając już o niezliczonych plenerach, sympozjach, seminariach) były rozdzielane przez ministerstwo kultury, często, ale nie zawsze, w porozumieniu z ZPAP, wydziały kultury rad narodowych wszystkich szczebli oraz specjalnie do tego powołane instytucje państwowe , takie jak PSP, PKZ i inne, na czele których stali ludzie zaufani, którzy w przypadkach wątpliwych radzili się tych jeszcze bardziej zaufanych.

Z kolei Akademie i wyższe szkoły sztuk plastycznych dawały zatrudnienie i wysoką pozycję często wybitnym artystom, pod jednym warunkiem: lojalności i dobrej współpracy z organizacją partyjną i ogólniej z władzą.A najwybitniejsi artyści- Jan Cybis, Eugeniusz Eibisch, Xawery Dunikowski, Jonasz Stern, Artur Nacht Samborski objęli profesury z dobrodziejstwem inwentarza, niektórzy z nich nawet próbowali się mierzyć z wymogami socrealizmu („Lenin i spójniacy” Eibischa). Te same proste zasady obowiązywały wszystkich szefów państwowych muzeów i galerii. Ten system, którego, oczywiście, ważnym ogniwem był Związek Polskich Artystów Plastyków zrzeszający praktycznie wszystkich artystów tej dyscypliny, nie tylko organizacja twórcza i związek zawodowy, ale szerzej samorząd plastyków, mający swoje i to znaczne fundusze (odpisy ze wszystkich dochodów osiąganych przez członków, którzy otrzymywali swoje honoraria na konta prowadzone przez związek), galerie, ośrodki plenerowe, domy pracy twórczej, funkcjonował właściwie bez wielkich konfliktów aż do 1980 r. Oczywiście na licznych spotkaniach towarzyskich plotkowano i wyśmiewano się z różnych partyjnych i rządowych person, ale żeby otwarcie się przeciwstawiać? Co to, to nie! Środowisku powodziło się całkiem nieźle i nawet ta kawiarniana opozycja była finansowana często bezpośrednio przez tę głupią władzę!!!

Oczywiście, jak w każdym układzie trwała walka o pozycje, posady, wystawy, wyjazdy zagraniczne. Ale nic nie przeszkadzało późniejszym gwiazdom opozycyjnej sceny Aleksandrowi Wojciechowskiemu i jego ówczesnej asystentce Andzie Rottenberg aranżować polskie wystawy na weneckim Biennale, Andrzejowi Osęce pisać w reżimowej”Kulturze” i przygotowywać ekspozycję krakowskiej grupy Wprost (Grzywacz,Bieniasz, Sobocki)na kolejnym Biennale w Paryżu. Oczywiście nie wszyscy artyści „pasowali” do tego układu, bo układni w ogóle nie byli – Partum, Jurry, KwieKulik, ale i oni miewali swoje szanse…

Kiedy wybuchła „Solidarność” duża część środowiska straciła z zachwytu przytomność do tego stopnia, że w stanie wojennym wystawiała wyłącznie w kościołach!!! Dziś wielu woli tego nie pamiętać, podobnie jak i polski Kościół, który nie toleruje buntowników i potępia z ambon wszelkie „bezbożne” dzieła nawet w niezależnych galeriach, a jego wyznawcy bez żenady wytaczają artystom procesy o „szarganie świętości”!!!

Tymczasem artyści są pozostawieni sami sobie… niektórzy zyskują wsparcie mediów, inni nie…Wspaniała szkoła konformizmu. Bo środowisko samo już się nie broni. Bo nie ma jak. W III RP bohaterski ZPAP, rozwiązany w stanie wojennym nie ma żadnego znaczenia (choć jeszcze zipie), a układ, na czele którego stał, ostatecznie dokonał żywota. Sic transit, niestety. Frustracja? Tak, oczywiście!!!

                                        joanna s. 

O(siągnięcia) D(okonania) S(ukcesy)

   Jak czułem, wczorajsza Konferencja KULTURA lat 70.pod egidą marszałka Wenderlicha,  nabierze charakteru ODS, co jest wręcz nieuniknione, gdy weźmie się pod lupę wybrany segment naszej najnowszej historii. Nie po to przecież zrobiono konferencję, by ten okres unicestwiać. A jeszcze, gdy dekadę gierkowską, jak się mówi potocznie, nazwie się  Dobą Edwarda Gierka(doba, to może być Cezara), jak zrobił to w wydanym Kalendarium Grzegorz Wiśniewski, obok Rafała Skąpskiego, organizator Konferencji.

   Łatwo sobie wyobrazić opcję przeciwną, a wtedy ten sam okres będzie np. Z(adłużeniem), D(egradacją), Z(niewoleniem). Wiemy jak to zrobić – wystarczy złożyć w ręce Antoniego Macierewicza.

   Groźba pokusy idealizowania Dekady, przestrzeganie przed jednostronnością było sygnalizowane we wprowadzeniu marszałka Wenderlicha jak i w słowie wstępnym Leszka Millera i na ogół w wystąpieniach licznych mówców było uwzględniane. Jednak charakter takiego spotkania, wręcz jego fundamentalna zasada, zakłada swobodę i nieskrępowanie głoszonych poglądów, a również, co oczywiste, ich kontrowersyjność.

   I tak, z tematyką kultury w latach 70. zmagali się m.in. Józef Tejchma (nadesłany referat), prof. Władysław Markiewicz (o społeczeństwie w latach 70.),po czym nastąpiło krotochwilne, delikatnie mówiąc, wystąpienie Jerzego Gruzy o telewizji Szczepańskiego, oraz ciekawe rozważania o stereotypach opinii w środowisku literackim Wacława Sadkowskiego. 

   Ogólne wrażenie z konferencji, mimo wysiłków ukazywania również ciemnych stron tych lat (cenzura, ręczne sterowanie,fasadowość) pozostaje jednak takie, jak w tytule.

   Natomiast grzechem organizatorów, i to ciężkim, nadużywających przy tym autorytetu marszałka i przewodniczącego Millera, było niedojście do skutku zapowiadanej dyskusji!

   W programie Konferencji przewidziano 11 przygotowanych wystąpień w ciągu pierwszych dwóch godzin, a następna godzina miała być poświęcona na dyskusję. Głosy z sali. Do tego nie doszło, ponieważ przygotowani (!?) mówcy szczelnie wypełnili 3 godziny zarezerwowane w sali im. Ignacego Daszyńskiego (skądinąd porywającego mówcy, czego o prelegentach powiedzieć się nie da) na konferencję. Na litość, tak nie można! I po prostu nie wypada.

                                                                                      WAS

    

Gdybym..

   brał udział w konferencji pod egidą Wicemarszałka Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej Jerzego Wenderlicha – Kultura lat 70. i miałbym wypowiedzieć się na temat sztuki dekady gierkowskiej, gdybym miał ważyć jej dokonania i ciemne strony, to spełniłbym zamówienie wtedy, gdybym zbilansował wszystkie za i przeciw. O tyle jest to niewykonalne, że musiałbym przedstawić i rozpatrzyć wszystkie zjawiska i wydarzenia jakie miały miejsce w tej dekadzie, a to jest dla mnie w tej chwili niemożliwe. Ograniczę się więc do kilku wrażeń i impresji z pozycji uczestnika życia artystycznego tych lat.

   W lata 70. kilkunastotysięczna rzesza artystów plastyków wkraczała objęta organizacyjnymi ramami Związku Polskich Artystów Plastyków. Była to najliczniejsza organizacja twórcza w kraju, w rzeczywistości spełniająca wszystkie funkcje związku zawodowego. Ponieważ jej tradycje, branżowego organizowania się artystów, wywodziły się z II Rzeczypospolitej (były więc otoczone nimbem i automatycznym autorytetem), z mniej istotnymi modyfikacjami dotrwały do lat 70. Z jedną kapitalną różnicą – w PRL-u była to organizacja totalna, ogarniająca i wcielająca w swe szeregi niemal wszystkich (z wyjątkami typu Nikifor) uprawiających zawód artysty. Bez przynależności do ZPAP praktycznie nie dawało się żyć. Stosunki: administracja państwa – dziedzina plastyki, sprowadzały się praktycznie do kontaktów z ZPAP, który mimo swych demokratycznych struktur, pozostawał organizacją silnie scentralizowaną i, jak byśmy dziś powiedzieli, uporządkowaną. Pozwalało to z jednej strony na proste „transmitowanie” oczekiwań władzy (w latach 70. bardzo skromnych), kierowanych do środowiska, czyli do ZPAP, z drugiej, na formułowanie w imieniu „całego środowiska” dezyderatów i żądań. Były one, jak zawsze w przypadku związku zawodowego, skoncentrowane na warunkach uprawiania zawodu (budowy pracowni. przydziałów mieszkań, zapewnienia materiałów specjalistycznych itp), na promocji i upowszechnianiu twórczości (budowa galerii i sal wystawowych, stały postulat powołania pisma plastycznego), sprawach bytowych (cenniki usług plastycznych,honoraria, system emerytur). Ta problematyka dominowała przebieg nieskończonej liczby narad, sympozjów i zjazdów z udziałem władz politycznych i administracji terenowej. Nic więc dziwnego, że na sprawy wprost twórcze nie pozostawało miejsca, najczęściej zresztą ku uldze stron, uwolnionych od zajmowania wyraźnego stanowiska. Obowiązywała niepisana umowa – wy nam nie utrudniacie życia opozycyjnym politykierstwem – my wam dajemy w miarę możliwości opiekę socjalno-bytową, spełniając przy tym postulaty (np. wprowadzając urzędy plastyka miejskiego, wojewódzkiego) i nie wtrącamy się do warsztatu twórczego. Taka była sytuacja w latach 60. gdy po październikowej odwilży nastąpiła niebywała erupcja dzieł i nowych zjawisk w sztuce polskiej i gdy baza wyraźnie nie nadążała za nadbudową, i w tych realiach wchodziliśmy w lata 70. czas ugruntowywania osiągnięć i stabilnego rozwoju.

   Ponieważ relacje władza – twórcy kultury, wydają się główną osią Konferencji, przełożenie ich na kontakty z dziedziną plastyki, prowadzi do ciekawych konstatacji. Słynne „otwarcie” dekady gierkowskiej (kontakty z Zachodem, liberalizacja i wolnościowe powiewy), paradoksalnie, wcale nie były jakimś przełomem, zdobyczami dla środowiska plastycznego. Ono już je w dużym stopniu miało wcześniej. Kto chciał i miał coś do powiedzenia w Europie i na świecie (Alina Szapocznikow, Jan Lebenstein, Roman Cieślewicz, Magdalena Abakanowicz, Tadeusz Kantor i wielu innych)docierał tam pokonując bariery paszportowe, dewizowe, wreszcie gdy chęć, szczęście i fortuna sprzyjała, „wybierał wolność”, bez towarzyszącej kiedyś temu aktowi propagandowej nagonki, odium zdrady itp. Można rzec, mówiąc nieelegancko, władzy to zwisało, czy Roman Opałka na swoich obrazach będzie odliczał w Warszawie czy w Londynie, a Krzysztof Wodiczko swój Pojazd, napędzał będzie w Ogrodzie Saskim czy na Manhattanie. Co innego Herbert, Woroszylski, nawet Tyrmand…

   Na terenie sztuki liberalizm i swobody twórcze były normą. Nie straszył nikogo Jan Lebenstein czy Józef Czapski siedzący u Giedroyca, których dzieła były kolekcjonowane, wystawiane i opisywane w Kraju. Normą był suwerennie decydowany, bez nadmiernych administracyjnych ingerencji, udział nasz w najwyższej światowej rangi imprezach, jak weneckie i paryskie Biennale czy Documenta w Kassel. Podobnie czymś oczywistym było zorganizowanie w Polsce; Międzynarodowych Triennale, rysunku we Wrocławiu, Międzynarodowych Biennale, plakatu w Warszawie i grafiki w Krakowie. To nie było EURO 2012 w Polsce i Ukrainie, zrobione i zapłacone  przez FIFA – to było coś znacznie trudniejszego i zarazem, przełomowego.

   Gdyby ktoś chciał mówić o opresjach, to tak, sztuka ich doznawała. W 1975 roku, na łamach warszawskiej Kultury, ukazał się słynny tekst Wiesława Borowskiego, kierownika Galerii Foksal, gromadzącej creme de la creme polskiej awangardy, pt.”Pseudo awangarda”. Nie pozostawiał on suchej nitki na konkurencji, wskazując po nazwisku, kogo należy „odstrzelić”. Napisałem wtedy polemiczny tekst zatytułowany, „Donos Wiesława Borowskiego”. Tak, był to milicyjny donos na pasożytów i to „bezkarnych”, dostarczający argumentów dla ich resocjalizacji. Jak w maoistowskich Chinach w czasie rewolucji kulturalnej! I zrobił to humanista, człowiek kultury, nie widzący w swym postępowaniu piramidalnej hipokryzji. Pod tym względem konkurować z nim mógł jedynie Andrzej Osęka, chwalca nowoczesności, który gdy tylko mógł, bezpowrotnie zniszczył jedyną pozostałość po dziele Oskara Hansena, bo ten zakłócił jego święte prawo własności.

   W tymże roku 1975, Polska Sekcja Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki (AICA), zrobiła ankietę wśród swych członków i w jej wyniku, wystawę w ZACHĘCIE, pn. Krytycy Sztuki Proponują 30 DZIEŁ XXX-lecia. Propozycję złożyło 21 najwybitniejszych polskich krytyków. Próżno dowiedzieć się z publikacji o jakie trzydzieści i czego dotyczyła liczba XXX (i nie był to przypadek!). Ciekawsze są ostateczne ustalenia specjalistów. Przytoczę je dla potomności, choćby w części: 1/Zdzisław Beksiński, 2/Tadeusz Brzozowski, 3/Władysław Hasior, 4/Andrzej Wróblewski, 5/Jerzy Nowosielski, 6/Józef Gielniak, 7/Maria Jarema, 8/Piotr Potworowski, 9/Henryk Stażewski, 10/Jan Lebenstein …  16/Gustaw Zemła, 17/Jan Cybis, 21//Henryk Tomaszewski, 22/Xawery Dunikowski, 24/Tadeusz Kulisiewicz, 34/Bronisław W. Linke, 45/Marian Bogusz, 47/Eugeniusz Eibisch, 51/Jan Lenica, 91/Józef Czapski, 95/Tadeusz Dominik, 129/Franciszek Strynkiewicz, 139/Barbara Zbrożyna.

   Guru polskiej krytyki z lat 1945-1981,1982-1989( w podziemiu), i od 1989 w naziemiu, patron swej wychowanki, Andy Rottenberg – prof. Mieczysław Porębski, w odpowiedzi na ankietę XXX m. in. napisał: (wytypować dzieła nie może,bo – przyp. mój) „od paru dziesiątków lat dzieła już nie powstają (…) mamy natomiast do czynienia z działalnością”. Takie ujecie problemu dzieła, które nie istnieje, ma pewien wpływ na operacje jakie trzeba czynić na leżącym odłogiem terenie sztuki. Dobrze to ilustruje opracowanie (wynik „działalności”) Andy Rottenberg – SZTUKA W POLSCE 1945-2005. Główna lustratorka III RP (pełniąca już nieskończenie wiele funkcji – dyrektora departamentu w MKiDN, dyrektorki Zachęty, dyrektorki galerii ZPAP, przewodniczącej polskiej AICA, prezesa fundacji Batorego i kuratora wszystkich możliwych biennale, doradcy Prezydenta RP itd), w swoim wiekopomnym opracowaniu, finezyjnie rozwija nauki mistrza – dobrze wie, co nie jest dziełem sztuki i jacy artyści już nie istnieją. I tak np. zostali przez nią zdekomunizowani, lub z innych strategicznych powodów odesłani w niebyt: Tadeusz Kulisiewicz, Eugeniusz Eibisch, Mieczysław Wejman, Leon Michalski, Marian Wnuk, Tadeusz Trepkowski, Mieczysław Berman, Jerzy Duda-Gracz, Władysław Jackiewicz, Eugeniusz Geppert, Franciszek Starowieyski, Kazimierz Ostrowski, Stanisław Dawski, Antoni Kenar. Proces trwa, a skutki jego są na razie nie do oszacowania. Dzięki (?) uporczywej pracy takich aktywistów frontu ideologicznego jak pani A.R. – nie tylko o latach 70, konsumować będziemy kłamstwa, ale szerzej, formowane będą z wypaczoną świadomością kolejne pokolenia. A to jest już poważne i społecznie groźniejsze.

                                                                   Andrzej Skoczylas 

 


Do filmowca…

                                                             … na posłanie,

      Przyleciały cztery panie

      Ze szczebiotem i furkotem

      Posiedziały, pogadały,

      Na złość mu się nie oddały

      I pofrunęły z powrotem.

Tę uroczą fraszkę ANDRZEJA DZIATLIKA przywołuję z powodu trwającej właśnie w Muzeum Karykatury wystawy (26 listopada – 26 stycznia 2014) Klinika Andrzeja Dziatlika.

Fraszka ta pochodzi z drugiej połowy lat 50. ubiegłego wieku, z czasów gdy Dziatlik stał się współpracownikiem SZPILEK, czyli Parnasu na obszarze satyry, jego działalność stała się, niejako automatycznie, głośna i podziwiana, a ja, jej wielbicielem.

Pozwalam sobie na ten osobisty wtręt z kilku powodów:

      – najdłużej się znamy. Poznaliśmy się jako mieszkańcy słynnej bursy szkół artystycznych przy ulicy H. Pobożnego we Wrocławiu. On był 20-letnim studentem Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, ja 16-letnim uczniem Liceum Sztuk Plastycznych. Już wtedy owiany był aurą wybitnego artysty, który rozpoczyna wielką karierę (niedługo zresztą uciekł do Warszawy, by wyrwać się zzasr…j wrocławskiej doliny”, jak wtedy mawiano i wypłynąć na szerokie wody). To, że zaszczycał mnie wtedy, smarkacza,  znajomością i rozmowami…o sztuce, tłumaczę sobie żywiołową towarzyskością Andrzeja i… jego gadulstwu.

      – temu, że w jakiś sposób wpłynął na moje losy. Wieści o sukcesach Dziatlika, również o tym, że był w pracowni Henryka Tomaszewskiego, docierały do Wrocławia, elektryzowały nas. Spowodowały, że wraz z moim ówczesnym przyjacielem, postanowiliśmy go naśladować i również studiować na ASP w Warszawie, a ja wyzbyłem się planów studiowania architektury we Wrocławiu.

Łamy Szpilek, tygodnika Świat, na przełomie lat 50. i 60. były forum, amboną Dziatlika, miejscem głoszenia szczególnej pedagogiki społecznej”, a także specyficznych polemik i komentarzy. Wspomniana fraszka np. to echa konfiguracji towarzyskich ówczesnych elit cyganerii, rankingów warszawskich plejbojów, w których filmowcy zajmowali bezapelacyjnie pierwsze miejsce.  Było to głęboko niesprawiedliwe i krzywdzące, a praktycznie przynosiło wymierne straty, ponieważ nasze koleżanki z ASP, uchodzące za najpiękniejsze w Warszawie, nie chciały w ogóle na nas patrzeć, oczekując propozycji filmowych. Dziatlik (sam bezpośrednio zainteresowany) tym wstrętnym podrywaczom „dał odpór”. Podobnie jak skomentował ówczesną akcję propagowania autostopu: rysunek, samochodzik, w nim rozparty troglodyta. Na poboczu dziewczynina, machająca zawzięcie książeczką autostopu (tak, były takie książeczki!). Podpis: Albo cnotka, albo piechotka.

Nade wszystko jednak Dziatlik zasłynął wtedy plakatem Powrót taty, chyba pokłosia jakiegoś wygranego konkursu antyalkoholowego czyli akcji, które trwały u nas zawsze i będą trwały do końca świata z wiadomymi rezultatami. Plakat ten jest absolutnym klasykiem. Przeszedł do historii jako zbliżony do ideału zbiór (na płaszczyźnie 100 x 70 cm) elementów – konceptu, lapidarności, odkrywczości, wyrazistości i atrakcyjności. Niedowiarków kieruję do Wilanowa. Jeśli nie mam racji, stawiam espresso ze śmietanką w Telimenie.

      – by przypomnieć, że gdy tylko miałem okazję, zaproponowałem Andrzejowi rubrykę-kolumnę w SZTUCE, by zamieszczał swój doskonały komiks dla dorosłych! Mam satysfakcję, ze w ten sposób dałem mu okazję do nieskrępowanego wyrażania swego patrzenia na świat. A że jest to prosty rysunek? Tym lepiej.

Szperaczy odsyłam do;- SZTUKA 1/1991, SZTUKA 2/1991, SZTUKA 3/1991        

                                                                        Andrzej Skoczylas        

Hartman w cieniu Palikota?

 
Przeczytałam w „GW” wywiad z interesującym mnie profesorem Hartmanem. Byłam ciekawa, jak on sam siebie ogląda i ocenia jako filozofa i aspirującego polityka.

Przyznam się, że myślałam, że wniesie on coś nowego do pejzażu umysłowego naszej lewicy, który – moim zdaniem – jest szary i raczej depresyjny. Rozczarowanie pełne. Poza antyklerykalizmem, który podzielam i o którym miałam już okazję pisać, nie zauważyłam w wywiadzie śladu poglądów filozoficznych ani społecznych profesora. Nie wiem, jacy filozofowie są dla niego ważni, jakie dzieła ceni i dlaczego. Wyczytałam tylko znużenie wykładami innych profesorów, tych lepszych średniaków, co się oczywiście zdarza i to często. Ale co znajduje się w pana bagażu filozoficznym ? Wielka niewiadoma!

W „Rzeczpospolitej”przeczytałam w kolejnym wywiadzie z panem (żwawo reklamuje pan swoją książkę), że najchętniej wprowadziłby pan odpłatne studia wyższe i takąż służbę zdrowia.Czyli w tej sprawie różni się pan od wszystkich tych, którzy walczą o równy start dla wszystkich Polaków! Pełny liberał! Czy to wypracowany pogląd czy chwilowy kaprys?

W obu wywiadach jednak najwięcej jest o panu. Mówi pan o sobie mało ciekawie, a co gorsza – mimo że chwali się pan swoja samokontrolą – to w pańskich wypowiedziach nic takiego nie występuje. Poza rozmaitymi objawami zdenerwowania nie ma tam niczego ani nowego ani godnego uwagi. Czy perypetie z pracą dyplomową, albo stosunki z tatusiem warte są tak szerokiej i szczegółowej ekspozycji?

Jest pan faktycznie nerwowy, nawet znerwicowany, wybuchowy i impulsywny. Cechy jak na filozofa ( dla którego – jak nauczał Arystoteles – najważniejsze jest poszukiwanie „złotego środka”), przyzna pan, dosyć rzadkie. Chociaż zdarzali się i tacy cholerycy jak pan. Tyle że ci, których pamiętamy, wnieśli coś ważnego do filozofii.

Pan wykłada historię filozofii, a uczelnia skazuje na pana obecność różnych młodych ludzi. Czy pan wie, jak pana oceniają? To byłoby ciekawe, bo tak naprawdę nade wszystko pan kocha być Hartmanem. Czyli nie wiadomo, czy narcyzem, czy kabotynem, mędrcem czy błaznem. Myślę, że po trochu wszystkimi naraz.

Chce pan walczyć ze złem, co uważa za nieporównywalnie pilniejsze niż pisanie o rzeczach dobrych.No, nie wiem. Pisanie na „tak” jest zdecydowanie trudniejsze. Ale zgadzam się, że Hartman wie, jak pisać teksty tak, aby dotknęły do żywego sprawców tego, co uważa za zło. Po napisaniu jednak chowa się w mysią dziurę i udaje, że go nie ma. Przede wszystkim chce walczyć z obłudą. Z którą nikt jeszcze nie wygrał, bo jest wygodna i uczy się jej od dziecka, a potem wielu dobrze służy przez całe życie. Myślę, że zło ma wiele innych niebezpieczniejszych postaci!

Poza tym Hartman ma zamiar uszlachetnienia polskiej polityki, bo jak pisze:” jeśli ludzie z cenzusem, na przykład profesorowie czy działacze społeczni z dużym dorobkiem, będą się przyłączać, to państwem rządzić będą nie tylko przeciętniacy. Prosta zasada”.

Dla mnie za prosta. Uniwersytecka polityka nie sprawdziła się w historii. Nie chcę wspominać słynnego powiedzenia Bismarcka, ale wystarczy chyba starożytna sentencja : „najpierw żyć, później filozofować”.

Doświadczenia życiowe ma Hartman bardzo ubogie. I chyba tym tylko można tłumaczyć, że „oczarował go Palikot”! Ma pan podobno być giermkiem w jego orszaku. Nie zazdroszczę panu wiedzy i intuicji, skoro tak się pan deklaruje. Kiedyś trzeba się nauczyć, czym jest polityka, zwłaszcza ta w wydaniu Palikota. Najlepiej na własnej skórze. To będzie rozkoszna lekcja, gwarantuję!

                                                                                joanna s. 

Co dalej z Hartmanem?

Po jego gremialnym i nieprzemyślanym ataku na szkołę, nastawiłam się negatywnie do profesora. Zdenerwowany, miotający inwektywy, to  mi się bardzo nie spodobało. Ale przeczytałam jego tekst przeciwko konkordatowi, usłużnie podpisanemu już w nowej Polsce, który – mówiąc w skrócie – spowodował, ze staliśmy się państwem wyznaniowym.

Presja wiszących krzyży we wszystkich możliwych budynkach, salach i pomieszczeniach publicznych, faktyczny nakaz nauki religii w szkole, a nawet w przedszkolu, itd. Porwać się na krytykę tego fatalnego stanu rzeczy to dowód odwagi! A tej u nas bardzo brakuje, jak wiadomo lemingi potrzebują tylko ciepłej wody i żeby nikt im nie zawracał głowy jakimiś tam głupimi sporami!

Profesorze, ma pan teraz ( jak słyszę ) szanse uczestniczenia w tworzeniu nowej lewicowej czy też lewicowo-liberalnej partii politycznej.Niestety na rozwalającej się bazie partii Palikota. Ale nie będę panu odmawiać szansy ukształtowania czegoś nowego po lewej stronie, bo tam jest, niestety, pustka. SLD szykuje się do sprzecznej z lewicowym rozumem koalicji z PO, a niektórzy twierdzą, że nawet z PIS! Nie chcę, by lewica żyrowała to gnijące status quo.

Lewicowy elektorat potrzebuje czegoś innego, bardziej zdecydowanego, ideowego, nienastawionego na ciągłe bezsensowne kompromisy, które poza obsadzeniem stołków swoimi nie prowadzą do niczego sensownego.

Jeśli rzeczywiście chce pan tego 6 października przedstawić coś nowego, to czekam! Czy widzi pan w tej nowej formacji miejsce dla Palikota? 

                                         joanna s.

Kto wymyślił profesora Hartmana?

Mimo że oglądałam profesora na własne oczy, mam wrażenie, że jest postacią wymyśloną, nierzeczywistą, z kosmosu.

Mówi i pisze rzeczy, o których tak się u nas nie mówi i, oczywiście, nie pisze. Czasem trafnie i ciekawie, a czasem, niestety, ponoszą go nerwy, a efektem są takie pokraczne teksty jak te ostatnie o stanie edukacji (o którym skądinąd wiadomo, że jest fatalny).

Bardzo wnerwiony wykrzyczał w „GW” coś w rodzaju manifestu pod hasłem „zamknąć te szkoły”! Szkoła – głosi – jest – i zawsze była, i zawsze będzie – „bastionem drobnomieszczaństwa i filisterstwa, wszelkiej dulszczyzny i oportunizmu”, a jej program to breja ulepiona z przypadkowych i mało pożywnych składników.

I dalej:”masowa edukacja powstała głównie po to, by pod pretekstem nauki umiłowania ojczyzny umacniać więź młodego obywatela z państwem ( i jego religią), kładąc mu do głowy stosowne mity, a gdy trzeba, to i podsycając nienawiść do „odwiecznych wrogów”. Upadek tej najgorszego autoramentu schedy, jaką stała się szkoła powszechna, zresztą nie wiadomo która – podstawowa czy średnia, a może obie, jest  – zdaniem profesora – zjawiskiem powszechnym i nieodwracalnym. Żadne reformy niczego nie zmienią.

W tej beznadziejnej sytuacji, jak ją określił, proponuje – nie dostrzegając tu najmniejszej sprzeczności – swoje „pięć punktów”dla szkoły, które mają być „połowicznym urealnieniem programu nauczania”. „By człowiek umiał myśleć logicznie, trzeba go uczyć logiki, by liznął mądrości, potrzebuje trochę filozofii, skoro ma być obywatelem, trzeba go uczyć podstaw prawa, skoro tak strasznie chce żyć sto lat w zdrowiu i seksie, trzeba go uczyć elementów medycyny, skoro chce mieć dużo pieniędzy, niechaj się dowie, skąd się bierze bogactwo i bieda.”

Co do tego ostatniego, to trzeba by było w naszych szkołach (podstawowych? średnich?) zatrudnić laureatów nagród Nobla z ekonomii, ale nie sadzę, by żyło ich tylu, by mogli obsłużyć więcej niż dziesięć polskich szkół. A czy nauczyliby kogoś, co robić, by być bogatym, szczerze wątpię, bo gdyby sami dokładnie wiedzieli, byliby bilionerami, a nikt z nich nie był i nie jest, bo nie o to im chodzi. Co do pozostałych punktów, też nie wiem, kto i jak miałby w tysiącach szkół uczyć logiki, filozofii (jakiej i jak?), podstaw prawa (polskiego, rzymskiego, europejskiego?), elementów medycyny (jakich?) tak, by osiągnąć wskazane przez profesora cele.

Rozumiem, że cała reszta dzisiejszego bagażu jest do wyrzucenia na śmietnik! A więc byłoby chyba jeszcze gorzej niż jest teraz. Oczywiście nieprawda, że taka „szkoła” dałaby uczniom „jakieś minimum orientacji w świecie i trochę rozwinęła ich inteligencję”.

A w ogóle, czy w szkole tylko o to chodzi? Jest wielki problem, czego i w jaki sposób uczyć we wszystkich szkołach wszystkich szczebli w świecie, który zmienia się w szaleńczym tempie i w którym nikt z nas nie wie, co będzie robił i z czego żył, jeśli nie jutro, to za miesiąc lub dwa. Co jest ważne na całe życie, poza umiejętnością czytania, pisania i liczenia, czego nie można się nauczyć poza szkołą?

Pewnie umiejętności uczenia się, ale czy na pewno? Coś tam na ten temat jeszcze napiszę, bo nie odpowiadają mi żadne recepty wypowiadane przez Hartmana ani „kanony”i „rygory”, podsuwane przez zagonionych do dyskusji innych profesorów!

                                            joanna s. 

 

Limeryk

        Pewien A., pominę nazwisko
    Lubił wsadzać kijek w mrowisko.
    Wskutek wielu potyczek
    Złamał mu się patyczek
    Więc do Rudy na lato prysnął.

                                                       Maria Ekier