brał udział w konferencji pod egidą Wicemarszałka Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej Jerzego Wenderlicha – Kultura lat 70. i miałbym wypowiedzieć się na temat sztuki dekady gierkowskiej, gdybym miał ważyć jej dokonania i ciemne strony, to spełniłbym zamówienie wtedy, gdybym zbilansował wszystkie za i przeciw. O tyle jest to niewykonalne, że musiałbym przedstawić i rozpatrzyć wszystkie zjawiska i wydarzenia jakie miały miejsce w tej dekadzie, a to jest dla mnie w tej chwili niemożliwe. Ograniczę się więc do kilku wrażeń i impresji z pozycji uczestnika życia artystycznego tych lat.
W lata 70. kilkunastotysięczna rzesza artystów plastyków wkraczała objęta organizacyjnymi ramami Związku Polskich Artystów Plastyków. Była to najliczniejsza organizacja twórcza w kraju, w rzeczywistości spełniająca wszystkie funkcje związku zawodowego. Ponieważ jej tradycje, branżowego organizowania się artystów, wywodziły się z II Rzeczypospolitej (były więc otoczone nimbem i automatycznym autorytetem), z mniej istotnymi modyfikacjami dotrwały do lat 70. Z jedną kapitalną różnicą – w PRL-u była to organizacja totalna, ogarniająca i wcielająca w swe szeregi niemal wszystkich (z wyjątkami typu Nikifor) uprawiających zawód artysty. Bez przynależności do ZPAP praktycznie nie dawało się żyć. Stosunki: administracja państwa – dziedzina plastyki, sprowadzały się praktycznie do kontaktów z ZPAP, który mimo swych demokratycznych struktur, pozostawał organizacją silnie scentralizowaną i, jak byśmy dziś powiedzieli, uporządkowaną. Pozwalało to z jednej strony na proste „transmitowanie” oczekiwań władzy (w latach 70. bardzo skromnych), kierowanych do środowiska, czyli do ZPAP, z drugiej, na formułowanie w imieniu „całego środowiska” dezyderatów i żądań. Były one, jak zawsze w przypadku związku zawodowego, skoncentrowane na warunkach uprawiania zawodu (budowy pracowni. przydziałów mieszkań, zapewnienia materiałów specjalistycznych itp), na promocji i upowszechnianiu twórczości (budowa galerii i sal wystawowych, stały postulat powołania pisma plastycznego), sprawach bytowych (cenniki usług plastycznych,honoraria, system emerytur). Ta problematyka dominowała przebieg nieskończonej liczby narad, sympozjów i zjazdów z udziałem władz politycznych i administracji terenowej. Nic więc dziwnego, że na sprawy wprost twórcze nie pozostawało miejsca, najczęściej zresztą ku uldze stron, uwolnionych od zajmowania wyraźnego stanowiska. Obowiązywała niepisana umowa – wy nam nie utrudniacie życia opozycyjnym politykierstwem – my wam dajemy w miarę możliwości opiekę socjalno-bytową, spełniając przy tym postulaty (np. wprowadzając urzędy plastyka miejskiego, wojewódzkiego) i nie wtrącamy się do warsztatu twórczego. Taka była sytuacja w latach 60. gdy po październikowej odwilży nastąpiła niebywała erupcja dzieł i nowych zjawisk w sztuce polskiej i gdy baza wyraźnie nie nadążała za nadbudową, i w tych realiach wchodziliśmy w lata 70. czas ugruntowywania osiągnięć i stabilnego rozwoju.
Ponieważ relacje władza – twórcy kultury, wydają się główną osią Konferencji, przełożenie ich na kontakty z dziedziną plastyki, prowadzi do ciekawych konstatacji. Słynne „otwarcie” dekady gierkowskiej (kontakty z Zachodem, liberalizacja i wolnościowe powiewy), paradoksalnie, wcale nie były jakimś przełomem, zdobyczami dla środowiska plastycznego. Ono już je w dużym stopniu miało wcześniej. Kto chciał i miał coś do powiedzenia w Europie i na świecie (Alina Szapocznikow, Jan Lebenstein, Roman Cieślewicz, Magdalena Abakanowicz, Tadeusz Kantor i wielu innych)docierał tam pokonując bariery paszportowe, dewizowe, wreszcie gdy chęć, szczęście i fortuna sprzyjała, „wybierał wolność”, bez towarzyszącej kiedyś temu aktowi propagandowej nagonki, odium zdrady itp. Można rzec, mówiąc nieelegancko, władzy to zwisało, czy Roman Opałka na swoich obrazach będzie odliczał w Warszawie czy w Londynie, a Krzysztof Wodiczko swój Pojazd, napędzał będzie w Ogrodzie Saskim czy na Manhattanie. Co innego Herbert, Woroszylski, nawet Tyrmand…
Na terenie sztuki liberalizm i swobody twórcze były normą. Nie straszył nikogo Jan Lebenstein czy Józef Czapski siedzący u Giedroyca, których dzieła były kolekcjonowane, wystawiane i opisywane w Kraju. Normą był suwerennie decydowany, bez nadmiernych administracyjnych ingerencji, udział nasz w najwyższej światowej rangi imprezach, jak weneckie i paryskie Biennale czy Documenta w Kassel. Podobnie czymś oczywistym było zorganizowanie w Polsce; Międzynarodowych Triennale, rysunku we Wrocławiu, Międzynarodowych Biennale, plakatu w Warszawie i grafiki w Krakowie. To nie było EURO 2012 w Polsce i Ukrainie, zrobione i zapłacone przez FIFA – to było coś znacznie trudniejszego i zarazem, przełomowego.
Gdyby ktoś chciał mówić o opresjach, to tak, sztuka ich doznawała. W 1975 roku, na łamach warszawskiej Kultury, ukazał się słynny tekst Wiesława Borowskiego, kierownika Galerii Foksal, gromadzącej creme de la creme polskiej awangardy, pt.”Pseudo awangarda”. Nie pozostawiał on suchej nitki na konkurencji, wskazując po nazwisku, kogo należy „odstrzelić”. Napisałem wtedy polemiczny tekst zatytułowany, „Donos Wiesława Borowskiego”. Tak, był to milicyjny donos na pasożytów i to „bezkarnych”, dostarczający argumentów dla ich resocjalizacji. Jak w maoistowskich Chinach w czasie rewolucji kulturalnej! I zrobił to humanista, człowiek kultury, nie widzący w swym postępowaniu piramidalnej hipokryzji. Pod tym względem konkurować z nim mógł jedynie Andrzej Osęka, chwalca nowoczesności, który gdy tylko mógł, bezpowrotnie zniszczył jedyną pozostałość po dziele Oskara Hansena, bo ten zakłócił jego święte prawo własności.
W tymże roku 1975, Polska Sekcja Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki (AICA), zrobiła ankietę wśród swych członków i w jej wyniku, wystawę w ZACHĘCIE, pn. Krytycy Sztuki Proponują 30 DZIEŁ XXX-lecia. Propozycję złożyło 21 najwybitniejszych polskich krytyków. Próżno dowiedzieć się z publikacji o jakie trzydzieści i czego dotyczyła liczba XXX (i nie był to przypadek!). Ciekawsze są ostateczne ustalenia specjalistów. Przytoczę je dla potomności, choćby w części: 1/Zdzisław Beksiński, 2/Tadeusz Brzozowski, 3/Władysław Hasior, 4/Andrzej Wróblewski, 5/Jerzy Nowosielski, 6/Józef Gielniak, 7/Maria Jarema, 8/Piotr Potworowski, 9/Henryk Stażewski, 10/Jan Lebenstein … 16/Gustaw Zemła, 17/Jan Cybis, 21//Henryk Tomaszewski, 22/Xawery Dunikowski, 24/Tadeusz Kulisiewicz, 34/Bronisław W. Linke, 45/Marian Bogusz, 47/Eugeniusz Eibisch, 51/Jan Lenica, 91/Józef Czapski, 95/Tadeusz Dominik, 129/Franciszek Strynkiewicz, 139/Barbara Zbrożyna.
Guru polskiej krytyki z lat 1945-1981,1982-1989( w podziemiu), i od 1989 w naziemiu, patron swej wychowanki, Andy Rottenberg – prof. Mieczysław Porębski, w odpowiedzi na ankietę XXX m. in. napisał: (wytypować dzieła nie może,bo – przyp. mój) „od paru dziesiątków lat dzieła już nie powstają (…) mamy natomiast do czynienia z działalnością”. Takie ujecie problemu dzieła, które nie istnieje, ma pewien wpływ na operacje jakie trzeba czynić na leżącym odłogiem terenie sztuki. Dobrze to ilustruje opracowanie (wynik „działalności”) Andy Rottenberg – SZTUKA W POLSCE 1945-2005. Główna lustratorka III RP (pełniąca już nieskończenie wiele funkcji – dyrektora departamentu w MKiDN, dyrektorki Zachęty, dyrektorki galerii ZPAP, przewodniczącej polskiej AICA, prezesa fundacji Batorego i kuratora wszystkich możliwych biennale, doradcy Prezydenta RP itd), w swoim wiekopomnym opracowaniu, finezyjnie rozwija nauki mistrza – dobrze wie, co nie jest dziełem sztuki i jacy artyści już nie istnieją. I tak np. zostali przez nią zdekomunizowani, lub z innych strategicznych powodów odesłani w niebyt: Tadeusz Kulisiewicz, Eugeniusz Eibisch, Mieczysław Wejman, Leon Michalski, Marian Wnuk, Tadeusz Trepkowski, Mieczysław Berman, Jerzy Duda-Gracz, Władysław Jackiewicz, Eugeniusz Geppert, Franciszek Starowieyski, Kazimierz Ostrowski, Stanisław Dawski, Antoni Kenar. Proces trwa, a skutki jego są na razie nie do oszacowania. Dzięki (?) uporczywej pracy takich aktywistów frontu ideologicznego jak pani A.R. – nie tylko o latach 70, konsumować będziemy kłamstwa, ale szerzej, formowane będą z wypaczoną świadomością kolejne pokolenia. A to jest już poważne i społecznie groźniejsze.
Andrzej Skoczylas