Refleksje o zpamigu

 

   Obecna wystawa członków ZPAMiG-u w lirycznej aurze Ogrodu Botanicznego daje wcale dobrą okazję do podzielenia się kilkoma refleksjami o sensie, pożytkach czy ewentualnych gorszych stronach praktyki zrzeszania się artystów w związki, grupy, stowarzyszenia…

     Właśnie dlatego, że w tej chwili brak jubileuszowych okazji (choć i te dałoby się łatwo znaleźć) można przez chwilę zastanowić się – po co. Po co artyści łączą się, zakładają swoje organizacje i konfraternie, toczą czasem zaciekłe boje o utrzymanie ich przy życiu, a one dla kształtu i jakości ich własnej twórczości, w sensie formalnym, mają przecież znikome, by nie powiedzieć żadne, znaczenie. A jednak robią to. Rozmyślnie i z premedytacją, instynktownie bądź odruchowo – nieważne – robią to.

    Myślę, że pierwszym i najważniejszym powodem, że tak się dzieje, jest potrzeba szczególnej konfrontacji. „Przejrzenia się” w oczach konkurenta, rywala, sojusznika i druha we wspólnym zdążaniu do celu. Szukania, i czasem znajdowania, czasem nie, pomocy i wsparcia wynikającego z obrania tej samej życiowej drogi, a również, co nie jest bagatelne, kształcenia i samodokształcania się w zbiorowości.

    Nade wszystko zaś, poprzez suwerenne utworzenie przez samych artystów swego rodzaju sceny, jaką jest związek czy stowarzyszenie, mogą oni z tej sceny głosić swe prawdy, wiecznie niesyci satysfakcji, mogą do tej sceny przyciągać widzów, wreszcie na niej ciągle być. I to jest również  „ magia” zawodu artysty – powołanie.  Sztuka powstaje w pustce i samotności, ale jest też domeną społeczną  i nikt i nic z niej tej cechy służebnej, działania dla drugiego człowieka, posłannictwa – mówiąc górnolotnie – nie zdejmie.

   Piszę te uwagi jako człowiek z długoletnim doświadczeniem (będzie już 50 lat), działacza Związku Polskich Artystów Plastyków, Stowarzyszenia Artystycznego SZTUKA i przede wszystkim jako współzałożyciel, organizator i lider – a w trudnych czasach pełniący rolę piorunochronu zbierającego wyładowania – Związku Polskich Artystów Malarzy i Grafików.    

   ZPAMiG powstał właśnie w trudnych czasach po rozwiązaniu przez władze państwowe  ZPAP {co nastąpiło 21.07.1983 roku), a nie jako jego konkurent czy substytut, dywersja, agentura reżimowa itp. itd., jak obficie etykietowała go ówczesna opozycja.

   Nie byłoby potrzeby jego powoływania, gdyby nie nieprzytomna w swej zajadłości polityczna hucpa uprawiana w walce z peerelem, która doprowadziła do likwidacji ZPAP, a faktycznie głupota jego ówczesnych „prezesów” – Jerzego Puciaty, który w 1980 roku spektakularnie się zatoczył – w czym miał wprawę z życia towarzyskiego w poprzednim wcieleniu – od ściany do ściany (od superlegalizmu względem PRL-u do antykomunistycznego fundamentalizmu) czy Zbigniewa Makarewicza, prawdziwego konceptualisty, skutecznie osiągającego stan doskonałej anihilacji. To pod ich egidą doszło do dramatu, który dotknął tak wielu artystów, członków ZPAP. Warto wspomnieć,że prawdziwy mózg opozycji, Janusz Kaczmarski, absolwent studiów w Leningradzie i wieloletni prezes ZPAP, nie wychylał się wtedy. Nie ryzykował, wolał pozostać w cieniu za plecami kolegów. Widać profesura na państwowej wyższej uczelni warta była mszy.

   ZPAP nie musiał zostać rozwiązany. Mądrzejsze bratnie stowarzyszenia, jak np. SPATiF czy Związek Kompozytorów Polskich, pozostały nietknięte. Ówczesny wicepremier Mieczysław Rakowski robił wszystko, by do tego rozwiązania nie doszło (nie leżało też ono w interesie władzy), przyznają mu to nawet wrogowie polityczni, ale oszołomstwo  i nagły „wysyp” nawiedzonych (poprzednio gorliwie służących i pilnie kolaborujących z „komuchem”) jednak do tego doprowadził. Dlatego uprawiając później brudną kampanię oszczerstw i wymyślnego szkalowania ZPAMiG-u, w czym celowali np. Andrzej Osęka czy Anda Rottenberg, usiłowano tym zasłonić swe faktyczne sprawstwo i „zasługi” w rozwiązaniu ZPAP..

    ZPAMiG powstał w próżni, w jakiej latach osiemdziesiątych znalazło się całe środowisko plastyków pozbawione swego tradycyjnego oparcia w zawodowej strukturze. Zrodziła go więc naturalna potrzeba samoorganizacji. Jej ciężar wzięli na siebie wielcy, wybitni polscy artyści o ugruntowanej pozycji w naszej sztuce, którym dla wizerunku nie były potrzebne wątpliwe splendory wynikające z powołania nowej organizacji twórczej.

   Byli to przede wszystkim inicjatorzy powołania ZPAMiG-u – Mieczysław Wejman, wieloletni rektor krakowskiej ASP, Stanisław Dawski, wieloletni rektor wrocławskiej PWSSP, Władysław Jackiewicz, wieloletni rektor gdańskiej PWSSP i ASP, Leon Michalski, wieloletni prorektor warszawskiej ASP,  którzy doprowadzili do zwołania Zjazdu założycielskiego ZPAMiG w Zaborowie (18.02.1984) i w konkluzji do I Zjazdu ZPAMiG w Warszawie ( 13.05.1984).

    Czy bez złej woli można negować rangę i znaczenie dla polskiej kultury takich twórców, a zarazem współzałożycieli, a później aktywnych członków ZPAMiG jak:  : Kiejstut Bereźnicki, Olgierd Bierwiaczonek, Włodzimierz Buczek, Edmund Burke, Edward Dwurnik, Wiesław Garboliński, Władysław Hasior, Jerzy Duda-Gracz, Kazimierz Ostrowski, Geno Małkowski, Erna Rosenstein, Tadeusz Kulisiewicz, Andrzej Pietsch, Jan Wodyński ?

   I znów warto sięgnąć wstecz, do historii organizowania się artystów w  zawodowe konwentykle i ugrupowania. Wywodzą się one z cechowych tradycji i ówczesnej organizacji życia społecznego, z pracowni majsterskich i interesów ekonomicznych, jakie dany mistrz i krąg jego uczniów i wyznawców podzielał i partycypował w efektach. Funkcjonowała więc prosta, niekwestionowana zasada – zawód, cech, czyli w tym przypadku pracownia, dostarczał produktu, dzieła. Wytwarzający to dzieło,  połączeni byli wspólnym, naturalnym interesem. Celem, najogólniej mówiąc, była doskonałość, doskonalenie się, jako niosące sławę i tym samym zabezpieczające byt. Ten mechanizm funkcjonujący oczywiście z nieskończoną ilością modyfikacji i niuansów pozostał w istocie niezmienny.

   W czasach nowożytnych, w II RP, mechanizm zdemokratyzował się, odrzucając podstawy absolutystyczne, oddalając się od mistrzów i mistrzostwa będącego alfą i omegą, na rzecz struktur samorządowych, branżowych. Takich jak zawiązany wówczas Związek Zawodowy Polskich Artystów Plastyków, jak Sztuka użytkowa, Warsztaty zakopiańskie i dziesiątki innych.

   W Polsce Ludowej wszystkie te związki i stowarzyszenia zostały połączone w jedną masową organizację pod nazwą Związek Polskich Artystów Plastyków, zrzeszającą niemal całe środowisko plastyczne, która w apogeum swego znaczenia i wpływów liczyła kilkanaście tysięcy członków!. W siedmiu sekcjach; malarstwo, grafika, rzeźba, architektura wnętrz, konserwacja, wzornictwo przemysłowe, scenografia, grupowało różne, jak byśmy dziś powiedzieli, odrębne byty, profesje, które z biegiem czasu przejawiały coraz silniejsze tendencje do emancypacji i uwolnienia się od anachronicznego i glajchszaltującego, zetpeapowskiego gorsetu..

   Grunt więc został przygotowany i w chwili rozwiązania ZPAP już istniał np. niedawno powołany Związek Artystów Rzeźbiarzy, a wnet pojawiły się inne. ZPAMiG „wszedł” więc w próżnię zgodnie z tendencjami, jakie narastały wewnątrz środowiska, wyrażając jego wolę, które z polityką a zwłaszcza politykierstwem nie miały nic wspólnego.

   Dzieląc się  tymi bardzo osobistymi refleksjami, chciałbym obecnym zpamigowcom, którzy tworzą niewielki obecnie związek, (ale bez przesady – inni też nie są dziś potęgami), dodać otuchy i dostarczyć argumentów, że mają rzetelny, warty pochwalenia się rodowód. To dzięki ZPAMiG-owi powstało w Zamku Ujazdowskim w Warszawie Centrum Sztuki Współczesnej ! Gdyby nie ZPAMiG i jego uporczywe starania, nigdy by do tego nie doszło ! Co niestety oczywiste w dzisiejszych praktykach, fakt ten jest starannie i konsekwentnie przemilczany, a co dopiero żeby kiedykolwiek spotkał się choćby ze zdawkowym podziękowaniem.

   To dzięki związkom twórczym – dawnemu ZPAP ale i ZPAMiG–owi i jego działaczom – dlatego że związki te istniały – mogły dosłownie wydzierać od administracji państwowej na przykład decyzje o budowie pracowni plastycznych w Warszawie i innych miastach. „Przydziały” na nie, (a nie sprzedaże !), które przypadły wówczas członkom Związków, może już dziś u wielu zatarły się w pamięci. przyjemniej wszak żyć w przekonaniu, że się to po prostu wszystko należało, a wzięło się znikąd…Może przypomną sobie mieszkańcy Starego Miasta, osiedla Bernardyńska w Warszawie…Może inni…

   Dobrze, że dziś przynależność artysty do związku twórczego nie jest obowiązkiem. Ale tym bardziej dzieła sztuki pozostają wolne od tych wydumanych często współzależności, których gorzkie lekcje niestety już kiedyś braliśmy. I tak powinno pozostać. A dbanie o swoje stowarzyszenie, towarzystwo, o klimat sprzyjający i pomagający sztuce, a nie szkodzący jej – warto. Będąc razem.

 

 

                       Warszawa, maj 2013                              Andrzej Skoczylas

Proszę państwa do kanału

Minęło już trochę czasu od 70.rocznicy powstania w getcie i można chyba mówić o tej rocznicy normalnie, bez zacietrzewienia i emocjonalnego nadmiaru!

Bo to, co się wydarzyło z tej okazji, nie przybliżyło nas do prawdy i o powstaniu i o Zagładzie. Nie wiadomo też, czy dzięki kolejnej rocznicy coś się zmieniło w naszym, przecież nie wspólnym nastawieniu do tego buntu desperatów, którzy nie mogli nawet marzyć o jakimś zwycięstwie, a także do Żydów i kwestii polskiego antysemityzmu. 

W dniach rocznicy szukano przede wszystkim efektu i efektów o  tabloidowym smaku. Na przykład miłośnicy przygód (?) mogli przejść się po czyściutkim, aseptycznym kanale przy Karowej, którym podobno przeprawiali się prawdziwi powstańcy. Nie dość, że oczywiście tak cudnie ten kanał tak w 1943 r. nie wyglądał, ale drugą przykrą i niezrozumiałą nieprawdą jest to, co uparcie głoszono, że tamtędy właśnie mieliby się przeprawiać się na aryjską stronę uciekinierzy z getta.

Nieprawdziwych, wymyślonych na tę okazję pytań i stwierdzeń pojawiło się znacznie więcej. W mediach, zwłaszcza w „GW” zastanawiano się: były dwa powstania – w getcie i warszawskie – czy tylko jedno w dwóch wersjach? Czy powstania w getcie nie można nazwać „pierwszym powstaniem warszawskim”, skoro było ono – jak tego chce Władysław Bartoszewski – „arcypolskie”? Rozumiem, że ci, którzy zadawali te pytania, pragnęli wreszcie „oswoić” powstanie w getcie, które u nas (jak wiadomo,w odróżnieniu od Zachodu) jest – mimo wszystkich wysiłków historyków – znacznie mniej znane niż walka i udział niemal całej ludności Warszawy w 1944 r. Chyba jest oczywiste dla każdego że te dwa wydarzenia, ogromnie ważne w polskiej historii różnią się niemal wszystkim: znaczeniem symbolicznym, wartościami, których broniono, zasięgiem, liczbą uczestników, stosunkiem do nich Żydów i Polaków itd., wreszcie szansami.

To porównanie okazało się, mówiąc łagodnie, kontrowersyjne i po jakiejś chwili przestano o nim mówić. W sposób oczywisty powstanie w getcie nie było też „wspólne”, jak tego chce architekt i varsavianista Jerzy S. Majewski To już niestety chciejstwo ewidentne dla każdego, kto o zrywie w getcie kiedykolwiek cokolwiek czytał, nie mówiąc już o żyjących uczestnikach.

Nawiasem mówiąc sukcesem nie była też akcja „żonkil”. Trudno było znaleźć wolontariuszy rozdających żółte origami na ulicach. Znalazłam wreszcie dwie dziewczyny, które żonkile miały schowane w torbie. Przylepiłam do płaszcza i sama się zdziwiłam, jak bardzo ten żółty papierowy kwiat przypomina gwiazdę Dawida, którą przymusowo nosili Żydzi w okupowanej Europie. Przeszłam udekorowana przez Al.Solidarności aż do Żelaznej (teren getta) i nie spotkałam nikogo z żonkilem w klapie.Czułam się trochę głupio, tym bardziej że napotykałam niezbyt przyjazne spojrzenia, a nawet szeptane komentarze. Dwie sąsiadki, spotkane przy Jana Pawła przywitały mnie serdecznie, ale kiedy spojrzały na klapy mojego płaszcza, uśmiech zastygł im na ustach i szybko odeszły w swoją stronę. Jedynym miejscem, gdzie paradowanie z żonkilem było czymś normalnym, było otwarte właśnie Muzeum Historii Żydów Polskich, w którym obejrzałam dokument o Kaziku Ratajzerze. Czułam się pokrzepiona, słuchając co i jak mówi o powstaniu w getcie i swoim udziale w powstaniu warszawskim ten skromny, zwyczajny bohater. Natomiast otwierając olśniewające swoim wyglądem Muzeum, zapomniano o przygotowaniu jakiejkolwiek ekspozycji. Jeśli nie 19 kwietnia, to kiedy?

W ŻIH-u otwarto ciekawą, acz niepozbawioną wad wystawę „Sztuka wobec Holokaustu”(nierówny poziom prac!), która bez kompleksów mogłaby się znaleźć w Muzeum, a nie w ciasnych klitkach ekspozycyjnych Żydowskiego Instytutu Historycznego. Ale najwidoczniej nikt o tym nie pomyślał.

Mnie natomiast dały do myślenia filmy wyświetlone w ramach dorocznego festiwalu „Żydowskie motywy”. Półamatorski dokument o pogromie w Szczuczynie i „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego nie pozwalają zapomnieć o milczeniu lub awanturach (na zmianę) na temat udziału niektórych naszych rodaków w Zagładzie. Przykra jest konfrontacja z filmem „Powrót” o losach żydowskiej dziewczynki z rumuńskiej, a właściwie nadal węgierskiej Transylwanii, która ponad 30 lat po wojnie odwiedza rodzinną wioskę. Żydowskie domy w ruinie, ale nie zamieszkane, ci, którzy uratowali się, mieszkają u siebie, cmentarz i synagoga nienaruszone, wszystko – poza niszczącym upływem czasu – pozostało, jak było. Bohaterka odnajduje bez trudu w szałasie, w którym ukrywała się jej rodzina, swoją pozostawioną przed laty lalkę.

I co tu dodać?   


Bund-śmierć największej żydowskiej partii

W ramach obchodów 70-lecia powstania w getcie obejrzałam dokument o ostatnich bundowcach, którzy dożywają swoich dni w Izraelu. Autorem jest dosyć młody reżyser izraelski, którego ojciec urodził się w Polsce, a rodzina była z Bundem przed wojną bardzo związana.

Film mnie poruszył. Nie spodziewałam się tego. Pierwsza scena to rodzaj uroczystości 1-majowej, podczas której śpiewa się w jidysz „Międzynarodówkę”. W niedużym pomieszczeniu, gdzieś poza centrum Tel Awiwu, garstka starych i bardzo starych „towarzyszy” i „towarzyszek”. W ten sposób się do siebie zwracają, jak przed wojną w Polsce (także w Rosji i na Litwie). To wszystko, co zostało z najpotężniejszej międzywojennej partii żydowskiej, słynnego Bundu, założonego w 1897 r. Bundowców nadal ubywa, film został nakręcony w ub.r., a już odeszli niemal wszyscy rozmówcy reżysera. Został właściwie tylko jeden człowiek, który kieruje tym. co zostało (na jak długo?) – Izaak Enel, który z rozczuleniem opowiada o Warszawie i swoim, założonym i kierowanym przez Bund laickim liceum przy ul.Karmelickiej w Warszawie.

Kiedy po wojnie wrócił z Rosji, na miejscu zastał gruzowisko i się popłakał, pierwszy raz w życiu.

Kamera panoramuje skromny lokal Bundu. Za chwilą będzie to zapewne lokal po Bundzie. Biblioteka, stare na ogół książki i wydawane niegdyś przez Bund gazety, w tym słynny i wysokonakładowy Folkscajtung.

I zdjęcia przedwojennego Bundu. Masowe manifestacje pierwszomajowej partii żydowskich robotników w polskich miastach, aktywność związków zawodowych, budowanie osiedli mieszkaniowych, olimpiady sportowe z udziałem dziesiątków tysięcy młodych dziewcząt i chłopców, kolonie letnie i obozy, setki szkół podstawowych i średnich.Pomoc socjalna, dożywianie najuboższych, służba medyczna. Wspaniała organizacja, wspólna praca, tworzenie czegoś z niczego z niezrozumiałym dziś oddaniem i entuzjazmem. Ważny udział największej żydowskiej partii , w dodatku socjalistycznej, w międzynarodowej solidarności robotniczej.I organizatorzy tego masowego, liczącego setki tysięcy uczestników ruchu, szefowie Bundu Wiktor Alter i Henryk Erlich (obaj zamordowani w czasie wojny na rozkaz Stalina, który nigdy nie przyznał się do „oszibki”). Szmul Zygielbojm, który podczas wojny bezskutecznie zabiegał o pomoc dla prześladowanej i mordowanej ludności żydowskiej ( na znak protestu wobec bierności aliantów popełnił samobójstwo) też był jednym z bundowskich przywódców.

Po wojnie Bund odrodził się, pomimo Holokaustu, ogromnych, nieporównywalnych z innymi narodami strat ludności żydowskiej. Znów, na przekór dopiero co przeżytej tragedii nastąpiła eksplozja aktywności ocalonych: ludzie się odnajdywali, ruszyła wielka akcja poszukiwania tych, co przeżyli i łączenia rodzin, otwierano szkoły, przedszkola i sierocińce. Odrodziła się kultura jidysz, powstawały teatry, kręcono kroniki odbudowy, a nawet próbowano fabuły. Bardzo dyskretnie, ale jednak przypominano o tragedii narodu, o jego przywódcach, o oporze i walce z hitlerowskimi oprawcami. Rola Bundu w tym żydowskim odrodzeniu była nie do przecenienia. Ogromna większość Żydów, którzy przeżyli, straciła wszystko.Nie upominali się o to, co z ich majątków przejęli Polacy. Zabiegali o pomoc organizacji żydowskich z zagranicy. Często skutecznie.

Niemal nazajutrz po wyzwoleniu, zwanym obecnie zniewoleniem, nastąpiły pierwsze antysemickie zamachy, a nawet pogromy (Kielce 1946). Po początkowej przynajmniej formalnej akceptacji aktywności Bundu (w końcu autentycznej socjalistycznej, laickiej partii robotniczej) zmieniło się pod dyktando radzieckie nastawienie władz do ocalałej ludności, pragnącej kontynuować żydowską autonomię i kulturę. Żydzi zaczęli emigrować już w latach 40.

W 1951 r. powstał oficjalnie Bund w Izraelu. Ale nie było tam dla niego miejsca. Żydzi walczyli o utrzymanie swojego państwa. Identyfikowali się ze syjonistami, faktycznie wyeliminowali z użycia w sferze publicznej język jidysz i socjalistyczne,laickie tradycje żydowskie. Otoczony przez wrogie arabskie kraje, mając pod nosem obozy dla miliona uchodźców palestyńskich, Izrael stawał się państwem nacjonalistycznym i wyznaniowym.Także zmilitaryzowanym.

Izraelscy bundowcy okazali się nazbyt wierni swoim ideałom i dogmatyczni w tej dramatycznej walce Izraela o przetrwanie. Internacjonalistyczne hasła, solidarność z palestyńskimi wygnańcami, żyjącymi w tymczasowych obozowiskach, w fatalnych warunkach sanitarnych, cierpiącymi biedę i głód nie mogły liczyć na poparcie osaczonych przez śmiertelnych wrogów zwykłych obywateli Izraela.

W pierwszych wyborach parlamentarnych, w których Bund uczestniczył, nie przekroczył progu wyborczego. W następnych i kolejnych już nie startował.

A po latach doszło do tego, co oglądaliśmy na filmie. Największa w historii żydowska partia polityczna przeszła do historii.

Czy coś z tego wynika?

                                                            joanna s.


 

Żydzi i nasi

Ogarnął mnie niepokój przed 70-leciem powstania w getcie. Nie  wydaje mi się, aby te uroczystości, otwarcie imponującego Muzeum Historii Żydów Polskich były poza wszelką, niosącą bardzo przykre treści, debatą toczoną wyłącznie we własnym gronie przez wrogie sobie obozy polityczne. Czy prawdziwi Polacy tym razem odpuszczą? Nie jestem pewna.                       

Właśnie obejrzałam niemal skończoną budowlę, imponującą! Podziwialiśmy pełną harmonię ze stojącym naprzeciw głównego wejścia pomnikiem bohaterów powstania w getcie autorstwa Natana Rappaporta (skądinąd jednego z najlepszych warszawskich monumentów).

Szykują się liczne obchody i wydarzenia związane z rocznicą, w tym utworzenie „żywego muru” getta, spotkania, debaty, wystawy (m.in. polskiej sztuki inspirowanej Holokaustem).

Dlaczego poczułam się nieswojo? Bo na marginesie rocznicy i obchodów pojawiła się znów rywalizacja dwóch powstań – tego w getcie i tego prawdziwego – warszawskiego. Które było potrzebne, ważniejsze, prawdziwe czy prawdziwsze, nieważne czy określenie „prawdziwszy” ma jakikolwiek sens.

Nagle, po dwóch latach od opublikowania bardzo ciekawej i pod wieloma względami pionierskiej książki Elżbiety Janickiej „Festung Warschau” w wywiadzie, jaki niedawno przeprowadził z autorką dziennikarz PAP, wraca kwestia rzekomego czy prawdziwego (nie wiem) antysemityzmu ojca słynnego „Zośki”, wprowadzenie przez niego, jako ówczesnego rektora Politechniki Warszawskiej w 1936, getta ławkowego. Elżbieta Janicka powraca też do nacjonalistycznych i antysemickich nastrojów w najbardziej patriotycznym warszawskim liceum Batorego, z którego wywodzili się bohaterowie „Kamieni na szaniec”, kultowej opowieści formacyjnej wielu już młodych pokoleń.

Przy okazji mówi o przedziwnym uczuciu łączącym Rudego i Zośkę, podobnym, zdaniem autorki, do homoerotycznych uścisków sławnych starożytnych wojowników (Achilles, Patrokles). Podobno nauczyciele („Kamienie na szaniec” są lekturą obowiązkową) czerwienią się ze wstydu, bełkocą, nie wiedzą jak reagować na sprośny rechot uczniów, pokazujących w klasie zdjęcia Rudego w sukience z bufkach i na dodatek w kwiatki. Tę bezradność i poczucie bezsilności przeżyła sama autorka!

Nie jestem zwolenniczką spiskowych teorii. Na moje wyczucie, na takie dictum autorki (już bardzo ostro komentowane w różnych mediach) szykuje się okrutny rewanż ze strony różnych prawdziwych Polaków i wszechpolaków. Nie wiem, czy nie czeka się z kulminacją na samą rocznicę.

Jednocześnie trwa dyskusja o tym, gdzie postawić pomnik Sprawiedliwych Polaków , jest inicjatywa, by stanął on na terenie intra muros getta. Projektodawcom nie trafiają do przekonania argumenty, że można sobie wyobrazić miejsce bardziej stosowne niż ten teren śmierci i poniżenia warszawskich, ale przecież nie tylko warszawskich, Żydów.

Był też w ostatnim czasie nieprawdopodobny, antysemicki par excellence wywiad profesora Krzysztofa Jasiewicza z PAN-u. Czytałam potem, że wszystkim wiadomo, że Krzysztof Jasiewicz deklaruje się jako antysemita, i że w związku z tym nie należy się dziwić treści wywiadu. Ale ja się dziwię, więcej jestem zbulwersowana!

Nie do końca wiem, co te wszystkie „przygotowania” oznaczają. Ale nie ulega wątpliwości, że są związane z nadchodzącą rocznicą. Te przygrywki brzmią bardzo fałszywie. Czy uda się uchronić przed tą kocią muzyką same uroczystości?

                                                           joanna s.

 


Prezes w smoleńskiej mgle

Prezes Kaczyński, widziałam to na własne oczy, jest dziś kimś zupełnie innym niż przed Smoleńskiem. Stał się nowym prorokiem, głoszącym swe nauki niezależnie od jakichkolwiek realiów. Oglądając wywiad, jaki przeprowadziła z nim dziennikarka TVP Info, jedyna osoba spoza mediów uznanych za właściwe przez PIS (prawdopodobnie dlatego, że pracowała w „Wiadomościach” za czasów jego premierowania) nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy dzień po katastrofie. Poza nią i śmiercią brata, wszystko jest nierzeczywiste, nieistotne, we mgle.Dziennikarka, osoba miła i kulturalna nie rozmawiała z prezesem na kolanach. Oczywiście nie zadawała mu trudnych pytań i wystrzegała się polemiki. Rozmawiała z nim jak z człowiekiem, któremu niebo spadło na głowę (rzecz, której najbardziej obawiali się starożytni Gallowie).

Kaczyński jest opętany ideą zamachu. Utwierdzają go w tym najbliżsi współpracownicy, ideowcy zamachu, jak Antoni Macierewicza, wspierani przez część profesury. Tu nie chodzi o fakty. Prezes PAN-u Michał Kleiber nie osiągnie niczego proponując spotkanie naukowców z obu stron.Bo katastrofa smoleńska jest tylko wygodnym, zrozumiałym dla każdego pretekstem dla wzajemnej, zajadłej wrogości dwóch prawicowych obozów politycznych. Nie zdziwiłabym się, gdyby prezes był jedyną osobą, która naprawdę wierzy w zamach.

Nikt nikogo nie przekona. Bo najpierw trzeba by było rozstrzygnąć czy ruscy zawsze kłamią, knują przeciw nam, za wszelką cenę chcą nas oszukać i poniżyć, kto jest prawdziwym patriotą i dumnym Polakiem, dlaczego jesteśmy wielkim narodem, który nie daje sobą pomiatać, kiedy Polska stanie się wreszcie światowym mocarstwem, na co w pełni zasługuje, za względu na swoje historyczne zasługi, jak powstrzymanie nawały tureckiej i bolszewickiej oraz obalenie komunizmu itd,itp.

W tych sprawach porozumienia nie było i nie będzie. W sprawie katastrofy smoleńskiej oczywiście też. Bo katastrofa jest tu przecież tylko figurą na szachownicy, która – w końcówce meczu-  po długich i skrajnie wyczerpujących bojach ma wymierzyć ostateczny cios tym małym, nieporadnym, tchórzliwym, skorumpowanym, wypranym z wszelkiego patriotyzmu rządzącym! 

                                                           joanna s.


 

 

Polaku, radź sobie sam!

I tak już jest! Zaciekawiło mnie, dlaczego tak mało osób zwraca się o pomoc do urzędów pracy. Co innego brać od up ubezpieczenie zdrowotne. Bo ono naprawdę się liczy. Dla młodych, średnich i starszych, czyli tzw.dojrzałych.

Odpowiedź jest prosta jak podanie ręki! Mało kto wierzy, że urzędy pracy znajdą pracę, albo nauczą czegoś pożytecznego. Jeśli nie dla pracodawcy, to przynajmniej dla samego poszukującego. Jeśli chce się znaleźć zajęcie, trzeba szukać znajomości, nawiązywać kontakty z kim się da, bo nigdy nic nie wiadomo. Do tego służą puby, dyskoteki, a przede wszystkim internet, portale społecznościowe, gdzie szuka się bratnich dusz w kraju i za granicą. Państwo jest tu całkowicie niepotrzebne. A jak egzotycznych umiejętności uczy się bezrobotnych w urzędach pracy! Bo na tym się zarabia. Na bezrobotnych żerują całe tabuny pseudospecjalistów i dziesiątki firm.                            

Wystarczy poczytać o nieszczęśnikach wciskających po takich „szkoleniach” z układania bukietów swoje cv, napisane, oczywiście, zgodnie z poleceniami ekspertów, ewentualnym pracodawcom, którzy od razu wiedzą, że jeśli kandydat mógł liczyć tylko na wsparcie urzędu pracy, do niczego się nie nadaje.

Większość przeżyło już taki stres i poniżenie. Rzadko kto próbuje drugi raz. Już raczej spakuje torbę i pojedzie upokarzać się za granicę. Tam przynajmniej nie widzi tego rodzina i znajomi.

Dziwiłam się na początku, że nawet pełny etat nie jest dla bezrobotnego najważniejszy. Wystarczy ćwiartka i minimalna płaca, żeby nie trzeba było płacić za pierwszą pomoc czy szpital. A dalej mogą być już śmieci albo kasa pod stołem. Bo tak naprawdę niemal nikt już nie wierzy, że dostanie kiedykolwiek jakąkolwiek emeryturę. A nawet czy do niej dożyje, bo wiek, w którym da się przejść na emeryturę, na pewno będzie się dalej przedłużał. A czy firma, a nawet urząd państwowy przetrwają do pierwszych fiołków? Podobnie jak w XVII wieku kurtyzany u kompletnie zapomnianego nawet we Francji subtelnego znawcy dusz Theophile’a de Viaux zastanawiały się, czy ich uroda przetrwa do  zakwitnięcia. Bo jeśli nie miały wątpliwości, to życie nadal mogło być piękne! 

Kiedy nie tak dawno ówczesny wicepremier Waldemar Pawlak głośno powiedział, że nie martwi się, z czego będzie żył na starość, bo ma dzieci, które go wyżywią, wzbudził zgorszenie pomieszane z niedowierzaniem. Ale już mówi się o tym jako o czymś całkowicie naturalnym, a Pawlak stał się klasykiem i uosobieniem zdrowego rozsądku.

Profesor Bauman nie ma racji pisząc, że dopiero nasze pokolenie żyje w płynnym świecie. Gdzie nic nie jest pewne i stałe. Tak było zawsze, niestety. Tyle że kiedyś żyło się tak krótko, że mało kto o tym wiedział. 

                                                    joanna s.

Jej Wysokość Jolanta Kwaśniewska

Nie żebym interesowała się specjalnie byłą prezydentową i jedyną, jak na razie, kandydatką na królową Polski, której ustąpienie z Kongresu Kobiet stało się sensacją dnia. Ten wyjątkowy status celebrytki i Matki – Polki w jednym jest jedną z największych zdobyczy ostatniego dwudziestolecia.Nawet najbardziej zatwardziali niedowiarkowie mogli sie o tym przekonać podczas niedawnego ślubu następczyni tronu in spe w katedrze WP przy Długiej, która nigdy w historii takich tłumów nie oglądała.

Pani Jolanta, jej suknia i woalka, miejsce u boku prezydenta, przywitania i powitania prezydenckiej pary, uśmiechy rozdawane gapiom i gościom stały się wydarzeniem o wiele ważniejszym niż główna przyczyna, dla której tłum wzbierał i napierał. Córka, oczywiście, jest także celebrytką, tyle że pół kroku z tyłu, chociaż debiutowała na najsłynniejszym balu arystokratycznych panien na wydaniu w Paryżu.

Małżonek z arystokracji nie pochodzi, ale przecież nie musi, jak brytyjska księżna Kate. Jest synem multimilionera, w PRL-u zwykłego prezesa spółdzielni mleczarskiej. Jeśli nowa para budzi także ciekawość, a pan młody zapraszany jest z zespołem jako gwiazda różnych przyjęć i eventów, to jednak głównie z troski o ciąg dalszy dynastii, na który pani prezydentowa „jest już przygotowana”.

W tych oto królewskich okolicznościach nastąpił nagły i niezbyt zrozumiały odskok Kwaśniewskiego do polityki u boku Palikota. Być może – ostrzegam – dotyczyć to będzie w niedalekiej przyszłości również małżonki! Bo nie zdziwię się, jeśli pani Kwaśniewska zaszczyci swoją aparycją listę Europy Plus, obok lub zamiast małżonka. W zależności od okoliczności i koniunktury. W każdym razie Kongres Kobiet stracił jeden ze swoich najcenniejszych (a może najcenniejszy) klejnot!

Nie wiem, czy dobrym wyborem dla królewskiej pary jest polityczne użeranie się z przyjaciółmi, mniej lub bardziej chłodnymi. Szczególnie  odradzałabym to prezydentowej, której doskonale szło wcielanie się w legendę Ireny Dziedzic, tyle że w III RP.

To prawda, że dla obojga nie ma odpowiednio prestiżowego miejsca w dzisiejszej kryzysowej Polsce. Ale można byłoby je stworzyć. Państwo Kwaśniewscy świetnie zarządzaliby np. Pałacem w Wilanowie czy Zamkiem Królewskim, gdzie urządzaliby wykwintne przyjęcia w gronie swoich znajomych celebrytów jako imprezy integracyjne dla korporacji lub wesela, chrzciny, osiemnastki, studniówki itd. dla zwykłych śmiertelników. Występy zięcia byłyby dodatkową atrakcją, a fotografie z Jolantą i Aleksandrem pamiątką na całe życie.

Panie ministrze kultury, może warto to przemyśleć?

                                                                 joanna s. 

Państwo Ch…, K…, P… itd

To już jest napastowanie, molestowanie, stalking, nękanie i co tam jeszcze. Ta ofensywa chamstwa w wykonaniu tych, co – jak Manuela Gretkowska – uważają się za „artystów” i „w d… mają” innych.

Pani Ewa Wójciak, dyrektorka Teatru 8. Dnia, wiadomo jak nazwała nowowybranego papieża Franciszka. Nie musi się on podobać, ale wykrzyknąć, że wybrali ch… na papieża (bez trzech kropek)? Rozumiem, że pani Wójciak, jako weteranka walk o wolność i niepodległość jest u nas na specjalnych prawach, ale takich słów używano także w zniewolonej Polsce i akurat o taką wolność słowa nie trzeba było walczyć z reżymem i jego bezpieką. Nie o takie Polskie – powiedziałby Wałęsa. W tamtych zamierzchłych czasach artyści bardziej szanowali siebie i swoją publiczność, a słów na ch, p i k można było się nasłuchać do wypęku, tyle że nie w teatrze!

Inny ulubieniec mediów, pisarz i laureat, piękny jak Adonis i elegancki jak lord Brummell Szczepan Twardoch zachwyca się bogactwem polskich przekleństw (kudy im do rosyjskich, proszę pana!) i wylicza synonimy „pięknego, indoeuropejskiego” czasownika „jeb…”, jak dodaje ,”późniejszego „pier…”. Ale tych przepięknych słów nie wypowiada jednak przy swojej mamuni. Za to obficie raczy nimi Bogu ducha winnych czytelników. Którzy, żeby się tego czarodziejskiego języka nasłuchać, wcale nie muszą czytać książek, a wprost przeciwnie!                            

Jest jeszcze w czołówce pani Joanna Bator, która właśnie wróciła z debaty w Lipsku o miejscu krajów postkomunistycznych w Europie . A tu w Warszawie poczuła się nagle jak w nieznanym jej z widzenia PRL-u, kiedy siwa pani w aptece o wdzięcznej nazwie „Hetmańska” w Wilanowie odmówiła jej sprzedaży środków antykoncepcyjnych (powołując się na idiotyczną tzw. klauzulę sumienia). Przypomniało to uwielbianej i hołubionej pisarce, jak w PRL-u kioskarki dziurawiły prezerwatywy w trosce o przyrost naturalny. Cóż za piramidalna bzdura! Jak wiadomo, w PRL-u, mimo istniejącej i funkcjonującej ustawy aborcyjnej (a nie antyaborcyjnej) z przyrostem demograficznym kłopotów nie było. Raczej przeciwnie. Słynna była natomiast w latach 70. anegdota o tym, jak pewna młoda para zjawiła się u ginekologa i na pytanie – skoro nie zamierzała mieć dzieci, dlaczego nie używała środków antykoncepcyjnych, choćby prezerwatyw, które można było kupić w każdym kiosku Ruch-u – odpowiedziała że owszem, prezerwatyw używali, ale chyba któraś z nich była dziurawa. A kto miałby ją dziurawić? – dopytywał ginekolog. Pewnie kioskarka – odpowiedział młody człowiek, a lekarz uznał to za doskonały żart.

Pani Bator pisze o tym tonem tak solennym, jakby tę anegdotę traktowała całkiem serio. No cóż poczucie humoru to rzecz i dziś deficytowa, jak schab w PRL-u. I pytanie. Jakie słowo przyszło w tej koszmarnej, dzisiejszej sytuacji do głowy pisarce? Oczywiście słowo na k ! Kwituje się nim – rzecze – w naszym pięknym języku pewien ważny rodzaj zadziwienia, a wypowiada się je „z tą szczególną intonacją: melodia litanii miesza się tu z bojowym okrzykiem napitego powstańca”. 

Ot, świeżo zdobyta wolność słowa ! I po co nam to było?

                                                     joanna s.

 


Oburzeni oburzonymi ?

To wielka ściema dla bardzo maluczkich, ten wiec w Stoczni Gdańskiej. Zobaczyłam wiele twarzy znanych z poprzednich etapów, w tym Gabriela Janowskiego (szkoda, ze sobie nie poskakał). Panowie (i kilka niezbyt zorientowanych pań) sobie pokrzyczeli i poszli, skąd przyszli.

Licytację na krzyk i demagogię w Stoczni, moim zdaniem, wygrał Kukiz, przykrywając głównego rozgrywającego Dudę. Trochę przypominał młodego (znacznie młodszego wówczas od siebie) Mussoliniego. Rozgonić te nieudolne partie, ten skorumpowany parlament, niech lud sam przejmie władzę. Wtedy to się udało, bo – po pierwsze – było nazajutrz po wojnie, z której Italia, choć była po stronie Ententy, wyszła osłabiona, bez ustalonych granic. Trwała walka dyplomatyczna i to nie tylko o Górną Adygę i Fiume, ludzie byli głodni i bez pracy. Panował bałagan dosyć typowy dla tego kraju, a w rządzie i parlamencie trwały nieustanne debaty bez konkluzji. Po drugie, nikt jeszcze nie wiedział, co to faszyzm, nawet ten włoski, w bardziej ludzkiej formie.

Dziś co nieco już wiadomo, a jeśli nie wszyscy wiedzą do końca, to czują fałsz tego wołania o „bezpośrednią demokrację”,prawdziwą władzę ludu. Referenda, okręgi jednomandatowe, itd.itp. Ale to już gdzie indziej było! Polska nie jest Szwajcarią czy Estonią, gdzie referenda można sobie fundować co niedziela.

Z tej platformy oburzonych (hasło też ściągnięte od innych) nie będzie nic. Nawet jeśli doszlusuje Korwin Mikke, Moczulski czy Giertych.

Oczywiście nie znaczy to, że wszystko jest ok. Raczej nie za bardzo. Mnie też denerwuje kompletny zastój, nieumiejętność rozwiązania nawet najprostszych kwestii (nawet „problemu” śmieci, nie mówiąc już o umowach śmieciowych). zawłaszczanie publicznych posad przez krewnych i znajomych wielkiej rodziny Tuska i rozdawanie publicznych pieniędzy po uważaniu swoim. Ta cała wyobcowana klasa próżniacza, pół miliona ludzi, którzy – jeśli są posłuszni – żyją dosyć przyjemnie, niezależnie od presji rynku (czytaj wyzysku), która przygniata resztę.

Nieprawda, że lewica i prawica niczym się od siebie nie różnią. To, co obejrzeliśmy w Gdańsku, to nowa twarz ariergardy. Wygadana, krzycząca, żądająca! Niby oburzona, ale tak naprawdę – czym? Tym, że nie rządzi, czy tym, że inni mają lepiej?

Na tym spektaklu interes zrobił, jak dotąd, jedynie szef nieznanej nikomu organizacji przedsiębiorców, który wykrzyczał, że ” w d… ma to, czego żąda Duda i nie ma zamiaru mu się podporządkować”. I od razu stał się ekspertem od gospodarki, rynku pracy itd.itp., wygłasza swoje mądrości w niemal każdym medium.

Czyli uderz w stół! Ciąg dalszy nastąpił, ale chyba nie zgodnie z rachubami Dudy i Kukiza.

                                                   joanna s.

 


Nowe szaty Franciszka!

Pierwsze dni są zawsze najbardziej znaczące.W swojej inauguracyjnej homilii papież Franciszek mówił niemal wyłącznie o cnotach ewangelicznych, nic o strategii Kościoła, nic o teoriach i naukach.

                                                                                  Każdym swoim gestem i działaniem potwierdza, że będzie bronić Kościoła takiego, jaki jest. Dodaje tylko swój „human touch”, pewien rodzaj spontaniczności, sentymentalizmu i caritas, co ludzie na ogół lubią. Służba, prostota, ubóstwo, bezpośredniość, mówienie prosto i wprost, bez zawijasów i zaklęć. To się, oczywiście, podoba, bo wiernym wydaje się, że nic Franciszka od nich nie dzieli. Że w każdej chwili mogą mieć do niego dostęp. Bo jak proboszcz po mszy wita się z przybyłymi, łaską swoją darząc przede wszystkim chorych i niepełnosprawnych. I dzieci, im mniejsze, tym lepsze.

Będzie wzmacniał Kościół scentralizowany i autorytarny, choć powołuje się na skromnego pasterza z Asyżu. Bo gdyby rzeczywiście się w niego wcielił, ten istniejący Kościół przestałby istnieć jeszcze za jego pontyfikatu.

Twarda prawica stanie się miękka, bardziej ludzka, wrażliwa, cierpiąca, współczująca i , oczywiście, kochająca.Oto nowe szaty wiecznego Kościoła. Łatwiej będzie w nich przekonywać do wiary i wierności wierze i hierarchom. Kościół będzie maryjny, bardziej kobiecy, matczyny, opiekuńczy. Byle w nim niczego nie zmieniać!

Wydaje się, ze nasi hierarchowie wrócili z Watykanu pokrzepieni i wzmocnieni. W gruncie rzeczy linia wiernego Maryi Jana Pawła II została przez nowego pontifexa potwierdzona. Tak że u nas naprawdę niczego nie trzeba będzie zmieniać. No może uskromnić wygląd niektórych rezydencji, zlikwidować parę limuzyn i zmienić trochę menu. Prasowy atak na arcybiskupa Głodzia,jego wielkopańskie obyczaje, nadużywanie wiadomo czego i wywieranie presji na podwładnych kleryków, zrozumiały w tej atmosferze, chyba się nie powiódł. 

Papież Franciszek polskim Kościołem zajmować się nie będzie i chyba nie zależy mu na tym, aby składał się on z Franciszków. Wystarczą mu owieczki prowadzone przez tutejszych pasterzy.

Bo nowy papież chce podbić nowy świat: Chiny, Indie, Australię, nadal szerzyć wiarę w Afryce.

Śliczna Madonna z dzieciątkiem bardzo się do tego nadaje, prawda?

                                                        joanna s.